czwartek, 10 kwietnia 2014

Książkowo - kwietniowo

Głupio mi trochę przyznawać się do czytania tej książki. Głupio, bo nie ukrywam, że o ile malarstwo Zdzisława Beksińskiego lubiłam zawsze, o tyle Tomaszem zainteresowałam się dopiero po jego śmierci - co być może nie świadczy o mnie najlepiej. Jest jednak coś nieodparcie fascynującego w relacji tych dwóch indywidualności, w zestawieniu dwóch żyć zakończonych dwiema tragediami. Starszy Beksiński na ojca nie nadawał się zupełnie (i zdawał sobie z tego sprawę), młodszy natomiast żył we własnym, filmowym świecie, bo ten realny jedynie go unieszczęśliwiał. Zresztą obaj przy wszystkich różnicach byli do siebie podobni - z jednej strony niesamowicie utalentowani, inteligentni ludzie, z drugiej - zależni od innych i nieradzący sobie z drobiazgami, które przeciętnemu człowiekowi nie sprawiają problemów. Książka pokazuje obu w sposób wyważony, bez poszukiwania taniej sensacji, a za to z niesamowitą faktograficzną dokładnością.

Odcinanie kuponów, czyli "ludzie kochają Hannibala, więc sprzedajmy im go jeszcze raz". Mogę wybaczyć Harrisowi, że wymyślając fabułę, poszedł po linii najmniejszego oporu (O czym mogę napisać? Noo... Hannibal jest ścigany i próbuje skontaktować się z Clarice?) Ale nie wybaczę kilku innych rzeczy. Na przykład tego, że gdzieś między "Milczeniem owiec" a "Hannibalem" Harris najwyraźniej zakochał się we własnej kreacji. Hannibal, owszem, nadal jest potworem, ale jakże wspaniałym, eleganckim i wyrafinowanym! Opisy tytułowego bohatera, jego upodobań, żarcia, wypaśnych samochodów, sztuki, jaką się interesuje itp. zajmują całkiem sporą część książki i wywołują we mnie podejrzenia, że autor niezdrowo się tym wszystkim podnieca. A gdyby to nie wystarczyło, Harris dowala jeszcze przeciwników Hannibala, którzy oczywiście są gnidami, żeby na ich tle nasz bohater lepiej wyglądał. Krendler powinien nosić na plecach napis "tego gościa masz nienawidzić, drogi czytelniku" a Mason Verger to groteskowa karykatura odpychającego złoczyńcy: gwałciciel dzieci, kazirodca, dręczyciel zwierząt i zwyrodniały sadysta w jednym... Czekałam jeszcze na informację, że kiedy był mały, to z upodobaniem kopał małe słodkie kaczuszki. Harris tak bardzo bardzo chce, żebym lubiła Lectera, a nie lubiła tych, którzy chcą go skrzywdzić, że momentami jest to naprawdę żenujące i budzi we mnie przewrotną chęć pokibicowania Vergerowi. Na wątek Clarice lepiej spuścić zasłonę milczenia - żal, że tak fajnie wykreowana w "Milczeniu owiec" postać kończy z wymienioną całkowicie osobowością. Naprawdę ciężko znaleźć mi w tej książce jakieś plusy - może jedynie Margot i Barney jakoś tam bronią się jako postaci, które potrafią wzbudzić jeśli nie sympatię, to przynajmniej odrobinę zrozumienia. A co ciekawe, ze wszystkich książek Harrisa, jakie dotąd czytałam, ta pod pewnymi względami jest najbliższa serialowi: te groteskowo-surrealistyczne sceny ze świniami i rozkrzyżowanym Lecterem, przerost malowniczego efekciarstwa nad ogólnie pojętym realizmem czy czarny humor - wszystko to wydaje się właśnie trochę jak z wyobraźni Fullera. Tyle że serial ma swój specyficzny wdzięk, a książka... książka, szczerze mówiąc, jak dla mnie jest zwyczajnie idiotyczna.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę to o książce Wita - ale, kurczę, obśmiałam się podczas lektury jak norka. To chyba najzabawniejsza powieść, jaką przeczytałam w ciągu ostatnich paru miesięcy - choć przy okazji jest to też książka lekko (a może i bardziej niż lekko...) przerażająca. Dokładna recenzja w Miesięczniku ŚKF-u.






