czwartek, 3 lipca 2014

Książkowo - lipcowo

Zmieniam trochę formułę wpisów o książkach - teraz zamiast kilku krótkich notek będzie jedna-dwie dłuższe. Mam wrażenie, że tak będzie chyba sensowniej...
Na pierwszy ogień idą nowy King oraz nowy Nesbo.

Stephen King najbardziej znany jest oczywiście jako twórca horrorów, ale zdarza się, że od czasu do czasu sięga do innych gatunków: fantasy, sf, czy wreszcie – to ostatnie najrzadziej – do historii pozbawionych elementów fantastycznych. To właśnie przypadek „Pana Mercedesa”, reklamowanego hasłem „King napisał kryminał” – co nie jest prawdą, bowiem najnowsza powieść Króla Horroru to raczej thriller czy może po prostu sensacja. Kryminał wymaga zagadki, w „Panu Mercedesie” od początku wiemy „kto zabił”, a tytułowy bohater-morderca jest postacią równorzędną wobec bohatera-detektywa. Obserwujemy więc rozgrywkę dwóch osobowości: z jednej strony pogrążony w depresji emerytowany gliniarz, któremu niespodziewany list od poszukiwanego mordercy daje powód do życia, z drugiej zaś psychopatyczny dwudziestokilkulatek, który raz już zabił i teraz zamierza zrobić to ponownie.
Przy czym obie główne postaci są dość sztampowe. Bill Hodges to typowy „twardy” glina z nosem do rozwiązywania skomplikowanych spraw, który – jakżeby inaczej – w pracy radzi sobie znacznie lepiej niż w życiu osobistym (rozwód to kolejna klisza). Podobnie typowy jest Brady Hartfield, wyobcowany i jednocześnie uwikłany w niezdrową relację z matką-alkoholiczną. Niemniej King potrafi sprawić, że wszystkie te stereotypy ożywają w czasie lektury. Podobnie jest z postaciami drugoplanowymi – nie są zbyt oryginalne czy głębokie, ale autor kilkoma zgrabnie dobranymi zdaniami nadaje im rys wiarygodności.
Problem mam na dobrą sprawę jedynie z Holly: z jednej strony jest to najciekawsza, najmniej szablowa, a już z pewnością najsympatyczniejsza postać, a z drugiej, jest to też niestety jedyna bodaj bohaterka, w którą mimo szczerych chęci nie jestem w stanie uwierzyć. Bo wyobraźmy sobie czterdziestopięcioletnią kobietę, cierpiącą na bliżej niesprecyzowane, ale poważne problemy psychiczne, mieszkającą wciąż z rodzicami, praktycznie niezdolną do samodzielnego życia (jedyną pracę, jaką kiedykolwiek miała, szybko straciła), funkcjonującą wyłącznie dzięki codziennej dawce leków, nienawidzącą widoku zwłok, bojącą się ludzi itp. I otóż ta właśnie kobieta, wrzucona w sam środek pościgu za szalonym wielokrotnym mordercą, okazuje się znakomicie sobie radzić! „Problemy” Holly pojawiają się i znikają jak na zawołanie w zależności od potrzeb fabuły – czasem są, a czasem nie ma, BO TAK. Sorry, panie King, ale coś tu nie gra.
Na szczęście to chyba jedyna poważniejsza wpadka. Pozostałe elementy książki stoją już jeśli nie na dobrym, to przynajmniej na przyzwoitym poziomie. Owszem, fabuła to po prostu kolejna wariacja na temat pojedynku dobrego gliny ze złym zabójcą, czyli coś, co widzieliśmy w tysiącach filmów. Owszem, w końcówce brakuje zaskoczenia, bo przy tak sztampowym pomyśle, kiedy wszystkie pionki są już rozstawione na planszy, pozostaje w pewnym momencie tylko tradycyjne pytanie „kto zwycięży” (nie żeby odpowiedź na nie była szczególnie trudna...). Ale i tak całość jest zgrabnie napisana i nawet finał wypada lepiej niż końcówka „Doktora Sen”, w którym ostateczne starcie sił dobra i zła ciągnęło się i ciągnęło, podczas gdy czytelnik przysypiał z nudów.
