sobota, 15 lutego 2014

Ciekawostka

Ponieważ jak wspominałam wcześniej luty to miesiąc, w którym nie ma za bardzo o czym pisać, postanowiłam wrzucić na bloga wygrzebane z dysku stare opowiadanie. Przy czym przez "stare" rozumiem NAPRAWDĘ stare, bo jest to pierwszy tekst, jaki napisałam od kiedy zdecydowałam się pisać "na poważnie". Było to... jedenaście albo i dwanaście lat temu. Dawno i od tego czasu, mam nadzieję, zdarzyło mi się pisać lepsze rzeczy. Dlatego proszę, aby NIE TRAKTOWAĆ TEGO OPOWIADANIA JAKO PROPOZYCJI CZYTELNICZEJ.  Jeśli liczycie na dobrą lekturę, poczytajcie raczej coś innego. To jest tekst, hmm... dla tych, którzy z jakichś powodów chcieliby sprawdzić "jak Kańtoch pisała dawno temu"? Nie żebym zakładała, że takich osób będzie dużo, większości pewnie moje literackie początki zwisają i powiewają, ale tekst i tak leży na dysku bez sensu, więc nawet jeśli jedna osoba tu zajrzy, to i tak będzie z niego większy pożytek.

Opowiadanie wrzucam w takiej formie, jak je napisałam te X lat temu, bez poprawek. Nie dlatego, że jestem leń i niechluj, ale "ku pamięci" właśnie. A poza tym gdybym zaczęła teraz poprawiać, to pewnie bym stchórzyła i zakopała tekst na kolejną dekadę.

Po lekturze uprasza się o nierzucanie w autorkę zgniłymi pomidorami czy innymi warzywami.
Śmiać się można, śmiech to zdrowie.

------------------------------------------------------------------------------------------------------


WILKOŁAK

   Z początku myślał, że na drzewie powieszono zwierzę.
   Ciało obracało się wolno poruszane lekkim wietrzykiem. Kosmate łapy sterczały sztywno, z przechylonego na bok pyska zwisał jasnoróżowy język odcinając się od ciemnej sierści.
   - Co, u licha... – wymruczał Marcus jadący kilka kroków przed Solem. Zatrzymał konia, zeskoczył z siodła i podszedł do wisielca. Chłopiec nie ruszył się z miejsca. Gdy wiatr powiał w jego stronę poczuł wyraźny, słodkomdły odór zaczynającego gnić ciała.
   - Podejdź tu, Sol. Szybko! - na tłustej twarzy wuja Marcusa malował się zachwyt.
   Nie chcę, pomyślał buntowniczo Sol. Wcale nie mam ochoty oglądać tego, co tam wisi, obojętnie, co by to nie było. Wiedział jednak, że nie ma wyboru. Albo podejdzie i obejrzy ścierwo, albo zostanie narażając się na kpiny i szyderstwa.
   - Co to jest? – zapytał zbliżając się ostrożnie i starając się oddychać płytko.
   - Wilkołak.
   - Skąd wuj wie, że wilkołak? Może zwyczajny wilk?
   - Głupiś. Przyjrzyj się dobrze. Na niego patrz, a nie pod nogi!
   Sol dzielnie zadarł głowę i mało nie wrzasnął. Z miejsca, gdzie kończyły się łapy i gdzie należało się spodziewać zwierzęcych pazurów sterczały jak najbardziej ludzkie palce. Brudne, pokaleczone, o połamanych paznokciach, absurdalnie nagie w porównaniu z wilczą sierścią. Nie to jednak było najgorsze. Gdy podniósł wzrok jeszcze wyżej zobaczył, że i głowa do połowy tylko była zwierzęca. Zdeformowany pysk wyrastał z ludzkiej twarzy, w której dominowały wielkie, ocienione długimi rzęsami oczy. Sol poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła.
   - W życiu czegoś takiego nie widziałem. Musi być, zabili go jak się przemieniał. Wtedy, jak mówią, bestie są najsłabsze – mruczał zafascynowany Marcus.
    Wiatr  ustał, chłopiec czuł na karku pierwsze promienie słońca. Zapowiadał się upalny dzień – jeden z pierwszych tej wiosny. W cieple woń zgnilizny stała się nie do zniesienia. Sol bał się, że zwymiotuje i narobi sobie wstydu.
- Napatrzyłeś się? To chodźmy.
   Wolno ruszył do koni. Przez chwilę prowadził klacz za uzdę, głęboko wciągając w płuca świeże powietrze i starając się uspokoić żołądek, potem dopiero wskoczył na siodło.
   Przeraziło go to pierwsze spotkanie z magią. W Lermie, skąd pochodził, nikt nie śmiałby korzystać z czarów, by zmieniać się w jakiekolwiek zwierzę, a już najmniej w wilka. Wilk – przeciwieństwo stworzonego przez Boga dobrego psa – był jednym z najgorszych tworów Szatana i jako Jego sługa nieustannie szkodził ludziom. Porywał bydło, a w zimowe, długie noce nie gardził także mięsem zabłąkanego w lesie podróżnika.
   Jechali drogą wzdłuż lasu czasem tylko mijając niewielkie wioski.  Potem las kończył się, a trakt opadał łagodnie w dół, w dolinę. Właśnie stamtąd, ze szczytu wzgórza, Sol po raz pierwszy ujrzał Eldonę – miasto, do którego zmierzali.
   Ciemny, nieregularny kształt leżący pośrodku sieci brązowych dróg wybiegających na okoliczne wzgórza, przywiódł mu na myśl przyczajonego pająka. Wzdrygnął się lekko i popędził konia, by dogonić Marcusa, który był już niemal w połowie drogi. Bał się. Przez czternaście lat swojego życia Sol nie wyściubił nosa poza rodzinną wioskę. O tym, co leżało dalej wiedział tyle, ile opowiedziały mu matka i babka. Śmiał się z tych opowieści z młodzieńczą butą, kpił, ale i wierzył im po trosze, bo niczego innego nie znał. A o Eldonie obie kobiety mówiły to samo. To gniazdo zepsucia, siedziba nierządnic, złodziei, morderców i czarowników konszachtujących z piekielnymi demonami. Miasto gdzie młodemu człowiekowi – nie znającemu życia, jak z namaszczeniem mówiła babka - może przytrafić się wszystko. Od obudzenia się w rynsztoku bez pieniędzy aż po padnięcie ofiarą uroku rzuconego przez czarownicę.
   Gdy wuj Marcus zdecydował się wziąć Sola pod swoją opiekę, chłopiec nie był zbyt zadowolony. Był, ostatecznie, szlachcicem i nie uśmiechało mu się pełnienie roli służącego u boku człowieka, który rodzinie przedstawiał się jako kupiec, ale nie wiadomo było nawet jakiego rodzaju handlem się zajmuje. Do tego jeszcze wuj Marcus obdarzony był paskudnym charakterem. Popędliwy i drażliwy wściekał się gdy  Sol nie potrafił wystarczająco szybko i zręcznie wykonać jakiegoś polecenia. Lubił też kpić ze strachu chłopca, który po raz pierwszy znalazł się tak daleko od domu.
***
   Przed bramą miasta stała kolejka oczekujących: jeźdźców, pieszych i ludzi na wozach. Wszyscy dyskutowali w podnieceniu, wymachując ramionami, ewidentnie z czegoś niezadowoleni. Marcus rzucił chłopcu wodze wierzchowca i podszedł do grupki podróżnych. Wrócił po chwili, a jego rumiana zazwyczaj twarz poszarzała gwałtownie.
   - Kontrola, psiakrew – powiedział. - Sprawdzają wszystkich.
   - No to co?
   Marcus rozejrzał się płochliwie i stanął plecami do tłumu.
   - Masz książkę? – zapytał niecierpliwie. – Tę, którą dała ci matka?
   - ,,100 rad dla młodego podróżnika czyli jak radzić sobie na szlaku w każdych
warunkach’’? Pewnie, że mam.
   - Wyjmij ją. Tylko dyskretnie.
   Sam też sięgnął do juków i wydobył stamtąd mały, zawinięty w czarne sukno pakunek. Była to także książka, stara i mocno już podniszczona. Wyjął podane mu ,,100 rad’’ ze skórzanej okładki i cisnął w krzaki. Sol chciał zaprotestować, ale wuj zgromił go wzrokiem. Włożył swoją książkę w okładkę ,,Rad’’ i podał chłopcu.
   -  Miej to przy sobie. Na ciebie mniej będą zwracali uwagę. Gdyby co, pokaż im tytuł na okładce.
   Kolejka posuwała się wolno, ale Sol nie miałby nic przeciwko temu, aby nigdy nie dojść do bramy. Leżąca w kieszeni książka paliła go poprzez materiał.
   - Czego oni szukają? – zapytał brodaty mężczyzna siedzący na wozie przed Solem.
   - Druków i pism czarodziejskich – odparł ktoś z przodu kolejki.
   Chłopcu ścierpła skóra. Poczuł się nagle nieczysty, wciągnięty wbrew sobie w spisek, w którym nie chciał brać udziału. Opierał się, zwalniając instynktownie, ale tłum nieubłaganie popychał go naprzód. Przy bramie stało dwóch strażników. Jeden wypytywał podróżnych, drugi starannie zapisywał odpowiedzi.
   -Nazywam się Marcus Visivert Fevre, a to mój bratanek, Isolanis. Przyjechaliśmy zobaczyć relikwie świętego Aloisiusa. – gładko wyjaśnił wuj nie zwracając uwagi na zdumione spojrzenie Sola.
   - Pokażcie co tam macie.
   Grzebał przez chwilę w jukach. Sol modlił się, by strażnik nie zauważył wybrzuszenia na jego prawym biodrze. Książka jednak, choć niewielka, rozpychała mu kieszeń odznaczając się wyraźnie i wkrótce strażnik wskazał ją palcem.
   - A to?
   - Kieszonkowy poradnik młodego podróżnika – zaśmiał się Marcus. – Chłopak od matki dostał. Nie zabierajcie mu jej, panie, bo mi się dzieciak na śmierć zapłacze.
   - Muszę zobaczyć.
   Chłopiec drżącą ręką podał książkę strażnikowi. Nogi miał miękkie jak z gliny, czuł spływające z czoła krople potu. Rozmowy stojących w kolejce ludzi i niedaleki zgiełk miasta zlały się w jednostajny szum.
   Strażnik rzucił tylko okiem na wytłoczony złoconymi literami tytuł i oddał książkę chłopcu. Palce jak z drewna ześliznęły się z gładkiej powierzchni skóry i tom wylądował na ziemi wzbijając tuman kurzu. Sol dostrzegł jeszcze, że książka otworzyła się na czarnoksięskim pentagramie zajmującym trzy ćwierci strony. Nie schylił się. Nic nie zrobił. Zamknął jedynie oczy mając wrażenie, że spada w otchłań bez dna. Czuł już niemal na ramieniu ciężką dłoń strażnika, który powlecze go do lochu.
   - Uważaj co robisz. Jeśli ją zniszczysz matka nigdy ci tego nie daruje. Ani mnie.
   Poczuł jak ciężar księgi wsuwa się na powrót do kieszeni. Otworzył oczy, straż przepytywała już następnych podróżnych. Wuj Marcus  pociągnął go za sobą.
   - Powinienem cię za to obić, wiesz? Może zresztą i tak zrobię – powiedział gdy oddalili się od bramy. – Co mi po takim pomocniku, który rozkleja się jak dziecko albo baba? Trzeba było siedzieć w tej twojej wiosczynie i krowy paść. Do tego tylko się nadajesz.
   - Przepraszam – wymamrotał Sol czując zbierające się pod powiekami łzy. To on handluje zakazanymi księgami, pomyślał. Powinienem wykrzyczeć mu to w oczy.
   Jechali szeroką, brukowaną ulicą. Chłopiec czuł napierający na niego zewsząd tłum pełen wrzasków i dziwnych zapachów. Gdy ośmielił się na moment podnieść wzrok zobaczył wokół niezliczone twarze: blade, okolone jasnymi włosami jak jego własna i kilka smaglejszych należących do drobnego i ciemnowłosego ludu Semenów – cudzoziemców, którzy nie przyjęli jak dotąd prawdziwej wiary, a nadto znani byli z uprawiania magii.
   Powiem mu to. Teraz. Nie będę przepraszał jak smarkacz.
   Spojrzał na wuja.
   - To nie była moja wina. Nie pozwolę...
   - Jesteśmy na miejscu. Zsiadaj, końmi zajmie się służący.
   Sol zamilkł czując jak gorący rumieniec oblewa mu twarz i szyję. Za każdym  razem gdy decydował się postawić wujowi ten wyśmiewał go albo lekceważył w ogóle nie zwracając uwagi na jego słowa. Traktował go jak dziecko. Co więcej, sam Sol czuł teraz że jego próba buntu była dziecinna i śmieszna.
***
      Izba, którą przydzielono im w gospodzie ,,Pod Czarnym Niedźwiedziem’’ była spora, mieściły się w niej trzy zaopatrzone w zasłony łóżka. Ścienne obicia były nieco już spłowiałe, ale czyste. W rogu stał wypucowany, zimny kominek.
   - Wychodzę teraz – powiedział Marcus. -  Zostawię ci trochę pieniędzy. Możesz zejść na dół albo wyjść na miasto, jak chcesz. Tylko się nie zgub!
   Gdy Sol został sam, zdjął buty, położył się na łóżku i spróbował zasnąć. Przez uchylone okno słyszał dochodzący z ulicy gwar. Ilu ludzi mogło pomieścić takie miasto? Sto, tysiąc razy więcej niż widział kiedyś na jarmarku? Na ulicach wrzało miejskie życie. Życie, którego nie rozumiał i którego nie chciał zrozumieć. Czuł, że ludzie ci są mu wrodzy, wyśmieją go i odrzucą gdy tylko zorientują się, że jest zwykłym prowincjuszem. Ściany gospody wydały mu się naraz zbyt cienkie. Miał wrażenie, że kłębiący się na zewnątrz tłum wedrze się do środka, zaleje go i stłamsi.
   Zapadł w niespokojną drzemkę. We śnie wędrował ulicami miasta szukając czegoś, a może przed czymś uciekając. Z mozołem przedzierał się przez ciżbę wracając wciąż w to samo miejsce. W końcu otaczający go ludzie rozstąpili się, a on zatrzymał się i odetchnął. Ulga jednak była krótkotrwała. Ludzkie twarze spoglądały na niego z niechęcią, może nawet z nienawiścią.
   Rozpoznali w nim obcego.
   Obudził się spocony, oddychając ciężko. Pod zaciągniętymi zasłonami było duszno, rozsunął je więc i podszedł do okna. Ulica wydała mu się spokojniejsza niż to zapamiętał. Dzieci biegły w ślad za wędrownym grajkiem prosząc o jeszcze jedną piosenkę, niedaleko pokrzykiwał nosiwoda. Potrząsnął głową. Czego ja się boję? Wuj ma rację. Głupi dzieciak ze mnie i tyle.
   Ściskając w dłoni otrzymane od Marcusa miedziaki zszedł do głównej sali, kazał podać sobie kufel piwa i usiadł przy jednym z dębowych stołów. Nie zaczął się jeszcze przedwieczorny ruch i w gospodzie nie było wielu ludzi. Chłopiec kończył piwo gdy do gospody weszła kobieta w błękitnej sukni.  Sądząc po zgrabnej figurze musiała być młoda i ładna. Przez chwilę gawędziła z karczmarzem, a potem nieoczekiwanie odwróciła się i skinęła Solowi głową. Chłopiec drgnął i wbił wzrok w blat stołu. Kobieta była stara, mogłaby być jego matką, może nawet babką. Podniósł głowę i spojrzał na nią niepewnie. Nieznajoma powtórzyła skinięcie, tym razem głębsze i zaprawione kpiącym półuśmieszkiem. Sol poczerwieniał widząc jak kobieta zbliża się i bez ceregieli siada naprzeciwko.  
   - Ty jesteś Sol, prawda? Nazywam się Taszerit.  Znam twego wuja.
   Była Semenką. Miała śniadą skórę, okrągłą twarz pokrytą siecią zmarszczek i oczy czarne jak rodzynki. Dziwne, ale mimo jej podeszłego wieku, spoglądał na nią bez przykrości, choć dotąd zawsze uważał starość za rodzaj choroby, której należy się wstydzić.   
   - Wuj powinien niedługo wrócić – wymruczał niechętnie. - Jeśli chcesz, pani, z nim porozmawiać...
   - Marcus to głupiec – przerwała Taszerit niecierpliwie. – Wolę pomówić z tobą. Wiesz czym zajmuje się twój wuj?
   - Nie.
   - Na pewno wiesz. To co robi twój wuj jest nie tylko głupie, ale i niebezpieczne. Zwłaszcza teraz. To już nie jest to samo miasto co niegdyś. Za posiadanie pewnych... przedmiotów, za zbyt dużą wiedzę dotyczącą pewnych dziedzin można spędzić szmat czasu w lochu, a kto wie może i stracić życie. Do licha, chłopcze, czy ty w ogóle mnie słuchasz? Popatrz na mnie!
   Księga, ona mówi o księdze, pomyślał przerażony Sol spoglądając w oczy Taszerit. Wolno skinął głową i kobieta sapnęła z ulgą.
   - W Eldonie dzieją się ostatnio dziwne rzeczy. Giną ludzie, najczęściej dzieci. Prawie cztery miesiące temu córeczka jednego z kupców korzennych bawiła się w ruinach spalonego domu. Gdy długo nie wracała, ojciec poszedł jej szukać. Znalazł córkę w jednej z piwnic. Była martwa. Kłopot w tym, że ciało, które znaleziono, choć niewątpliwie należało do tego właśnie dziecka, to musiało tam leżeć znacznie dłużej niż parę godzin. Prawdopodobnie kilka dni. Ot, i mamy tajemnicę. Dzieciak żył, a jednocześnie jego ciało gniło w jakiejś piwnicy. To nie był jedyny przypadek. Od tamtej pory zdarzyło się to jeszcze wielokrotnie. Dwa, czasem i trzy razy w miesiącu ludzie znajdują ciała w podobnym stanie rozkładu. Zawsze w jakimś trudno dostępnym miejscu, do którego nikt by nie zajrzał, gdyby nie fakt, że dziecko kręciło się właśnie tam tuż przed zniknięciem. Piąta z kolei była piętnastoletnia Alma – siostrzenica biskupa Villertisa. Wtedy biskup nakazał ścigać bezwzględnie wszystkich, którzy cokolwiek mają wspólnego z magią. Jest nawet wyznaczona nagroda dla tego, kto schwyta, bądź zabije owego mordercę – czarownika.
   - Biskup? Myślałem, że miastem rządzi książę.
   Taszerit roześmiała się.
   - Tylko teoretycznie. W rzeczywistości władzę sprawuje tu biskup Villertis.  Książę preferuje inne rozrywki.
   - Jakie?
   - Lepiej, abyś nie wiedział. Zbyt duża wiedza o takich rzeczach jest, jak już mówiłam, niebezpieczna. Z tym wiąże się zresztą moja prośba. Istnieje pewna możliwość, że twój wuj otrzyma zaproszenie na jutrzejszy wieczór do rezydencji księcia. Otóż chciałabym, abyś namówił go, by zaproszenie to odrzucił.  Czy mogę na ciebie liczyć?
   - Ależ my nie dostaniemy takiego zaproszenia! To niemożliwe! – z przekonaniem wykrzyknął Sol. – Zresztą, wuj mnie nie posłucha.
   - Wymyśl coś, skłam w ostateczności! Grozi wam tam niebezpieczeństwo, chyba wyraziłam się dostatecznie jasno? Mogę  na ciebie liczyć czy nie?
   - Tak, oczywiście. Postaram się – powiedział Sol pośpiesznie. Nieliczni goście przyglądali im się  z zaciekawieniem. Zarówno on jak i Taszerit mówili dość głośno, a Sol nienawidził ściągania na siebie  uwagi.
   Semenka odetchnęła z ulgą. Gdy wyszła, chłopiec wyjrzał w ślad za nią. Odczekał chwilę i wolno ruszył w przeciwną stronę. Ulica, którą szedł była szeroka, szersza niż jakakolwiek znana mu droga, ale wznoszące się po obu stronach kilkupiętrowe kamienice sprawiały, że wydawała się ciasna. Kobiety korzystając z pierwszych promieni słońca ubrały się bardzo swobodnie. Ich bluzki miały głębokie dekolty, a spódnice były zdecydowanie zbyt krótkie jak na wymogi przyzwoitości. Spacerowały samotnie, albo gromadziły się wokół miejskich studzien gdzie, porzuciwszy wypełnione wodą wiadra, przekomarzały się z młodymi mężczyznami. Wszystko to bardzo przygnębiło Sola. Zdecydowanie nie pasował do tego miejsca. Wkrótce trafił na niewielki placyk, gdzie kwiaciarki sprzedawały barwne bukiety wiosennych kwiatów troskliwie chronionych parasolami przed słońcem. W tej właśnie chwili na placu zatrzymała się kareta. Z okna wychylił się jasnowłosy młodzieniec i gestem nakazał jednej z kobiet by przyniosła mu pęk czerwonych tulipanów. Była to ładna scena, zupełnie jak z obrazka i Sol na chwilę zapomniał o złym samopoczuciu, urzeczony harmonią kolorów: czerwieni i żółci kwiatów, błękitu płóciennych parasoli i mlecznej bieli pięknych rumaków zaprzężonych do karety. Z zamyślenia wyrwało go dopiero przekleństwo i ból gdy ktoś wbił mu łokieć w żebro. Jakaś kobieta z wielkim koszem, której zagrodził drogę, odepchnęła go bez ceregieli.  Dobry nastrój prysł bezpowrotnie, a miasto wydało mu się jeszcze mniej przyjazne niż wcześniej.
                                                             ***
   - Ten powinien być znakomity dla młodego panicza.
   Sol słyszał podobne słowa już tyle razy, że powoli przestawał w nie wierzyć. Od rana razem z wujem obchodzili wszystkich kupców wystawiających swe towary w sukiennicach starając się wybrać odpowiedni strój dla Sola na wieczór.
   Gdy wczorajszego wieczoru Marcus przyniósł zaproszenie do książęcej rezydencji, Sol przez chwilę miał ochotę ostrzec go. Szybko jednak zrezygnował. Taszerit dała mu do zrozumienia, że niebezpieczeństwo grożące mu w podmiejskiej willi księcia wiąże się z czarami. Sol bał się magii, jak większość ludzi. Czarownicy budzili w nim lęk na równi ze wstrętem zupełnie jak rabusie czy zbójcy. Ale tak jak żaden chłopiec jego wieku nie wierzy, że mógłby paść ofiarą mordu tak on nie mógł uwierzyć, że zaszkodzą mu czary. Śmierć i magia... no cóż, były to rzeczy które przytrafiały się innym. A on zawsze gorliwie spełniał swoje religijne obowiązki i nie sądził, by zło mogło mieć do niego przystęp.
   Dlatego zdecydował się milczeć. Magia należała do innego, dalekiego świata, blisko za to był wuj Marcus i jego kpiny. Gdyby spróbował odwieść go od wizyty u księcia jedynie na podstawie słów jakiejś cudzoziemki, wuj niezawodnie nazwałby go tchórzem i maminsynkiem. Możliwe zresztą, że miałby rację.
   - No ten chyba rzeczywiście będzie dobry. Wyglądasz w nim prawie jak człowiek.
   Sol obrzucił niespokojnym spojrzeniem własne odbicie. Atłasowy kaftan, obszyty z boku barwnymi taśmami ładnie podkreślał wysoki wzrost chłopca, tuszując przy tym pewną kanciastość figury, a błękitny kolor harmonizował z jasnymi włosami.
   Przerażał go tłok panujący w sukiennicach, wyszedł więc na zewnątrz i  zaczekał aż wuj i kupiec dobiją targu. Marcus pojawił się po chwili ściskając pod pachą sporych rozmiarów pakunek.
   - Świetnie – powiedział. – Co nam jeszcze brakuje? Spodnie i pończochy kupimy bez trudu, buty... eh, od biedy mogą być te, które masz. Powiedz tylko służącemu w gospodzie, żeby je porządnie wyczyścił. No, coś taki markotny? Nie usłyszę od ciebie ani słowa? Jedno małe słówko, hę?
   - Dziękuję – wymamrotał Sol.
   - Dziękuję, dziękuję – przedrzeźniał go wuj, nagle zirytowany. - Dziękuję, psiakrew. Wydajesz furę pieniędzy, żeby wyglądał jak szlachcic, a on ci powie dziękuję!  Za to, coś dziś dostał można by kupić całą oborę twojego ojca razem z zawartością! Dziękuję...
   Wuj Marcus nie rozumiał go. Chłopiec naprawdę był wdzięczny. Tamto przelotne spojrzenie w lustro uświadomiło mu, że w nowym ubraniu będzie wyglądał znakomicie, zupełnie jak tamten młodzieniec kupujący tulipany. I to właśnie był problem. Sol bez trudu potrafił wyobrazić sobie sytuację, w której zjawi się w rezydencji księcia elegancki i wystrojony niczym prawdziwy arystokrata, ktoś z pozostałych gości zechce się do niego odezwać spodziewając się dowcipnego młodzieńca o ujmujących manierach, a tu okaże się, że mają do czynienia z wiejskim prostakiem. Podobne sytuacje zdarzały się zresztą już wcześniej. Pech chciał, że Sol wyglądał na więcej niż swoje czternaście lat. Ludzie często brali jego nieśmiałość za godne podziwu w tak młodym wieku opanowanie, a niepewność za wynikającą z dojrzałości ostrożność. Obdarzali go więc zaufaniem i zawodzili się najczęściej, bo Sol był jednak tylko dzieckiem. Z całego serca nie znosił tego wyrazu rozczarowania na ich twarzach, tym silniejszego, im więcej się po nim spodziewali.
                                                       ***
   Willa księcia Mayenne leżała na jednym ze wzgórz otaczających Eldonę. Gdy wysiedli z wynajętego powozu, ubrany w błękitno – złotą liberię lokaj poprowadził ich do wysoko sklepionej sali gdzie książę Cyriel Endreus Mayenne osobiście witał gości. Nie było ich wielu – Sol doliczył się około trzydziestu osób. Ubrani w najdroższe i najdelikatniejsze tkaniny albo w krzykliwie kolorowe szmatki czy nawet w codzienne niemal kaftany tworzyli dziwną zbieraninę. Sam książę okazał się wysokim, chudym mężczyzną w średnim wieku. W długim, intensywnie zielonym płaszczu wyglądał raczej na wędrownego sztukmistrza niż na szlachcica. Młodą kobietę – Kirstianę Tilly - stojącą u boku księcia Sol wziął, z powodu pewnego podobieństwa rysów twarzy, za jego córkę. Była ładna, nawet bardzo ładna. Jasnowłosa, o białej skórze i niezwykle wysoka – dorównywała wzrostem najroślejszym mężczyznom na tej sali – a mimo to zbudowana niezwykle harmonijnie. Sol odetchnął z ulgą kiedy kolejny lokaj poprowadził go do stołu. Ku jego zdziwieniu posadzono go obok dziesięcioletniej może dziewczynki w różowej sukience.
   - To panienka Elisavetta Calya, wnuczka jego książęcej mości. Książę wyraża nadzieję, że panicz będzie dla panienki odpowiednim towarzystwem – Sol przysiągłby, że w głosie służącego wyczuł kpinę. Poczerwieniał, a mała mrugnęła do niego łobuzersko.
   Przepych książęcej rezydencji olśnił chłopca. Na ścianach zawieszono barwne gobeliny, sufit wymalowany był w misterne wzory, na które nie żałowano złotej farby, a fantazyjnie rzeźbione krzesła z orzechowego drewna kryte były miękką, barwioną skórą.  W małej galeryjce cicho przygrywała orkiestra.
   Wspaniałości wystroju sali dorównywała wspaniałość potraw. Służba wniosła na srebrnych i złotych półmiskach mięso, ryby i dzikie ptactwo. Gdy goście zaspokoili głód pojawiły się desery: egzotyczne owoce, świeże i smażone w cukrze, orzechy, migdały, marcepany i tort kremowy. Teraz już zebrani poświęcali więcej uwagi sobie nawzajem niż potrawom. Jedynym obcym był tu Sol, wszyscy pozostali najwyraźniej znali się znakomicie. Cała  zwyczajna mrukliwość Marcusa znikła bez śladu. Prawił paniom komplementy – zbyt prostackie jak na gust Sola, ale najwyraźniej z radością przyjmowane przez wytworne damy. Najczęściej w sali słychać było głos właśnie wuja Marcusa i jeszcze jednego mężczyzny – rosłego i ogorzałego, ubranego w wytarty i wystrzępiony kaftan.
   Z drugiej strony za sąsiadkę miał młodą dziewczynę. Była niewiele starsza od niego, bardzo ładna, o twarzy wyciętej w kształt serduszka i włosach koloru miodu. Przypomniał sobie, że na imię miała Allegria. Starał się nie patrzyć w jej stronę. Myśl, że ta śliczna dziewczyna zechce nawiązać z nim rozmowę, wprawiała go w przerażenie.
   - O tak, widziałem rzeczy o jakich nikomu się tu nie śniło – mówił głośno ogorzały mężczyzna w wytartym kaftanie. -  Za morzem Południowym jest wyspa, na której mieszka plemię czarowników. Każdy z nich, gdy osiągnie wiek męski i pojmie żonę, zabija swoje pierworodne dziecko, a jego zwłoki gotuje w kotle aż ciało odejdzie od kości. Z kości tych sporządza piszczałkę i za jej pomocą przywołuje demona, który odtąd służy w jego gospodarstwie tak, że  człowiek ten nie musi nic robić.
   Musiał to być kapitan okrętu, podróżnik, który widział dalekie lądy i cuda świata. Nie miał wykształcenia ani dobrych manier, nie był nawet specjalnie dowcipny. Budził jednak zainteresowanie gdyż mówił ciekawe rzeczy. Mnie też mogliby słuchać, pomyślał Sol. Pod warunkiem, że miałbym coś do powiedzenia.