Taki już mój pech - sięgam po zdobywczynię Nike, żeby samej sobie udowodnić, że nie tylko same kryminały i fantastykę czytam, po czym trafiam na grozę pełną gębą. Co zresztą ładnie pokazuje, jak bardzo sztuczne są gatunkowe podziały. "Ciemno, prawie noc" poziomem "fantastyczności" i nie różni się niczym od powieści, powiedzmy, Łukasza Orbitowskiego, który na naszym poletku regularnie jest nominowany do Zajdla. No ale przecież nie może być tak, że w ambitnej serii W.A.B. wydaje się fantastykę, więc wydawca asekuruje się, pisząc, że autorka "używa narzędzi horroru do opisu polskiej rzeczywistości". Nie wiem, czego się spodziewałam przed lekturą -chyba stężenia depresyjnych okropności, po których nie będę potrafiła się pozbierać, tymczasem książka wcale nie jest taka straszna. I mam wrażenie, że to bardziej kwestia nie tego, CO się pisze, ale JAK. Wspomniany Orbitowski pozornie radosną scenę potrafi opisać tak, że człowiek ma ochotę wpełznąć pod biurko i pociąć się bułką, u Bator natomiast, owszem, horroru jest mnóstwo, ale jest też ciepło, jest humor, są dobrzy ludzie, a przede wszystkim jest nadzieja. Zresztą cała ta sztafeta przekazywanego z pokolenia na pokolenie zła (gwałty, kazirodztwo, pedofilia, molestowanie, morderstwa i zabijanie zwierząt - coś pominęłam?) jest celowo przesadzona, tak że nie sposób jej traktować zupełnie serio. "Ciemno, prawie noc" jest jak zły sen, który trzeba prześnić do końca, żeby obudzić się oczyszczonym. Podoba mi się zresztą interpretacja tej książki jako swoistego zejścia w podświadomość, żeby tam zmierzyć się z koszmarami dzieciństwa. Podoba mi się też, jak genialnie autorka balansuje na granicy różnych konwencji: groteska, humor, horror, kryminał, powieść obyczajowa itp. Jedyne, do czego mogłabym mieć zastrzeżenia, to przekombinowany momentami styl. Wszystkie te neologizmy (skąd prości bohaterowie mają taką inwencję językową?), czy dialogi przypominające bełkotliwy strumień świadomości - nie wiem, czy miało to obrazować "jak ludzie mówią naprawdę", ale jeśli tak, to wyszło mało przekonująco.

Na pyrkonowym stoisku z przecenionymi książkami kupiłam sobie "Spadającą kobietę" (miała ciekawy opis) oraz właśnie "Opowieść podręcznej", czyli klasyczną feministyczną antyutopię, pokazującą jak mogłyby wyglądać Stany, gdyby władzę przejęła tam skrajnie prawicowa i religijna dyktatura wojskowa. Przy tym jest to antyutopia bardzo "kobieca" (cudzysłów, bo takie stereotypowe rozróżnienia bywają zwodnicze), a więc skupiona nie na wielkiej polityce, walce w ruchu oporu itp. tylko na uczuciach i codziennych drobiazgach. Nie ma tu - z kilkoma wyjątkami - jakichś szczególnie drastycznych scen, cierpienie bezimiennej bohaterki jest zdecydowanie bardziej psychiczne czy duchowe niż fizyczne: brak dotyku, zwyczajnej rozmowy, doprowadzająca do szaleństwa nuda (nie wolno jej czytać ani mieć żadnych innych rozrywek), czy wreszcie najgorsze, czyli pamięć o przeszłości - to jej najwięksi wrogowie. Co ciekawe, Atwood wcale nie gloryfikuje czasów sprzed rewolucji, jakby chciała powiedzieć: owszem, to chore czasy, ale czasem lekarstwo okazuje się gorsze od choroby.

...oraz trzy kolejne książki z serii, czyli "Punkt Borkmanna", "Powrót" i "Kobieta ze znamieniem". Wszystkie cztery przeczytałam jednym ciągiem, co jest pewnym dowodem na umiejętności pisarskie Nessera. Akcja potrafi wciągnąć, styl (mimo pewnych zastrzeżeń, o których potem) jest na tyle sprawny, że czyta się z przyjemnością. Przy tym szwedzki autor żadnej Ameryki nie odkrywa, jego kryminały to dość typowi przedstawiciele gatunku: jest tu starzejący się i miewający swoje humory komisarz, który jak każdy klasyczny detektyw wyjaśnia wszystko pod koniec książki i ani chwili wcześniej, są jego współpracownicy, którzy służą głównie do tego, żeby bohater miał na czyim tle błyszczeć, są wreszcie tajemnicze zbrodnie. Pod tym względem wyróżnia się część czwarta, która jest nie tyle kryminałem, co thrillerem, bo od początku znamy mordercę, a i jego motywacja żadną tajemnicą nie jest. Co ciekawe, nie ma w tych książkach jakoś szczególnie rozbudowanego tła społeczenego, choć kryminały skandynawskie z tego właśnie słyną - akcja właściwie mogłaby rozgrywać się w dowolnym innym kraju. Z zastrzeżeń natomiast: niektóre fragmenty wydały mi się przegadane (powtarzające się mętne rozważania o przeznaczeniu czy wzorach), a poza tym, zwłaszcza w pierwszym tomie, coś mi w czasie lektury zgrzytało. Nic konkretnego, po prostu wrażenie, że czasem w narracji są dziwne skoki albo w dialogach odpowiedzi nie do końca pasują do pytań. Jeden przykład, który udało mi się wyłowić:
- Czy zrozumiała pani to tak, że Eva Ringmar ucieszyła się, że to właśnie pani tam przyszła, a nie ktoś inny?
- Tak, dokładnie.
- A kto to mógłby być?
- A czy mogłaby to być więcej niż jedna osoba?
- Ma pan na myśli oskarżonego?
- Tak.

Czy tylko ja rozumiem z tego dialogu, że w książce oskarżony występuje w więcej niż jednej osobie?

Dorzucam do zestawienia trochę nieuczciwie, bo przeczytałam tylko do połowy - i to pomimo, że na początku bardzo mi się podobało, głównie ze względu na warstwę koncepcyjno-wizualną. Każda scena tutaj to inspiracja dla niesamowitego, oniryczno-surrealistycznego obrazu, a całość aż prosi się, żeby sfilmował to ktoś o wyobraźni twórców "Miasta zaginionych dzieci" (nastrój jest trochę podobny, choć kolorystyka inna, w "Cyrku nocy" zdecydowanie dominują czerń i biel). Jednak im dalej, tym bardziej czegoś mi brakowało - może po prostu emocji? Bohaterowie sprawiają wrażenie biernych, bezwolnie godzących się ze swoim przeznaczeniem jak kukiełki. Co ma sens i zgadza sie z ogólną koncepcją, ale też sprawia, że kiedy niesamowitość powieściowego świata przestała mnie zadziwiać, okazało się, że tak naprawdę nie mam po co czytać dalej, bo losy poszczególnych postaci i zakończenie całej tej historii zwyczajnie mało mnie obchodzą.

3 komentarze:

  1. "Opowieść podręcznej" widziałam jako film, który niespecjalnie mi się spodobał, ale za to po latach miałam okazję przeczytać inną powieść Atwood - "Kocie oko", a właściwie "Cat's Eye", bo czytałam po angielsku - i odznałam olśnienia, jak fascynujące jest jej pisanie. Co ciekawe, teraz niewiele z tej książki pamiętam poza tym, że przeżyłam katharsis.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę to o książce Wita - ale, kurczę, obśmiałam się podczas lektury jak norka" – niemal dokładnie to samo napisałem przed laty w Eczycie o „Dumanowskim” :-) Nie rozbawił tak bardzo, czy nie czytałaś?

    OdpowiedzUsuń
  3. "Dumanowski" akurat i średnio mnie bawił, i średnio się podobał - choć szczerze mówiąc już dokładnie nie pamiętam, czemu... :)

    OdpowiedzUsuń