     Jeśli natomiast chodzi o mniej poważne niedociągnięcia – przyznaję, że nie do końca przekonuje mnie warstwa językowa tej książki. Nie od dziś wiadomo, że King lubi bawić się słowami, poszczególne postaci mają u niego swoje charakterystyczne powiedzonka czy indywidualny styl mówienia. Zazwyczaj wychodzi to opowieści na dobre, choć zdarza się, że autor zapędzi się za daleko (jak w absolutnie okropnej „Historii Lisey”) i wtedy wszystkie te językowe łamańce, zamiast dodawać wiarygodności, tylko irytują. W „Panu Mercedesie” bardzo sztucznie brzmi „murzyński” slang, jakim czasem posługuje się nastoletni przyjaciel głównego bohatera – co zresztą z dużym prawdopodobieństwem jest winą nie tyle autora, co tłumacza. Podobnie w przypadku listu od mordercy – w oryginale może i wygląda on, jakby pisał go człowiek „inteligentny i oczytany”, ale po polsku zdania w rodzaju „obawiałem się Spontanicznej Ejakulacji” mogą wzbudzić co najwyżej uśmiech politowania czy ewentualnie napad głupawki. Nie wspominając już o tym, że napisanie „sprafca” zamiast „sprawca” to zdecydowanie nie jest błąd, który mógłby zrobić ktoś, kto generalnie z ortografią sobie radzi, taka osoba mogłaby pomylić „rz” z „ż” czy „h” z „ch”, ale nie „f” z „w”, na Boga! Czepiam się, wiem, bo przecież rozumiem, że tłumacz nie miał dużego pola do manewru, a jakoś ten błąd musiał przełożyć.
Hm, właśnie przyłapałam się na tym, że łatwiej mi wymieniać wady tej książki niż zalety – i to pomimo, że uczucia po lekturze mam raczej pozytywne. Nie wiem, czemu, może dlatego, że wady są konkretne i indywidualne, podczas gdy zalety są wspólne dla każdej dobrej książki z gatunku popularnych czytadeł (wiarygodne postaci, fakt, że „czyta się łatwo”). Tak czy inaczej „Pana Mercedesa” trudno za uznać za wybitne osiągnięcie Kinga, gdybym miała wymieniać najlepsze książki tego autora, najnowsza nie znalazłaby się nawet w pierwszej dwudziestce. Niemniej jak na lekką sensację jest to rzecz warta polecenia, zwłaszcza na wakacje, kiedy człowiekowi nie chce się za bardzo wysilać mózgownicy, a i brak oryginalności podczas plażowej lektury nie przeszkadza jakoś szczególnie.

Coś mam przeczucie, że będzie to pierwsza książka Nesbo, której nie zdołam dokończyć. A zaczęło się nieźle, bo od ucieczki z więzienia Sonny’ego, zawodowego kozła ofiarnego (w zamian za narkotyki przyznawał się do cudzych przestępstw), który dowiedziawszy się, że zmarły ojciec jednak nie był skorumpowanym gliną, pragnie pomścić jego śmierć i jednocześnie odnaleźć prawdziwego „kreta”, działającego w szeregach policji. Nie jest to może zawiązanie akcji wstrząsająco oryginalne, ale wystarczy, żeby zaciekawić, zwłaszcza że norweski autor pisze bardzo sprawnie. Już na początku jednak coś mnie tknęło – oto bowiem uzależniony od heroiny Sonny ot tak, z dnia na dzień zrywa z nałogiem. Bez żadnej pomocy z zewnątrz i to w środowisku, gdzie bezustannie mu tę heroinę proponują. W tym momencie mój kołek do zawieszania niewiary lekko zatrzeszczał, ale niech tam, może chłopak z natury taki twardy jest, niech będzie.
