czwartek, 31 lipca 2014

Dallas '63


To chyba jedyna z nowszych książka Kinga, której nie przeczytałam od razu po premierze: nigdy nie byłam wielką fanką ani thrillerów politycznych, ani podróży w czasie, a w wykonaniu tego autora wolę zdecydowanie horrory. A jednak kiedy zobaczyłam powieść na półce w bibliotece, nie  oparłam się i wypożyczyłam. I w sumie jestem zadowolona, mimo iż uczucia po lekturze, tradycyjnie, mam dość mieszane – nie wiem, czy to dlatego, że King faktycznie ostatnio słabiej pisze, czy ja staję się bardziej marudna, może zresztą jedno i drugie.
„Dallas '63” składa się z trzech osi, wokół których kręci się fabuła. Po pierwsze oczywiście oś „polityczna”, czyli próby powstrzymania Lee Harveya Oswalda – ten właśnie wątek wydał mi się najmniej interesujący, może po prostu dlatego, że nie działa na mnie ani mit „szczęśliwej Ameryki”, w której po zabiciu prezydenta wszystko poszło nie tak, ani do Kennedy’ego jakiegoś wielkiego sentymentu nie mam. Cóż, w końcu nie jest to historia mojego kraju.
Drugą oś można nazwać „obyczajową” – tu King opisuje to, co od lat lubi opisywać najbardziej, czyli życie małych miasteczek. Mamy więc szkolne potańcówki, przedstawienia teatralne, mecze – wszystko z przełomu lat 50-tych i 60-tych. To są momentami bardzo urokliwe kawałki, tyle że strasznie przegadane. Widać, że autor ma sentyment do tamtych czasów, co czasem jednak szkodzi zamiast pomagać. Odchudzenie wszystkich tych wątków o jakieś 100, może nawet 200 stron wyszłoby powieści na dobre.
I wreszcie oś trzecia, „nadprzyrodzona” – jak dla mnie najciekawsza, mimo iż najmniej wyeksponowana. Po prostu lubię horrory, a budowanie atmosfery zawsze było mocną stroną Kinga. Ten ładnie wygrany niepokój, kiedy okazuje się, że w przeszłości powtarzają się pewne sceny/dialogi/nazwiska, czy tajemnica człowieka ze zmieniającą kolor kartką – tego typu elementów dla odmiany mogłoby być więcej.
Poza tym pozytywnie zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: humor – parę scen jest naprawdę zabawnych (moja ulubiona to edukacja małego gazeciarza w duchu komunistycznej równości), a Kinga dotąd nie podejrzewałam o szczególnie wyostrzony dowcip. Po drugie: romans – nie jest to najbardziej fascynująco opisane uczucie męsko-damskie ever, ale jak na tego autora (wątki miłosne u Kinga są zazwyczaj strasznie drętwe) i tak wyszło nieźle, nawet troszkę się wzruszyłam na koniec.
A z drobiazgów – główny bohater, urodzony w 1976 roku, czyli mój rówieśnik, po przeniesieniu do roku 1958 nie ma najmniejszego problemu z przestawieniem się z komputera na maszynę do pisania, a potem nawet na pisanie piórem! Podziwiam! Gdyby mnie ktoś teraz kazał pisać ręcznie, zapłakałabym się na śmierć. Zresztą, facet w ogóle podejrzanie dobrze sobie radzi jak na kogoś, kto bez żadnego przygotowania wylądował w czasach dzieciństwa swoich rodziców, ale niech tam, i tak mi się podobało. Gdyby nie nadmuchana objętość, powiedziałabym nawet, że to najlepsza z wydanych ostatnio książek Kinga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz