czwartek, 24 lipca 2014

O twórczości Joe Alexa słów kilka


Nadal piszę książkę i nadal mam w związku tym kryzys czytelniczy, czyli mogę czytać albo wyłącznie teksty nieangażujące mózgu (który zajęty jest przetwarzaniem informacji, ile mi jeszcze trupów do końca zostało), albo to, co czytałam już wcześniej. Na tej zasadzie sięgnęłam wczoraj po „Śmierć mówi w moim imieniu” Joe Alexa i przy okazji przypomniałam sobie, jak bardzo książki tego autora wkurzały mnie, kiedy byłam młodsza. I nadal mnie wkurzają, co nie przeszkadza temu, że przeczytałam wszystkie, i to z przyjemnością. Brzmi dziwacznie, wiem, i nawet budzi we mnie niejakie poczucie winy wobec pisarza, bo z jednej strony za każdym razem, kiedy w jakiejś dyskusji pojawia się to nazwisko (tzn. Joe Alexa, autora kryminałów, nie Macieja Słomczyńskiego, tłumacza), zaczynam marudzić, a z drugiej wszystkie jego powieści mam i wszystkie sprawiły mi podczas lektury naprawdę sporo frajdy. 
Spróbuję więc może w ramach uczciwości uporządkować moje wrażenia w punktach.

Co mi się nie podoba w kryminałach Joe Alexa:
  1. Główny bohater, który jest tak koszmarną Mary Sue, że przebija go pod tym względem chyba tylko Rapsodia z cyklu Elizabeth Haydon – ta, która była cudownie piękną kurtyzaną-dziewicą. Detektyw amator Joe Alex (zbieżność z pseudonimem autora nieprzypadkowa i również charakterystyczna dla zjawiska Mary Sue) jest superinteligentny, przystojny, majętny, znakomicie wyćwiczony w sztukach walki, lubiany i poważany absolutnie przez wszystkich, a uwielbiany wręcz przez czytelników – jest bowiem świetnym pisarzem, i to w dodatku ot tak, od niechcenia. Ma też, jakżeby inaczej, odpowiednio doskonałą dziewczynę, pannę Karolinę (czemu Karolinę, a nie Caroline? Inne imiona jakoś nie są spolszczone). Karolina w zależności od potrzeb jest albo genialnym młodym naukowcem, albo słodkim i nieszczególnie bystrym stworzonkiem – znaczy, inteligencja włącza jej się głównie wtedy, kiedy mówi o swojej pasji, czyli archeologii. Nie wiem czemu, ale OK, to przynajmniej JEST jakaś konkretna cecha charakteru, czego nie daje się powiedzieć o Benie Parkerze, przyjacielu-policjancie głównego bohatera, który jest tak absolutnie nijaki, że po przeczytaniu ośmiu książek (nie pamiętam, czy występował we wszystkich, ale w większości tak) nie jestem w stanie o facecie powiedzieć NIC. 
Nawiasem mówiąc, związek Alexa z Karoliną też wygląda cokolwiek dziwnie. Oboje są niewątpliwie dorośli, a przy tym na tyle „nowocześni”, żeby być parą, nie biorąc ślubu, a jednocześnie z niewiadomych dla mnie powodów ukrywają to, że ze sobą sypiają, niczym czające się przed rodzicami nastolatki. Ukradkiem przekazują sobie klucze do mieszkania, Karolina rumieni się na samą sugestię, że miałaby spędzić u Alexa noc itd. Nie ogarniam. Czy lata sześćdziesiąte były okresem, kiedy z jednej strony wypadało „być razem” bez ślubu, a z drugiej nie wypadało się przyznawać, że to „bycie” wiąże się też z seksem? Serio się zastanawiam.
  1. Papierowe postaci – bohaterowie są albo nijacy, jak wspomniany już Ben Parker, albo obdarzeni jedną, góra dwiema charakterystycznymi cechami, które co prawda jakoś ich tam wyróżniają, ale bynajmniej nie dodają tym literackim tworom życia.
  2. Książki Joe Alexa to klasyczne kryminały w stylu Agathy Christie, co oznacza, że główny nacisk położony jest na intrygę, za to wszystko pozostałe (realia społeczne itp.) pozostają na drugim planie – całość jest więc króciutka, z ledwo naszkicowanym tłem. Tyle że Agatha Christie umiała przy całej tej oszczędności sprawić, że człowiek miał wrażenie czytania o autentycznych miejscach i ludziach, podczas gdy Joe Alex pisał, jakby Anglię znał wyłącznie z książek/filmów, i to nie najwyższych lotów... Hm, może tak właśnie było? Bo podczas lektury nieustannie wydawało mi się, że te wszystkie wiejskie rezydencje/eleganckie mieszkania to teatralne dekoracje, które obsługa wynosi, kiedy tylko przewracam stronę. Christie zresztą potrafiła wplatać w swoje książki różne charakterystyczne drobiazgi (np. powojenny czarnorynkowy handel), dzięki którym człowiek rozpoznawał, kiedy właściwie rozgrywa się akcja. Inaczej u niej zachowywali się bohaterowie w latach dwudziestych-trzydziestych, a inaczej, powiedzmy, pięćdziesiątych, inne mieli problemy, inaczej wyglądały stosunki społeczne itp. U Joe Alexa wszystkie te straszliwe zbrodnie mają miejsce w sztucznie wykreowanej przestrzeni, jakiejś „idealnej i ponadczasowej”, a jednocześnie wypranej z wszelkiego indywidualizmu Anglii.
  3. Koszmarnie pretensjonalne tytuły. „Powiem wam, jak zginął” czy „Zmącony spokój Pani Labiryntu” są jeszcze w miarę OK, ale „Piekło jest we mnie”? „Śmierć mówi w moim imieniu”? „Jesteś tylko diabłem”? Poważnie??? Nawiasem mówiąc, w wieku lat jedenastu napisałam opowiadanie pod takim właśnie tytułem („Jesteś tylko diabłem”) i wówczas wydawał mi się ów tytuł wstrząsająco mroczny i niewątpliwie zachęcający do czytania. Teraz już się nie wydaje. ;)
  4. Ogólny snobizm. Alex z Karoliną nie mogą np. pójść do kina na jakiś fajny rozrywkowy film – muszą iść do teatru, i to na sztukę Ionesco. Nikt tam nie czyta niczego poniżej klasycznej poezji, nikt też nie ogląda telewizji. Ba, telewizory w aleksoświecie chyba w ogóle nie istnieją, jest tylko dość lekceważona prasa... 
  5. To, co mnie wkurza najbardziej, czyli pogarda dla czytelników kryminałów. Bo, jak już wspomniałam, Joe Alex-postać z książek Joe Alexa-pisarza jest również autorem, opisującym sprawy, które rozwiązał jako detektyw amator. Joe Alex-postać pisze przy tym te swoje rewelacyjnie sprzedające się powieści z wyraźnym lekceważeniem – ot, taka sobie chałturka, wstukiwana na maszynie lewą ręką między zupą a drugim daniem, bo choć kryminały to rozrywka dla durnego ludu, jakoś zarobić na chleb trzeba. Nietrudno przeprowadzić analogię i dojść do wniosku, że identyczny stosunek do swoich czytelników ma Joe Alex-pisarz. A nawet gdyby nie miał, nawet gdyby to była tylko perspektywa wyłącznie Joe Alexa-postaci – cóż, sugerowanie, że ludzie, dzięki którym stać cię na elegancki apartament w Londynie, są bandą głąbów, wydaje się cokolwiek niegrzeczne, a czytelnicy kryminałów niekoniecznie chcą przeczytać w kryminale, że mają zły gust i tak właściwie to powinni poczytać sobie coś ambitniejszego.

Co mi się podoba w kryminałach Joe Alexa:
1. Intrygi. Można im zarzucić przekombinowanie, owszem, jednak to cecha charakterystyczna tego podgatunku (Christie też tak miała), a te akurat są ciekawie wymyślone i poprowadzone. Jest to jeden jedyny element, który naprawdę przypadł mi do gustu. Więcej nawet, który spodobał mi się na tyle, że byłam w stanie może nie tyle zapomnieć, co przynajmniej na czas lektury przymknąć oczy na wady. Czy wobec tego warto dziś jeszcze Joe Alexa czytać? Moim zdaniem tak, aczkolwiek z zastrzeżeniem, że sporo rzeczy w tych książkach może – zwłaszcza dziś, kiedy kryminały po prostu inaczej się pisze – mocno irytować. 

6 komentarzy:

  1. To właśnie oryginalne tytuły tych kryminałów zainteresowały mnie nimi. Są bodajże zdaniami kontekstowymi do intrygi, wyrwanymi z cytatów rozpoczynających książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. I znowu te koszmarne zapożyczenia, tym razem od władających lengłidżem nastolatów z goodreads.com i okolic.... (mniejsza o słówka, ale za tym idą potem całe wzory myślowe) ....brrrrrr.
    -- Gary Stu

    OdpowiedzUsuń
  3. Za młodu połykałem Aleksy bez opamiętania, a na pierwszym roku studiów poświęciłem mu (i innym klasykom gatunku zza granicy) pracę roczną na zaliczenie Wiedzy o Literaturze. Krótko mówiąc: lubię i darzę sentymentem, choć trudno nie zgodzić się z Twoimi zarzutami. Znasz może kryminalno-sensacyjne powieści Słomczyńskiego osadzone w PRLu i podpisywane pseudonimem Kazimierz Kwaśniewski?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem, tzn. możliwe, że znam, kiedyś sporo tego czytałam, ale autorów już nie pamiętam. A sensowne są jakoś w miarę?

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale nie dorównują Alexom.

    OdpowiedzUsuń