Dalej jednak wątpliwości było coraz więcej. Sonny aresztowany został tuż po osiągnięciu pełnoletności i przesiedział w więzieniu kilkanaście lat – a więc praktycznie spędził tam całe swoje dorosłe życie. Świata za kratami nie zna zupełnie i ma problemy z takimi drobiazgami jak meldowanie się w hotelu, zakup komórki czy nawet płacenie za taksówkę. Nie przeszkadza mu to jednak absolutnie wodzić za nos całej miejscowej policji oraz całego lokalnego przestępczego świata. Bo tak. Sonny bez trudu pokonuje uzbrojonych gangsterów (autor próbuje tłumaczyć to tym, że chłopak jako nastolatek był zapaśnikiem, ale co to ma do broni palnej?), mści się, ratuje sieroty i rozkochuje w sobie piękne dziewczyny. Serio. Takie połączenie Chrystusa z Batmanem na odwyku, rozumiecie. W tym momencie zaczęłam powoli wymiękać, ale gwoździem do trumny okazał się wątek romantyczny, a właściwie dwa takie wątki. 
Jeden to wspomniana już miłość Sonny’ego oraz pracownicy ośrodka dla narkomanów. Miłość z przeszkodami, albowiem dziewczyna ma narzeczonego, którego podobno kocha – Bóg jeden wie, dlaczego, skoro chłopak od pierwszego pojawienia się w książce chodzi z przyklejoną na czole kartką „Buc i cham, do szybkiego zastąpienia przez prawdziwą miłość”. Oczywiście przyszła teściowa to zołza, zapatrzona w synusia i pomiatająca naszą piękną bohaterką, a żeby stereotypowy wizerunek był pełen, autor funduje nieszczęsnej kobiecie w pakiecie nietwarzową fryzurę, która postarza, zamiast odmładzać – bo przecież klisza „zła teściowa” z założenia żadnych pozytywnych cech nie przewiduje, prawda?
Nie lepiej prezentuje się drugi romansowy wątek, czyli miłość starego gliniarza i jego młodej ślepnącej żony – ona jest mu bezwarunkowo oddana, on zrobi wszystko, żeby tylko ocalić jej wzrok. Ja rozumiem, że w życiu zdarzają się różne tragedie, w tym i ślepota też, i naprawdę nie chcę się nabijać – ale to jest napisane tak, że człowiek ma nieodparte wrażenie obcowania z przedwojennym  melodramatem. Innego określenia nie znajduję. Co więcej Nesbo chyba przyszło do głowy podobne porównanie, ponieważ w pewnym miejscu przywołuje granego przez Chaplina włóczęgę i ślepą kwiaciarkę. Nie wiem, gdzie podziała się charakterystyczna dla tego autora umiejętność pisania o skomplikowanych uczuciach i związkach, może na czas pisania tej powieści wzięła sobie urlop?
Wszystko, co napisałam powyżej, nie znaczy bynajmniej, że „Syna” nie da się czytać. Wręcz przeciwnie, Nesbo ma rzemiosło opanowane do tego stopnia, że potrafi sprzedać nawet kompletne głupoty. Ja przeczytałam gdzieś do 70% procent (Kindle, nie wiem, jak to przeliczyć na strony) i co prawda poziom irytacji momentami wzrastał niebezpiecznie, ale mimo wszystko chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Aż w pewnym momencie z powodów ode mnie niezależnych musiałam lekturę przerwać i przyznam szczerze, że po tej przerwie nie mam najmniejszej ochoty do niej wracać. Nie wiem, może robię tej książce krzywdę, może w zakończeniu są jakieś niesamowite twisty, które zmieniłyby moja ocenę – ale zwyczajnie nie chce mi się zmuszać, żeby się o tym przekonać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz