czwartek, 20 lutego 2014

Serialowo - lutowo

Ostrzegano mnie, że serial, delikatnie mówiąc, nie jest najlepszy i faktycznie: bohaterowie dzielą się tu niemal wyłącznie na nijakich oraz irytujących (wśród tych ostatnich prym wiedzie niejaki doktor Farragut, który nieustannie demonstruje swoją szlachetność, wrażliwość etc.). Nawet ci teoretycznie ciekawi, bo skrywający jakieś tajemnice i knujący, wypadają słabo. Poza tym miałam nieodparte wrażenie, że wszyscy ci naukowcy z bożej łaski szkolili się na tych samych kursach, co ekipa „Prometeusza”, bo sposób postępowania w niebezpiecznych sytuacjach mają zaskakująco podobny (po dowiedzeniu się, że śmiercionośny wirus nie jest przenoszony drogą powietrzną, natychmiast wyskakują ze skafandrów, a chwilę potem pchają się z gołymi rękami i odsłoniętą twarzą do potencjalnie agresywnego, zarażonego zwierzęcia). A jednak nie było tak źle, jak się spodziewałam, bo serial do pewnego stopnia ratuje całkiem fajny horrorowy klimacik, jest też parę ładnych scen (zamarznięte małpy!), a niektóre wątki nawet potrafią wzbudzić zainteresowanie. Nie żebym polecała, ale jeśli nie ma niczego innego, to daje się obejrzeć.

Ponieważ ostatnio dałam drugą szansę „Hannibalowi” i mi się spodobało, postanowiłam zrobić to samo dla „Elementary”. Tym razem jednak nie zadziałało, bo amerykański Sherlock jak mi się nie podobał wcześniej, tak nie podoba się dalej, choć po słabszym brytyjskim sezonie spojrzałam na niego trochę łaskawszym wzrokiem. I tak jednak wersja BBC bez problemu przebija dla mnie wersję zza oceanu. „Sherlock” ma swój własny niepowtarzalny styl, „Elementary” na dobrą sprawę niewiele się różni od dziesiątek innych procedurali. W „Sherlocku” jest lepsza chemia między postaciami, a tytułowego bohatera mimo wszystko uważam i za ciekawszego, i bardziej spójnego pod względem charakteru (mimo wszystko, bo też miewa wpadki). Sherlocka BBC można nie lubić za bucowatość, Sherlock USA jest bardziej „ludzki”, ale zrobione to zostało dość niekonsekwentnie: nie wiadomo właściwie, dlaczego czasem jest szorstki, niegrzeczny i „nie rozumie ludzi”, a innym razem ni z gruszki ni z pietruszki wykazuje się wrażliwością (podejrzewam, że odpowiedź brzmi „bo tak pasowało do scenariusza”). Poza tym Cumberbatch jest ładniejszy niż Miller... No dobra, wiem, to nie wina aktora, ale kto powiedział, że nie można oglądać seriali dla przystojnych bohaterów? Przyznaję za to, że amerykańska wersja miewa naprawdę pomysłowe intrygi, które byłyby jeszcze lepsze, gdyby na siłę nie wciskano ich w 45 minutowe odcinki. Bo trzy kwadranse to za mało na kryminał, ledwo fabuła się rozkręci, a już się kończy, nie ma też czasu na mylenie tropów czy wprowadzenie większej ilości postaci. Zdarzają się więc w „Elementary” sytuacje, gdy rozwiązanie zagadki jest naprawdę fajnie wykombinowane, ale co z tego, skoro podejrzanych mamy dwóch, więc i tak większego zaskoczenia nie ma, bo wiadomo, że skoro nie A (zbyt oczywiste), to musi być B (nawet jeśli wydaje się to absurdalne).

Serialowy prequel „Wyspy skarbów”. Nie mam pojęcia, na ile ma coś wspólnego z powieścią Stevensona, bo ta akurat część klasyki mnie ominęła, a zresztą za piratami nigdy szczególnie nie przepadałam (z wyjątkiem „Kapitana Blooda”, oczywiście). Filmów o piratach też raczej nie oglądam (z wyjątkiem, znowu oczywiście, „Piratów z Karaibów”) nie wiem więc, jaki w tym gatunku panuje standard.  Niemniej „Black Sails” nawet dla takiego laika jak ja momentami wygląda... nietypowo. Ot, choćby groźni bandyci mórz, którzy zamiast uczciwie gwałcić i rabować, bawią się w gierki o władzę jak w korpo. Albo kapitan, który nie może się zdecydować, czy jest d... wołową czy może jednak nie do końca. Reszta w normie. Mężczyźni zostali malowniczo „pobrzydzeni”, ale kobiety już co do jednej są młode i piękne. O tym, że wszyscy demonstrują idealnie białe uzębienie, nie muszę chyba wspominać. Poza tym jedna nieprzesadnie efektowna bitwa morska i jedna... eee... porywająca (w zamierzeniu... chyba) przemowa „do ludu”, znaczy, do załogi, a na deser gorąca scena lesbijska. Lubię, czemu nie, ale naprawdę nie wtedy, kiedy z kilometra widać, że dla twórców to po prostu kolejna okazja do pokazania cycków. Szczerze mówiąc wolę już „Helix”, sensu w tym tyle samo, a klimat jakoś mi bliższy.

Drugi sezon już jest, a ja wciąż tkwię w połowie pierwszego i uczucia mam dość mieszane. Nie żebym nie doceniała, bo zalet "House of Cards" ma sporo (z genialnym Kevinem Spaceyem na czele), po prostu nie jestem tak zachwycona, jak większość widzów. Z kilku powodów. Jednym z nich jest, przyznaję, fakt, że lubię, kiedy w serialu jest jakakolwiek sympatyczna postać, a tutaj za takową można uznać jedynie trzecioplanowego sprzedawcę żeberek. Poza tym odnoszę wrażenie, że twórcy trochę za bardzo ułatwiają sobie pracę, bo głównemu bohaterowi okoliczności podejrzanie sprzyjają: ludzie zachowują się dokładnie tak, jak mu to jest potrzebne (choć zagrywki psychologiczne facet miewa dość  prymitywne) i nawet pogoda jest po jego stronie. Na dobrą sprawę Francis nie ma godnego siebie przeciwnika (nawet jeśli zdarza mu się potknięcie, to przez przypadek, a nie dlatego, że ktoś go przechytrzył), w porównaniu z nim pozostali są miernymi graczami, co czyni rozgrywkę, powiedzmy, że średnio fascynującą. Podoba mi się za to nietypowa relacja głównego bohatera i jego żony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz