poniedziałek, 10 marca 2014

Książkowo - marcowo


Książka (czy może raczej książeczka, bo króciutka jest, a i tak większość zajmują ilustracje) dla dzieci, ale dorośli też mogą przeczytać z przyjemnością, bo to sympatyczna, pełna uroku historyjka, choć dla dorosłych, z oczywistych względów, nie będzie dziełem zmieniającym życie czy coś w tym rodzaju. Jest tu mnóstwo zwariowanych przygód, sporo humoru, a na deser delikatna kpina z popkultury. I czy tylko mnie się wydaje, że rysunkowy główny bohater przypomina samego Neila Gaimana?




Recenzja wkrótce w Esensji, na razie napiszę tylko, że książka jest rewelacyjna, bardzo miłe zaskoczenie ze strony "Uczty..." po "Pokoju", który średnio mi podszedł.








Dolne stany średnie młodzieżówek, czyli fabuła identyczna jak w tysiącach podobnych powieści (nawet to, co teoretycznie miało być chyba wielką niespodzianką, niespecjalnie zaskakuje), bohaterowie odbici od sztancy, a bodaj jedynym w miarę oryginalnym pomysłem autorki są czarodzieje rodzący się z kamieniami za sercem (huh?), ale całość na tyle zgrabnie napisana, że daje się czytać bez zgrzytania zębami. Ogólnie rzecz biorąc, książka, nawet jeżeli nie porywa, to przynajmniej też nie irytuje, co jak na ten gatunek jest już niejakim osiągnięciem. I jest oczywiście kolejna część, podobno lepsza.



Kryminał dokładnie taki, jakie lubię - z akcją rozgrywającą się w nietypowej, scenerii (tym razem szkocka wyspa Lewis) oraz mroczną zagadką z przeszłości. Nie jest to książka idealna, zarzucić jej można np. przesadne skupienie na retrospekcjach kosztem współczesnego śledztwa, w którym przez to brakuje napięcia, a i samo rozwiązanie jest mało oryginalne (wykorzystuje pewien modny ostatnio temat), ale całość moim zdaniem zasługuje na solidną czwórkę: czyta się dobrze, akcja wciąga, a klimat jest jak należy posępny i deszczowy. Na plus zaliczam także bardzo ładne opisy szkockich krajobrazów i pogody, po raz kolejny przekonujące mnie, że to piękny kraj, który bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć.

To nie charakterystyczna dla "Uczty..." fantastyka pogranicza, a czysta SF, i to w zasadzie (pomijając nietypową scenerię) nieszczególnie oryginalna. Jednak jako literatura gatunkowa "Ciemny Eden" sprawdza się zaskakująco dobrze. Więcej wkrótce w Esensji.







 Z okazji premiery drugiego sezonu "Hannibala" postanowiłam sobie odświeżyć "Czerwonego smoka", którego czytałam dawno dawno temu. Nie dla fabuły, bo tę pamiętałam (a przynajmniej WYDAWAŁO mi się, że pamiętałam), bardziej dla sprawdzenia, co z książki znalazło się w serialu - a jest tego sporo i wyłapywanie podobieństw oraz różnic (książkowe dialogi w serialu czasem mówią inne osoby w innych kontekstach) to niezła zabawa. Samą książkę zaś, szczerze mówiąc, przed laty zapamiętałam jako lepszą, teraz np. rzuciło mi się w oczy, że jest ona - chyba? bo żaden ze mnie ekspert... - dość koślawo przetłumaczona, ta sztuczna luzackość policyjnych rozmów, niektóre opisy, Szczerbata Lala (łojezusicku), część dialogów Willa z Molly to w ogóle wyższy poziom wtf. A nawiązując do wspomnianego WYDAWAŁO - jakoś utkwiło mi w głowie, że [SPOJLER] na końcu giną Molly i/lub Willy. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło - może przez tę ogólnie depresyjną atmosferę finału? Tak czy inaczej, przynajmniej fakt, że jednak przeżyli, można zaliczyć do miłych niespodzianek. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz