wtorek, 15 lipca 2014

Człowiek z wyspy Lewis


Nie wiem, czy to ja jakaś ostatnio marudna się zrobiłam, czy po prostu mam pecha, ale co sięgam po książkę, która ma być „fajną wakacyjną rozrywką”, to jestem rozczarowana. Nesbo mnie zawiódł, Wayward Pines zawiodło, King okazał się niezły, ale nic więcej... Teraz przyszła pora na „Człowieka z wyspy Lewis”, drugą część szkockiej trylogii Petera Maya. Pierwsza („Czarny dom”) podobała mi się głównie ze względu na niesamowitą scenerię Hebrydów oraz klimat – jedno i drugie tak dobre, że byłam w stanie wybaczyć pewne fabularne niedociągnięcia. Teraz już nie jestem, bo klimat klimatem i sceneria scenerią (oba nadal bardzo na plus), ale od kryminału wymagam jednak czegoś więcej. Fabuła w „Człowieku z wyspy Lewis” rozwija się jak w „Czarnym domu”, czyli dwutorowo, mamy bowiem śledztwo w teraźniejszości oraz retrospekcje z przeszłości. W „Czarnym domu” były w tym jakieś elementy kryminału – kombinowanie na podstawie dowodów, zaskoczenie pod koniec, kiedy okazywało się „kto zabił”. W „Człowieku z wyspy Lewis” takie „podążanie za śladami” można znaleźć jeszcze w wątku „teraźniejszym”, tyle że nie chodzi o znalezienie sprawcy zbrodni, a o odkrycie prawdziwej tożsamości jednego z podejrzanych, co w żaden sposób ciekawe nie jest, bo przecież my, czytelnicy, świetnie wiemy, kim facet jest – z drugiego wątku, tego retrospekcyjnego. W nim autor po prostu opowiada pewną fabułę, wydarzenie po wydarzeniu, w pewnym momencie dochodzi do sceny morderstwa, opisuje, kto kogo zabił i tyle... Żadnych mylnych tropów, żadnej dedukcji, żadnego zaskoczenia. Dobra, wiem, nie każdy kryminał musi być od razu jak powieści Agathy Christie, ale „Człowiek z wyspy Lewis” to po prostu obyczajowo-romansowa powieść z trupem w tle, a nie tego oczekiwałam.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz