sobota, 5 lipca 2014

Wayward Pines


Naiwna jestem i wciąż mimo licznych przykrych doświadczeń życiowych na pewne reklamowe hasła reaguję, śliniąc się niczym pies Pawłowa. Na przykład tajemnicze zwłoki na wrzosowisku. Albo mroczny klimat, albo – jak w tym przypadku – historia w stylu Twin Peaks oraz Archiwum X. Uwielbiam oba seriale, jakże więc miałabym nie przeczytać czegoś, co do nich nawiązuje? Tyle że „Wayward Pines. Szum” z X files mają wspólnego tyle, że jest tam tajemnica i są agenci, a z Twin Peaks, że akcja toczy się w „dziwnym miasteczku”. Trochę jakby mało... Poza tym książce zdecydowanie bliżej do wszystkich tych filmowych czy powieściowych horrorów, w których nieświadomy niczego bohater przybywa do miasteczka, gdzie mieszkańcy są kosmitami/robotami/wampirami/wstaw co chcesz. On próbuje zorientować się, co jest grane i zawczasu nawiać, oni chcą go albo przerobić na jednego ze „swoich” albo zabić. Znamy to, prawda? Jest to dokładnie ten schemat, przynajmniej przez większą częścią książki, bo końcówka to już czyste SF, które z „klimatem Twin Peaks” nic wspólnego nie ma. Niemniej, czyta się to w sumie nieźle, a raczej czytałoby się, gdyby nie koszmarna maniera pisania każdego zdania w nowej linijce. Serio, wtf? W scenach akcji jeszcze bym zrozumiała, bo komuś (autorowi, znaczy) może się zdawać, że to dodaje tempa czy dramatyzmu, ale pisać tak zwyczajne OPISY? Wychodzi z tego np. coś takiego:
Jego pokój, numer 226, znajdował się w końcu korytarza.
Otworzył drzwi, wszedł, zapalił światło.
Wystrój dało się określić jako folkowy.
Dwie marnie wykonane typowe sceny westernowe.
Kowboj na wierzgającym rumaku.
Grupa pracowników z rancza skulona wokół ogniska.
Pomijając już ogólnie nie najlepszy styl – w takiej formie się tego czytać nie da. Na szczęście są tu też fragmenty pisane względnie normalnie, dzięki którym jakoś dobrnęłam do końca. Finał... powiedzmy, że na plus, bo odpowiedź na pytanie „o co tu właściwie chodzi” nawet mi się podobała, choć i tu można się do tego i owego przyczepić (dlaczego niby nadzieję ludziom miałoby dawać życie w miasteczku-więzieniu, a odbierać ją – życie w niebezpiecznym świecie przyszłości?). Pomysł mimo niejakiego braku oryginalności jest więc całkiem ok, za to wykonanie kuleje. 
A serial na podstawie tego, jeśli go wreszcie puszczą, też pewnie obejrzę. Cóż, jestem słabym człowiekiem. ;)

2 komentarze:

  1. No to moje emocje zostały ostudzone. Napaliłam się na książkę oraz serial, ale chyba odpuszczę lekturę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jestem skłonna dać serialowi szansę, fajnym klimatem można sporo nadrobić. Choć patrząc na nazwisko reżysera, mam pewne wątpliwości. ;)

    OdpowiedzUsuń