sobota, 8 lutego 2014

Książkowo - lutowo


Kryminał, nie-kryminał. Kryminał, bo właściwie wszystkie klasyczne elementy tu są: i tajemnica z przeszłości, i psychopatyczny morderca, i trup oczywiście, a napięcie wisi w powietrzu od pierwszej strony. Nie-kryminał, bo konstrukcyjnie to nie ten gatunek – akcja zaczyna się nie od morderstwa, a od przybycia do położonego przy szpitalu psychiatrycznym przedszkola nowego pracownika. Chłopak z jednej strony świetnie radzi sobie z dziećmi i wygląda na to, że szczerze się o nie troszczy, z drugiej jednak wyraźnie skrywa jakiś sekret i być może tak naprawdę jest dla swoich podopiecznych groźny. Czytelnik długo nie wie czy ma go obdarzyć sympatią, czy wręcz przeciwnie i ta ambiwalencja uczuć jest jedną z większych zalet książki, która zgrabnie porusza się na pograniczu gatunków (prócz kryminału mamy tu też np. romans). Poza tym przekonujące portrety bohaterów oraz ponura atmosfera psychiatryka z oddziałem dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Polecam.

Dziwna książka, trochę jak sen czy może raczej koszmar. I tak wolę na nią patrzeć, bo rozpatrywana na poziomie „realistycznym” kilka razy zgubiła mnie na zakrętach fabuły (chwilami nie bardzo rozumiałam, dlaczego właściwie bohaterowie wyciągają takie a nie inne wnioski, skąd się biorą różne rzeczy itp.). Nie wiem, czy wina leży po stronie książki czy mojej (czytałam w niezbyt sprzyjających warunkach, więc coś mogło mi umknąć). Nieważne. Liczy się, że „Czarny piasek” ma świetnie wykreowaną niepokojącą atmosferę, a do tego parę surrealistycznych scen, które mogą się przyśnić. Jako wielbicielka niesamowitych dziwności oraz dziwnych niesamowitości czuję się usatysfakcjonowana. Szkoda, że nikt nie zdecydował się wydać tej powieści – ja ściągnęłam ją ze strony autorki, o tutaj.

Od jakiegoś czasu, mam wrażenie, w kryminałach liczy się nie tyle intryga, co mniej lub bardziej egzotyczna sceneria. Sama fabuła w „Białym piekle” jest... No, nie żeby od razu kiepska, ale to taki misz-masz z różnych gatunków (trochę kryminału, sporo sensacji, gdzieś się plącze nawet powieść przygodowa), całkiem zgrabnie zrobiony, ale w żadnym momencie nie porywający. Za to sceneria jest zdecydowanie warta uwagi, bo cała akcja rozgrywa się na kanadyjskiej Wyspie Ellesmere’a, która leży daleko na północy, w pobliżu Grenlandii, i którą zamieszkują głównie Inuici. Chwilami czyta się to trochę jak Jacka Londona – lód i zimno, psie zaprzęgi, białe niedźwiedzie i... chyba najmniej zdrowa kuchnia świata. Opis bohaterki, która na podwieczorek je smażone kawałki sadła, popijając je herbatą z sześcioma łyżeczkami cukru, lekko mną wstrząsnął – ale w takim klimacie takie odżywianie może i ma sens...

Bardzo nierówna książka i to nie tylko ze względu na przekład (książka ma dwóch tłumaczy i fandomowa teoria głosi, że jeden umie tłumaczyć, a drugi nie, lecz nikt nie wie, który jest który). Bohaterowie są sympatyczni (ze szczególnym uwzględnieniem Crowleya), ale fabuła już taka sobie, bo wyraźnie pretekstowa w stosunku do „elementów komediowych”, które też wypadają w kratkę. Jedne żarty szczerze bawią, w innych miejscach widać, że tu chyba miał być dowcip, ale coś nie wyszło, a jeszcze gdzie indziej w ogóle nie bardzo wiadomo, o co autorom chodziło. Ostatecznie wrażenia mam bardziej negatywne, ale może to wina mojego ponuractwa. W każdym razie wolę krwisty kryminał czy horror niż takie humoreski.

Początek mnie nie zachęcił: przeskoki pomiędzy kolejnymi scenami, brak ogólnego ogarnięcia "o co w tym chodzi" a do tego jeszcze irytujące wtrącenia (głównie w nawiasach, choć nie tylko), czasem po dwa albo i trzy na zdanie. Dalej jednak było zdecydowanie lepiej, choć nadal nie wiem, czy jest tu coś więcej poza tym, co można przeczytać w blurbie, tzn. że jest to historia człowieka, którego wyobraźnia potrafi "unicestwić czas i przeobrazić rzeczywistość, wykraczając poza samą śmierć." Przyznaję uczciwie, że książka nie podobała mi się na tyle, żeby chciało mi się jakoś szczególnie nad nią zastanawiać. Owszem, jest kilka ładnych scen, momentami "Pokój" potrafi poruszyć, ale zabrakło mi tego trudnego do określenia "czegoś więcej", żeby mnie zainteresować (a czego wymagam zwłaszcza od książek afabularnych). Nie wiem, może gdyby "Pokój" był bardziej klimatycznie napisany, to by zaskoczyło? Bo styl jest... taki sobie, znaczy, lepszy niż w przeciętnej powieści, oczywiście, ale jak na poziom "Uczty wyobraźni" mało porywający. Gene Wolfe potrafi lepiej.

3 komentarze:

  1. Mi się "Dobry Omen" podobał, ale bardziej jako ciekawostka niż pełnoprawna książka (a więc dóch moich ulubionych autorów napisało razem powieść). Dzięki niej nauczyłam się wiele o pielęgnacji roślin doniczkowych i dlaczego nie muszę się martwić o moją dyskografię Queen ;). Fakt, polskie tłumaczenie miejscami strasznie zgrzyta, ale można przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. 100 proc. zgody jeśli chodzi o Dobry omen. Próbowałam to przeczytać, żeby zobaczyć, co ludzie w tym widzą - w końcu ma taką wielką fanbazę - i mimo że to w założeniu lekkie, przyjemne czytadło, to wcale nie było łatwo. Miałam wrażenie, że z trudem brnę naprzód, przedzierając się przez kolejne żarty, które są upakowane gęsto, że przewracają się o siebie nawzajem, blokując mi drogę, a w dodatku nie ma żadnej wyraźnej fabuły, która by mnie przez to przeciągnęła.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nareszcie jakaś opinia o Pokoju bez zachwytów. Po pierwszych kilku stronach odłożyłem książkę na półkę bo też nie mogłem ogarnąć. Kiedyś z większą dozą zaparcia spróbuję ponownie ;)

    OdpowiedzUsuń