sobota, 21 czerwca 2014

Książkowo - czerwcowo


Kolejna książka, którą mogłabym określić słowem „dziwna”. Już samo połączenie nastoletniego zauroczenia i słodko-gorzkich wspomnień z młodości z dosadną momentami cielesnością (Eugenides nie ma oporów przed opisywaniem zużytych tamponów czy pocałunków smakujących zjedzoną na obiad brukselką) wystarczy, żeby uznać powieść za dość nietypową, a to przecież nie wszystko. Jest tu jeszcze narrator zbiorowy (grupa chłopców zafascynowanych siostrami-samobójczyniami z sąsiedztwa), jest parę scen ocierających się o surrealizm, jak martwe jętki, które pokrywają w pewnym momencie ulicę. Autor miesza tragedię z czarną komedią, grozę i seksualne napięcie z groteską, gra na różnych, czasem bardzo odmiennych emocjach – i robi to tak doskonale, że aż trudno uwierzyć, że to debiut. Polecam.

Od czego by tu zacząć... Może od tego, że blurb, w którym z faktyczną treścią powieści zgadza się jakieś 50% informacji, przynosi wydawnictwu wstyd? Czy może od tego, że pracując przy tej książce, nie popisał się ani redaktor niemiecki ani polska korekta – ten pierwszy przepuścił dialog, w którym jedna osoba odpowiada nie na to, co powiedziała druga, ale na to, co opisane było w narracji, Polacy natomiast dorzucili hojnymi rękami garść literówek. Najgorsze jednak, że książka jest straszliwie wręcz przegadana, jakakolwiek akcja zaczyna się na 100 stron przed końcem, wcześniej literalnie NIC się nie dzieje: bohaterowie chodzą, gadają, wspominają dawne czasy, ktoś się w kimś kocha – bo to nie żaden thriller tylko obyczajówka z zabarwieniem romansowym. A kiedy już pada pierwszy (i jedyny trup) fabuła zaczyna niebezpiecznie przypominać przygody młodych detektywów (gang złodziei jachtów, serio?). Czemu więc to przeczytałam? Bo Link mimo wszystko potrafi dość sprawnie pisać, portrety postaci oraz ich wzajemne relacje wychodzą jej co prawda strasznie łopatologicznie (bohaterowie wielokrotnie analizują nawzajem swoje osobowości i to, co do siebie czują), ale przekonująco. Inna rzecz, że właściwie wszyscy są tu albo antypatyczni, albo przynajmniej lekko irytujący – ale może takie było zamierzenie autorki... Tak czy inaczej, raczej odradzam.

Urokliwe, aczkolwiek nie ukrywam, że po wszystkich zachwytach, jakie słyszałam na temat tej książki, spodziewałam się jednak czegoś troszkę lepszego. Aaronovitch ma bardzo lekki styl, niektóre porównania to wręcz perełki dowcipu, podobała mi się też specyficzna „londyńskość” tej książki, ale już fabuła, nie dość że niespecjalnie pomysłowa, to jeszcze popychana naprzód głównie dzięki zdumiewającej domyślności głównego bohatera, mogłaby być lepsza. Trudno przy tym nie porównywać „Rzek...” do innych magiczno-miejskich powieści – i w zestawieniu z takim np. Careyem czy Butcherem Aaronovitch wypada jednak słabiej, choćby dlatego, że obaj autorzy, jakby to powiedzieć... potrafią grać na różnych rejestrach emocjonalnych? Znaczy, owszem, są dowcipni, ale potrafią też napisać kawałek wzruszający czy pełen grozy (to ostatnie to głównie Carey), podczas gdy Aaronovitch w zasadzie przez cały czas pisze na jednej nucie kryminalno-czarodziejskiej przygodówki z przymrużeniem oka – niby więc dzieją się tu straszne rzeczy (małe dziecko wyrzucane z okna), ale człowiek (tzn. ja konkretnie) niespecjalnie się tym przejmuje. Z drugiej strony może właśnie o to chodziło, więc nie należy jakoś szczególnie się czepiać, a w kategorii niezobowiązujące czytadło „Rzeki Londynu” naprawdę wypadają dobrze.

Na 99% już tę książkę kiedyś czytałam, bo poszczególne wątki i postaci wyglądały podejrzanie znajomo, na szczęście jednak nie pamiętałam aż tyle, żeby miało mnie to pozbawić przyjemności z lektury. Zaletą prozy Susan Hill jest fajnie wykreowany klimat i wiarygodne postaci, co ciekawe, w większości ciepłe i sympatyczne, co zdecydowanie różni Hill od skandynawskich autorów kryminałów, którzy lubują się w tworzeniu postaci odpychających. Szkoda, że "W labiryncie..." to nie tyle kryminał, co mix obyczajówki i kryminału, bo takie literackie kundle bywają problematyczne i nie inaczej jest w tym przypadku. Jak na obyczajówkę cały ten obraz małomiasteczkowej społeczności jest jednak dość sztampowy, jak na kryminał za mało tu napięcia, zwłaszcza w środkowej części, intryga jest prościutka, a "zaglądanie do głowy" seryjnego mordercy wypada strasznie powierzchownie. Całość jest więc najwyżej taka sobie, choć przeczytać można.

Sama nie wiem, co o tej książce myśleć... Czytało się dobrze, bez znużenia, mimo iż tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Podobał mi się też specyficzny nastrój niepokoju obecny we wszystkich, nawet z pozoru spokojnych i radosnych scenach, podobali się  bohaterowie (choć główna zaczęła w pewnym momencie irytować) oraz "wstawki psychoterapeutyczne", czyli zapisy z sesji, jakie bohaterka prowadzi ze swoimi pacjentami. To chyba najbardziej oryginalny i najciekawszy element powieści, widać zresztą, że autorka (jedna z autorek, znaczy) wie, o czym pisze. Ale sama fabuła jest strasznie sztampowa, to kolejna wariacja na temat "prześladowania z zemsty" i nic więcej. W sumie więc jednak rozczarowanie, choć może kiedyś przy okazji się skuszę na dalsze części.

Książka napisana jakoś tak trochę od niechcenia, mam wrażenia: sporo dialogów, skąpe opisy... Niemniej, jest to powieść napisana od niechcenia przez bardzo zdolnego autora, bo przy całym swym minimalizmie (może zamierzonym?) ma mnóstwo uroku. Na początku jest zabawnie, potem już mniej, z wyraźną nutą niepokoju - w obu konwencjach Camilleri czuje się bardzo swobodnie. Być może jest to błahostka, może książka nie zapada jakoś szczególnie w pamięć - ale szczerze chciałabym, żeby niektóre teoretycznie poważniejsze w tonie książki były napisane z takim wdziękiem i lekkością pióra.

Nie mam jakoś przekonania do polskich kryminałów. Za dużo w nich sensacji, a za mało klimatu, fabuły też najczęściej są... takie sobie. Na tym tle "Farma lalek" wyróżnia się pozytywnie, pomimo tego, że też jest to raczej sensacja niż nastrojowy kryminał z tych, które lubię. I fakt, że autor napchał tu trochę za dużo wątków, fakt, że tożsamości jednego z "głównych złych" bez większego problemu można się domyślić, zaś bohater, Jakub Mortka, nie jest zbyt oryginalną postacią (do kompletu cech sztampowego gliny brakuje mu bodaj tylko problemu alkoholowego). Ale jakoś mnie to wszystko przekonało; może dzięki dobremu reasearchowi (widać, że autor wie, o czym pisze), może zwyczajnie dzięki temu, że Chmielarz ma talent i nawet ryzykowne pomysły potrafi podać tak, że dobrze się to czyta. Polecam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz