wtorek, 22 lipca 2014

The Strain


Penny Dreadful było światełkiem w tunelu i przywróciło mi wiarę w seriale. Niestety, zaraz potem nacięłam się na pierwsze dwa odcinki „The Strain” i znowu, cholera, musiałam zacząć kręcić nosem. Oceniam przy tym – z góry zaznaczam – sam początek, czyli „pierwsze wrażenie”, które moim zdaniem jest raczej negatywne. Nie wiem, może potem się coś zmieni i ostatecznie serial okaże się rewelacyjny (pytanie, czy ja będę dalej oglądać...).
„The Strain” to serial na podstawie serii, której pierwszą część swego czasu recenzowałam w Esensji. I owszem, jak w starym dowcipie – książka była lepsza. Miała zgrabniej zbudowany klimat i dłużej utrzymywała tajemnicę „co właściwie stało się w samolocie”. Ok, można argumentować, że marudzę, bo czytałam wcześniej powieść i dlatego tajemnica nie była dla mnie żadną tajemnicą, ale podczas lektury też od początku wiedziałam, że „to wampiry” (wydawca raczył zdradzić w blurbie), jednak przyjemność ze śledzenia historii miałam znacznie większą. W serialu paskudny wąpierz ze ssawką pojawia się już w pierwszym odcinku i jest pokazany na tyle dokładnie, żeby widz nie miał wątpliwości z kim/czym ma do czynienia.
Poza tym serial cierpi na to, co w dużej mierze było też wadą książki, czyli pomieszanie „biologicznych” oraz „ludowych” wyjaśnień fenomenu wampiryzmu. Miało to w założeniu odświeżyć formułę – zamiast krwiopijców, którzy boją się krzyża czy czosnku i umierają od wbicia w pierś kołka, otrzymalibyśmy po prostu zaatakowanych nieznanym wirusem ludzi. I sam pomysł mi się podoba, serio. Ale wykonanie już mniej, bo w serialu „tradycyjne” elementy wampiryzmu też jak najbardziej istnieją: jest powiewający pelerynką (albo eee czymś pelerynopodobnym) złowrogi Mistrz, jest stara trumna z ziemią, miecz „na wampiry” czy motyw przekraczanie rzeki. A sądząc po książce, będzie podobnych elementów znacznie więcej. W rezultacie otrzymujemy coś w rodzaju mariażu poczciwej opowiastki o nieumarłych, jak sprzed stu lat, z hollywoodzką  produkcją o wybuchu epidemii. Taki „Dracula” ożeniony z „Epidemią”, rozumiecie.
Kłopot w tym, że obie te historie po połączeniu wcale nie tworzą nowej jakości, zwłaszcza że i w jednej, i w drugiej mnóstwo jest sztampowym elementów. Mamy więc starca, który jako jedyny zdaje sobie sprawę z zagrożenia i potrafi je zwalczać, ale oczywiście inni biorą go za wariata (do czasu, jak mniemam), głównego bohatera, który jest tak zaabsorbowany ratowaniem ludzkości, że cierpi na tym jego małżeństwo, chciwe władze, które chronią własne tyłki zamiast myśleć o dobru ogółu itp. Poszczególne sceny (ożywiające w kostnicy trupy) też jakby skądś znamy. Jakby tego było mało, bohaterowie w imię popchnięcia naprzód akcji zachowują się czasem... delikatnie mówiąc, niezbyt mądrze. Ludzie, którzy przeżyli w samolocie atak tajemniczego patogenu, mimo ewidentnie nienajlepszego samopoczucia koniecznie chcą wracać do domów, choć rozsądek nakazywałby raczej pozostanie w szpitalu i serię szczegółowych badań; nad ciałami ofiar tegoż ataku pracuje w kostnicy jeden lekarz, w dodatku niemal bez zabezpieczeń (ma tylko rękawiczki) – a patogen nie dość, że jest nieznany, to jeszcze zabija w ciągu kilku zaledwie sekund (przynajmniej lekarz ma święte prawo w to wierzyć).
I w sumie nie czepiałabym się jakoś strasznie – rozumiem, że w serialu czasem trudno jest uniknąć klisz czy głupoty bohaterów uniknąć. Ale nawet to da się podać z jako takim wdziękiem, a właśnie wdzięku w „The Strain” próżno szukać. Bohaterowie wygłaszają stosowne do okoliczności kwestie, Mistrz macha ssawką i wygląda groźnie, a świeżo przemienione wampiry plączą się w tle – niby wszystko jest ok, tyle że nie ma w tym życia, trudno się kimkolwiek przejąć czy kogoś polubić. Ot, taka typowa produkcja telewizyjna. I jasne, widziałam znacznie gorsze seriale, ale szczerze wątpię, czy można to zaliczyć „The Strain” na plus.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz