sobota, 24 maja 2014

Królewskie dzieci - ciekawostka

Na tej stronie można pobrać darmowego ebooka - antologię "Ostatni dzień pary", w skład której wchodzą finałowe teksty z zeszłorocznego krakowskiego konkursu na opowiadanie o tematyce steampunkowej i/lub postapo. W zbiorze znaleźć można też mój szorci pt. "Królewskie dzieci". A tu można przeczytać pierwszą recenzję antologii.

Niżej natomiast w ramach ciekawostki zamieszczam pierwotną wersję tego tekstu, napisaną dawno temu na potrzeby sekcji, a potem przerobioną tak, żeby było i postapo, i odwołanie do Krakowa. Jeśli ktoś jest zainteresowany, może spróbować porównać obie wersje i dać mi znać, która podoba się bardziej. :)


KRÓLEWSKIE DZIECI - wersja 1


     – Pospiesz się – rzuca chłopiec, spoglądając w dół. – Wleczesz się jak pustynny żółw.
     Śmiech na moment pozbawia go tchu, drżą targnięte falą chichotu ramiona, a spod wczepionych w skalną szczelinę palców sypie się pył. Chłopiec przylega spoconym ciałem do kamiennej ściany i nieruchomieje. Nie powinien poruszać się gwałtownie. Nie powinien nawet mówić. Powietrze wokół jest gorące, a on czuje się jakby wdychał gęsty i gryzący dym z ogniska. Przesuwa suchym językiem po wargach – oddałby duszę za łyk chłodnej wody.
     Bolą go mięśnie łydek i prawej ręki, na których utrzymuje cały ciężar ciała. Końcówka zawsze jest najgorsza, myśli. Dobrze o tym wie, bo nie pierwszy raz wspina się na nadmorską skałę.
     Dziewczynka zaczyna go doganiać. Chłopiec zaciska zęby i rusza w górę. Nie ścigają się, ale nie zniósłby, gdyby siostra pierwsza znalazła się na szczycie.
     Mają równe szanse. Dziewczyna jest lekka, za to chłopiec ma dłuższe ręce i nogi. Co prawda waży więcej i to go czasem martwi. Jeśli nadal będzie rósł w tym tempie, wkrótce suche trawy, których czepia się podczas wspinaczki, nie utrzymają jego ciężaru. A wtedy czeka go krótki lot w dół, wprost na wystające z morza ostre grzbiety skał.
     Odnaleźć dłonią szczelinę, potem podciągnąć się w górę. Stopa wsparta na niewielkim występie skalnym, druga zawieszona w powietrzu, niebezpiecznie, bardzo niebezpiecznie... Wkrótce także druga stopa znajduje oparcie. Mięśnie bolą coraz bardziej, w płucach brakuje tchu. I w górę, jeszcze raz. Nie patrzeć w dół. Do celu już niedaleko.
     Chłopiec zbiera resztki sił. Jeden gwałtowny rzut ciała i jest na szczycie. Leży na brzuchu, dysząc ciężko, z nogami wciąż zwisającymi nad przepaścią. Po chwili odpełza dalej, przekręca się na bok, siada i wstaje, najpierw zgięty w pół, a potem, gdy łapie równowagę, prostuje się na całą wysokość. Wiatr przenika go na wskroś, mokra od potu szata ziębnie momentalnie i klei się do ciała. Chłopiec wciąga w płuca powietrze, głęboko, jakby chciał się nim upić. Czuje przyjemny zawrót głowy, gdy spogląda w dół, na pałac, na maleńką wyspę, porzuconą pośrodku zielonobłękitnego morza, które w promieniach słońca skrzy się jak szmaragd.
     Po chwili na szczyt wspina się jego siostra i siada, obejmując kolana rękoma. W przeciwieństwie do brata nie wygląda na zmęczoną. Jest słabsza, ale lepiej potrafi rozłożyć siły.
     Chłopiec ma na imię Nikandros, dziewczynka Aischra.
     – Patrz. – Nikandros wskazuje nieskazitelnie czystą połać zieleni i błękitu. Niemal nieskazitelnie czystą. Wytężając wzrok, Aischra widzi biały punkcik. Gnany magicznym wiatrem żagiel, a pod nim łódka, która sunie po gładkiej jak stół powierzchni morza.
     Brat i siostra wiedzą, co znajduje się na pokładzie. Dary dla bestii, które mają ugłaskać ją, sprawić, by nie porywała bydła i nie niszczyła plonów.
Nikandros zaciska pięści.
     – Gdy dorosnę – mówi – wezmę miecz i zabiję smoka.
     Aischra wzrusza ramionami. Chłopiec przez chwilę czuje się niepewnie. Gardzi siostrą za jej drobną sylwetkę i za brak siły, ale jednocześnie trochę też ją szanuje. Jest starsza od niego o dwa lata i choć ostatnio on bardzo wyrósł, a ona zachowała posturę dziecka, to wciąż jest mądrzejsza od niego.
     – Zabiję smoka – powtarza uparcie. – Jestem przecież królewskim synem.
     Dziewczynka wstaje i bez słowa idzie wzdłuż krawędzi aż do miejsca, w którym skalna ściana jest gładka i pionowa, gdzie w dole nie sterczą ostre kamienie, a głęboka woda ma kolor nie szmaragdowy, lecz granatowy.
     Jedyne miejsce, z którego można skoczyć do morza.
     – Ty pierwszy. – Aischra odsuwa się na bok.
     Chłopiec raz jeszcze nabiera głęboko w płuca powietrza, bierze rozpęd i skacze.
     Ciało wygięte w łuk, świst wiatru w uszach. Jasny błękit nieba w górze, ciemny błękit morza w dole. Spadanie, zakończone szokiem nagłego zetknięcia z niebieskim chłodem. Porażone nerwy wrzeszczą przez chwilę, potem cichną, gdy skóra przyzwyczaja się do zimna.
     Nikandros otwiera oczy i pozwala, by woda sama wypchnęła go na powierzchnię

***

     Pałac jest stary, nikt nie wie, kto go zbudował, ani kiedy.
     Chłopiec spaceruje pustymi korytarzami. Przez wąskie okna wpadają sztychy światła, rozcinające półmrok na równe kawałki. Półmrok, światło, znów półmrok. Ciepło słońca ginie wchłonięte przez grube, kamienne mury i w pałacu niepodzielnie panuje wilgotny chłód o lekko metalicznym posmaku. Nikandros przystaje, rozciera zziębnięte ramiona, po czym rusza dalej, a jego kroki odbijają się echem. Wchodzi do wielkiej, wysoko sklepionej sali. Ściany oświetlają tu cztery pochodnie zawieszone nisko, na wysokości, do jakiej bez trudu sięga dziecko. Krwisty blask pełga po żelaznych posągach. Stożkowate hełmy, zacięte usta, dłonie zaciśnięte na rękojeściach mieczy. Dni chwały, dawno zamienione w mrok, chłód i pustkę.
     Na środku sali stoi ogromna zdobiona misa, wciąż wypełniona wodą. Nikandros bierze pochodnię, nachyla się i wykrzywia do własnego, niewyraźnego odbicia. Blask ognia ślizga się po powierzchni, ale nie dociera głębiej. Woda jest zbyt ciemna, zbyt martwa.
     Ręka chłopca drży, z pochodni sypią się iskry, które gasną, jeszcze nim zetkną się z czarną taflą.
     Nikandros wolno obchodzi salę. Pod ścianami leży sporo broni: miecze, kusze, włócznie i bojowe topory. Niektóre wciąż jeszcze są zdatne do użytku.
     Odkłada pochodnię i chwyta miecz. Jest ciężki, ale chłopiec potrafi już podnieść go jedną ręką.
     – Zabiję smoka – szepce, bojąc się że słowa wrócą do niego zwielokrotnione echem. – Zabiję smoka, aby mój lud nie musiał się bać o swoje owce i plony. Aby nie musiał wysyłać statków z darami, z soczewicą, zbożem, fasolą, olejem i orzechami. Zabiję go, bo jestem królewskim synem.
     Wspomnienie sięga w głąb serca, raniąc je. Nikandros podnosi obie dłonie i skrywa w nich twarz.
     Echo powtarza odgłos upadającego na posadzkę miecza.

***

     W zapadającym zmroku drzewa laurowe rzucają coraz dłuższe cienie. Na skraju zagajnika Aischra rozpala ogień, a do kociołka wkłada soczewicę i fasolę. Wkrótce wokół rozchodzi się smakowity zapach.
     Dziewczynka wygładza luźną szatę. Trzeba ją wyprać, myśli z niechęcią. Przydałoby się też zacerować.
     W plecy uderza ją podmuch ciepłego powietrza. Jakby coś, jakby jakaś ogromna masa szła, pchając przed sobą gorąco nocy. Aischra zamiera w bezruchu; jej nozdrza drażni woń świeżej krwi.
     Bestia przechodzi tuż za nią. Słychać odgłos żwiru kruszonego przez ciężar ogromnych łap, szelest liści przesuwających się po gigantycznym cielsku. Smok przystaje, teraz uszu dziewczynki dobiega chrupot miażdżonych w zębach kości i mlaskanie. Blisko, bardzo blisko. Bestia posila się, dziecko czeka. Po chwili Aischra odwraca się wolno.
     Smok nie lubi padliny. Je, dopóki ciało jest ciepłe, a krew nie zgęstnieje. Potem porzuca ofiarę i zasypia. Jak teraz.
     Dziecko chwyta zmasakrowaną owcę i ostrożnie ciągnie w swoją stronę.
     Smok otwiera oczy, kładzie pazurzastą łapę na zbroczonym krwią runie. Gest posiadacza, wściekłość w pionowych źrenicach, warkot dobywający się z głębi gardła.
     Aischra znów zamiera w bezruchu. Jest cierpliwa, potrafi czekać.
     Po chwili powieki bestii opadają, a jej boki unoszą się w głębokim, sennym westchnieniu. Tym razem dziewczynce udaje się wysunąć ciało owcy spod gigantycznej łapy.
     Będzie można upiec je nad ogniem, cieszy się. Nareszcie jakaś odmiana.
     Smok gardzi padliną i gardzi plonami, które wysyłają mu ciemni wieśniacy. Tak samo pogardził dwójką dzieci, które przybyły na wyspę wraz z pierwszym transportem soczewicy, fasoli, oleju i orzechów, gdy wróżbita powiedział, że tylko królewska krew jest w stanie złagodzić gniew bestii.

2 komentarze:

  1. W tak krótkim tekście odmalować sugestywnie scenerię, bohaterów i jeszcze zaznaczyć nastrój to jest naprawdę COŚ (niektórzy nie osiągnęliby tego nawet na 200 stronach;). Bardzo ładny i gustowny szorcik.

    OdpowiedzUsuń