   - Czy mógłbyś podać mi pomarańcze? – lepka od słodyczy łapka Elis szarpnęła go za rękaw.
   - Są tam, po twojej lewej stronie.
   - Obierzesz mi jedną?
   - Sama to zrób.
   - To niesprawiedliwe – naburmuszyła się mała – miałeś się mną zajmować.
   - Nic z tego – powiedział cicho. Lubił dzieci, w innych okolicznościach pewno chętnie by z nią porozmawiał. Ale, na Boga, nie teraz. Sam fakt, że uznano go za towarzystwo odpowiednie jedynie dla dziesięcioletniej dziewczynki był wystarczająco upokarzający.
   Urażona Elis zamilkła – Sol miał nadzieję, że na dobre, ale już po chwili małe paluszki znów wplątały się w koronki jego rękawa.
   - Skąd jesteś?
   - Z Lermy. To małe księstwo, na zachodzie. Dziwię się, że mama pozwala ci bywać na bankietach. O tej porze powinnaś już spać.
   - O, mnie wolno siedzieć do późna pod warunkiem, że jest pani Kirstiana. Ale ona często choruje...- dziewczynka wymownie spojrzała na wysoką i jasnowłosą towarzyszkę księcia.
   - Twoja mama? Bardzo mi przykro.
   - Ale to wcale nie jest moja mama! – krzyknęła Elis, aż Allegria odwróciła się i  popatrzyła na nich ze zdumieniem.
   Sol poczerwieniał. Wprawdzie wydało mu się dziwne, że dziecko tytułuje panią własną matkę, sądził jednak, że taki jest zwyczaj wśród wyższej szlachty.
   - Ale... skoro... Myślałem, że to córka jego książęcej mości, więc...
   - Głupi jesteś, i tyle... – zirytowała się Elis. – To wcale nie jest córka dziadziusia!
   - A kto?
   - Jego kochanka! – powiedziała mała dobitnie i pogardliwie.
   Allegria wybuchła śmiechem i pośpiesznie zasłoniła usta ręką. Ramiona jej drżały od tłumionej wesołości. Również kilka innych osób przy stole wyglądało na niezwykle rozbawionych.
   - Co ja takiego powiedziałam? – dziewczynka spojrzała na nich nic nie rozumiejąc.
   - Nic, kochanie – starszy mężczyzna w przetykanym złotą nicią kaftanie poczochrał jej włosy. – Ale o takich rzeczach nie należy mówić głośno. Poza tym obawiam się, że nieświadomie zgorszyłaś tego uroczego chłopca.
   - Wcale nie – wymamrotał Sol, purpurowy po czubki uszu. Och, jakże pragnął być teraz starszym, bardziej śmiałym. Powiedziałby im wtedy, że nie wypada aby mężczyzna sprowadzał pod swój dach kochankę i sadzał ją przy stole, że każdy kto tak czyni obraża dobrego Boga. Albo – i to już była niebezpieczna myśl, której pozbył się ledwo zaświtała mu głowie – mógłby być takim jak oni i śmiać się, zupełnie jakby w postępowaniu księcia nie było nic grzesznego.
   - Pierwszy raz w mieście, co? – powiedział ten w złotym kaftanie.
   - Uhm.
   - Podoba ci się?
   Sol wymamrotał coś niezrozumiale.
   - Tutaj żyje się inaczej niż na prowincji. Wy tam u siebie nie lubicie czarowników, my pozwalamy im żyć, jeśli tylko nie czynią nikomu szkody.
   - Cicho, cicho – inny mężczyzna, mały i chudy, mrugnął wesoło teatralnym gestem przykładając palec do ust. – Pamiętajmy o ostrożności, choć jemy właśnie kolację w domu miłościwie nam panującego księcia Mayenne, słynnego czarnoksiężnika, mistrza Czarnej Magii.
   Chichotali, połączeni jakąś wspólną tajemnicą. Sol także próbował się uśmiechać, choć twarz miał jak z drewna. Jeśli to miał być żart, on go nie zrozumiał.
   - Trzeba ci wiedzieć – wybawił go z kłopotu mały chudzielec – że książę od dawna interesuje się sztukami tajemnymi. Zaraz będziesz mógł podziwiać jego kunszt.
   Sol opłukał palce w podsuniętej przez lokaja miseczce i zaczekał, aż książę da znak, że można już wstać od stołu. Służba pośpiesznie zaczęła wynosić resztki jedzenia.  Potem służący ustawili krzesła na środku sali formując z nich rodzaj widowni. Znalazł sobie miejsce w ostatnim rzędzie, tuż obok usiadła Elis i poufale przytuliła się do jego ramienia. Jeden z lokai zapowiedział występ. Obdarzył przy tym Cyriela Mayenne taką ilością pompatycznych, tajemniczo brzmiących tytułów, że Sol nie mógł się nie uśmiechnąć. Jego podejrzenia potwierdziły się gdy na zaimprowizowaną scenę wszedł sam gospodarz. Jaki tam z niego czarnoksiężnik, pomyślał z pogardą patrząc na sztuczki niewiele różniące się od tych, jakie oglądał na jarmarkach. Z ulgą, jaką odczuł widząc, że książę nie jest prawdziwym czarnym magiem, zmieszało się jednak zgorszenie. Tam skąd pochodził szlachta szanowała swoją pozycję, nikt nie pozwoliłby sobie na to, by popisywać się tego rodzaju umiejętnościami.
   W miarę jednak trwania występu niepokój chłopca zaczął powracać. Książę Mayenne był zręczny, może nawet zbyt zręczny. Gospodarz bez trudu przemieszczał przedmioty, ba, sam potrafił zniknąć i pojawić się ponownie kilka kroków dalej, a wszystko to w jasno oświetlonej sali. Sol nigdy jeszcze nie widział tak skomplikowanych sztuczek.
   - Widzisz, mój dziadek jest czarodziejem – tchnęła mu w ucho Elis.
   - To tylko złudzenie – szepnął w odpowiedzi nachylając się ku niej.
   - Nie znasz się – mała odsunęła się lekko. – To najprawdziwsza magia.
   Z każdą upływającą sekundą Sol był coraz bardziej skłonny jej wierzyć. W chwili gdy książę swobodnie uniósł się w powietrze, by sięgnąć orzecha zawieszonego czarodziejskim  sposobem pod sufitem, strach złapał Sola za gardło. To niemożliwe, powtarzał sobie. To iluzja, może jakiś rodzaj sprytnie ukrytego mechanizmu. Ale od tego czasu nie patrzył więcej na scenę. Odwrócił głowę w bok i przyjrzał się Allegrii. Była zachwycona. Już wcześniej, podczas kolacji,  zauważył, że z fascynacją przysłuchuje się opowieściom o magii.
   Gdy zegar na kominku wybił jedenastą, zebrani nagrodzili gromkimi brawami ostatni popis księcia i zaczęli wstawać.  Nie mieli bynajmniej zamiaru wychodzić. Bez skrępowania częstowali się pozostawionym na bocznym stoliczku winem, śmiali się i rozmawiali. Do Sola podszedł  Marcus w towarzystwie trzymającego lampę księcia.
   - Chodź z nami – powiedział wuj.
   Po drodze dołączyły do nich jeszcze dwie osoby i już w piątkę przeszli ciemnymi korytarzami do pokoju, długiego i wąskiego, z jednym małym okienkiem, pod którym ustawiono stolik i dwa fotele. Wzdłuż ściany ciągnęła się biblioteczka. Znajdowały się w niej stare, ręcznie jeszcze spisane księgi o bogato zdobionych okładkach i drukowane, skromne książeczki. Wszystkie jednak łączyło jedno. Traktowały o czarnej magii, a ich stronice pełne były mrocznych zaklęć, rytuałów i wezwań do podziemnych bóstw.
   Książę podsuwał wybranym gościom najciekawsze okazy ze swojej kolekcji – wśród nich i tę książkę, którą Sol przewiózł przez bramę miasta -  a ci z nabożną niemal czcią dotykali stronic, komentowali rysunki starając się przy tym odczytać teksty, z których część napisana była w obcych językach.
   Sol czuł się coraz gorzej. Przyjemne oszołomienie wypitym do kolacji winem zamieniło się w tępy ból głowy. Dawało mu się także we znaki zmęczenie, ale był pewien, że i tak nie mógłby teraz zasnąć. Zbyt wiele w nim było goryczy, zbyt wiele fizycznego niemal obrzydzenia do tych ludzi z ich brudnymi sekretami. Nade wszystko pragnął teraz znaleźć się sam, przemyśleć wszystkie wydarzenia dzisiejszego wieczoru, znaleźć dla nich jakieś wytłumaczenie. Miał wrażenie, że świat w jakim żył do niedawna, świat, gdzie istnieli ludzie wierzący w takie cnoty jak przyzwoitość, przewrócił się do góry nogami i odtąd już nic będzie takie samo.
   Gdy wrócili do sali, książę wyszedł pożegnać gości. Służba pogasiła już większość świec, zapanował półmrok. Wuj Marcus wdał się w rozmowę z pewną damą. Sol bał się im przeszkodzić podszedł więc do okna i czekał spoglądając na egzotyczny ogród, oświetlony srebrnym kręgiem księżyca, coraz bardziej otępiały i rozgoryczony, czując zbierające się pod powiekami dziecinne łzy.
   - Mam nadzieję, że nie nudziłeś się zbytnio? - zapytała Kirstiana Tilly podchodząc do niego niespodziewanie. - Takie przyjęcia bywają nużące dla chłopców w twoim wieku.
   Zaprzeczył bez przekonania. Stała blisko, ale w półmroku nie widział jej twarzy, a jedynie zarys pełnej, rozkwitłej sylwetki, która zdawała się nad nim górować choć przecież byli równego wzrostu. Promieniowała ciepłem jakby jeszcze przed chwilą siedziała w słońcu. Skóra jej wydzielała dziwny zapach, w osobliwy sposób kojarzący się Solowi z dzieciństwem – z ciastkami z miodem i wanilią, ale nie było w nim nic swojskiego. Wręcz przeciwnie, zapach ten budził niepokój niczym fałszywa nuta w letni dzień.
   - Przyglądałam ci się podczas kolacji. Wyglądałeś na bardzo przygnębionego. Czy coś cię trapi?
  - Dlaczego bawicie się w magię? To... to... – przez chwilę szukał odpowiednio mocnego słowa – obrzydliwe. Magia to dzieło Szatana.
   Roześmiała się i śmiech ten, zbyt wysoki i zbyt ostry, sprawił, że ciarki przebiegły mu po grzbiecie.
   - Mały chłopiec ze wsi boi się czarów? To tylko niewinna zabawa. Założę się, że nigdy nie zetknąłeś się z prawdziwą magią.
   - Owszem, wczoraj rano. Widziałem powieszonego na drzewie wilkołaka.
   - Ach, wilkołaka. Zapomniałam, że jest już wiosna.
   - Co to ma do rzeczy?
   Potrząsnęła głową pozwalając, by włosy rozsypały jej się na ramionach. Sol
cofnął się pół kroku. Odpowiedziała pytaniem.
   - Jak sądzisz dlaczego chłopi przemieniają się w wilki?
   - Nie wiem. Dla zabawy? Bo są okrutni i lubią zabijać?
   - Nie. Bo są głodni. Za każdym razem gdy zima jest ciężka, na przednówku zaczyna brakować jedzenia. Młodzi i silni, jako tako obeznani z bronią, mogą zbójować na gościńcu, ale reszta? Gdy napiją się krwi czarownika zyskują postać, która daje im siłę i zręczność, a przy tym tracą ludzkie skrupuły. Mogą polować, mogą wreszcie najeść się do syta.
   - To obrzydliwe – powtórzył uparcie Sol.
   - Może i masz rację. Wilkołak nie poluje jak inne drapieżniki. Ludzka część jego natury sprawia, że rzadko kiedy zapuszcza się w głąb lasu. Porywa domowe bydło, zabija ludzi. To łatwe ofiary, a wilkołak, choć silniejszy niż człowiek nie dorówna prawdziwemu wilkowi. Wilcze piętno pomaga mu przetrwać, ale nie na długo. Traci rozum, zachowuje się jak zwierzę już nie tylko w wilczej, ale i w człowieczej postaci. Oczywiście każdy kto dobrowolnie godzi się przybrać postać wilka liczy, że w jego przypadku będzie inaczej. I myli się. Jeśli nie wykończy go szaleństwo ani miejscowi chłopi, to zabije mróz. Żadnemu wilkołakowi nie udało się jeszcze przetrwać zimy.
   - No i bardzo dobrze – warknął Sol – Sądzisz, pani, że uda ci się wzbudzić we mnie litość dla tych istot? Wcale mi ich nie żal, dostają na co zasłużyli...
   Mówił, czując wciąż potęgujący się, pulsujący ból w skroniach. Już wcześniej ułożył sobie w głowie całą przemowę, którą powinien był wygłosić podczas kolacji, gdy zaczęto mówić o magii. Wtedy zabrakło mu odwagi, a teraz miał okazję naprawić swój błąd.
   -  Wy także nie jesteście bez winy. Traktujecie magię jakby to była zabawka. I do czego doprowadziliście? Książę Mayenne, władca Eldony bawi się udając czarnoksiężnika, a w mieście ktoś zabija dzieci korzystając z magii. Bo dla was czarownicy są interesujący, zabawni, co z tego, że niebezpieczni? Gdyby to ode mnie zależało zburzyłbym nie tylko wszystkie okoliczne wioski, ale i całe to miasto! A potem posypałbym ziemię solą, żeby już nigdy nic tu nie wyrosło!
   Przerwał, czując, że za chwilę wybuchnie płaczem. Odwrócił się i oparł czoło o chłodną szybę nakazując sobie spokój.
   Kirstiana milczała przez chwilę.
   - Przykro mi, że tak to odbierasz – powiedziała w końcu łagodnie. Sol poczuł, że jego złość znika, a jej miejsce zajmuje wyczerpanie.
   - Napij się jeszcze wina – zanim zdążył zaprotestować przeszła przez salę mijając po drodze nadal pogrążonego w rozmowie Marcusa. Gdy wróciła podała chłopcu napełniony kieliszek. Przyjął, choć nie miał na to wielkiej ochoty. Nadal dokuczał mu ból głowy, a nie sądził, by wino było tu najwłaściwszym lekarstwem.
   Z ulgą dostrzegł zbliżającą się ku nim zwalistą postać wuja. Za nim postępował trzymający świecę lokaj.
   - Muszę już iść – wybąkał usiłując odstawić kieliszek, ale Kirstiana delikatnie otoczyła palcami jego nadgarstek.
   - Wypij, nie sądzę byśmy się jeszcze kiedyś spotkali.
   Posłusznie pociągnął łyk mając nadzieję, że przynajmniej w ten sposób zatrze wrażenie tamtego wybuchu. Wino było obrzydliwe, ciężkie i gęste.
   Marcus zatrzymał się, po raz pierwszy okazując niepewność. W świetle świecy jego twarz miała dziwny wyraz i Sol spróbował odgadnąć jego znaczenie. Złość? Zmęczenie?
   A kiedy zrozumiał, że to przerażenie, było już za późno.
***
   Chłód – było to pierwsze uczucie, jakie dotarło do jego zamroczonego umysłu. I myśl: powinienem się przykryć, a zaraz za nią następna: coś jest nie w porządku.
   Było mu nie tylko zimno, ale także straszliwie niewygodnie. Leżał na czymś ostrym, co boleśnie kaleczyło skórę. Nagły atak paniki poderwał go na nogi. Stał przez chwilę wodząc wokół nic nie rozumiejącym wzrokiem.
   Był w lesie. Ciemnym, głębokim lesie, całkiem sam.
   I coś jeszcze. Był kompletnie goły.
   Kucnął, odruchowo usiłując zakryć nagość. Zamknął oczy. To sen, powtarzał uparcie. To tylko sen. Ale gdy podniósł powieki nic się nie zmieniło. Otaczały go wysokie buki i sosny, pomiędzy ich rozłożystymi koronami ledwo mógł wypatrzyć skrawki błękitnego nieba. Niżej rosły splątane krzewy. Kilka kroków dalej szumiał wąski, chłodny strumyk.
   Spróbował przypomnieć sobie wydarzenia ostatniego wieczoru. Pamiętał, że pił wino. Przyszło mu do głowy, że może to być rodzaj kary. Może zeszłego wieczoru wypił zbyt wiele przynosząc wstyd Marcusowi i ten postanowił porzucić go w lesie, w nadziei, że chłopiec się opamięta i przemyśli swoje postępowanie.
   Jeśli tak jest, pomyślał Sol, przeproszę go, ale nie będę błagał o wybaczenie!
   Rozejrzał się uważnie. Wokół było mnóstwo chaszczy, w których mógłby skryć się człowiek. Czy ktoś przyglądał mu się właśnie w tej chwili, patrząc z radością jak miota się przerażony?
   - Jest tu kto? – zapytał, a gdy nikt nie odpowiedział, zawołał:
   - Wuju Marcusie! Wuju Marcusie!
   Przeraził się własnego głosu. Przez moment w lesie panowała cisza jeszcze głębsza niż poprzednio, a potem coś zaszeleściło za jego plecami. Odwrócił się, z sercem w gardle. Ale to tylko jakieś małe zwierzę przedarło się przez krzaki i z pluskiem znikło w strumieniu.
   Miejsce paniki zajął teraz jednostajny, duszący lęk. Instynkt podpowiadał mu, że stało się coś strasznego, coś niewyobrażalnie potwornego. Nie chciał jednak w to wierzyć. Tłumaczył sobie uparcie, że znalazł się tu wskutek jakiegoś niezwykłego zbiegu okoliczności, że już niedługo wszystko się wyjaśni, a on będzie popijał ciepłe mleko śmiejąc się z własnego strachu. Zaraz za tą myślą przyszła fala litości. Sam w lesie, zagubiony i nagi, wydał się sobie najbardziej godną współczucia istotą na ziemi. Usiadł na ziemi, podciągnął kolana pod brodę, a twarz wtulił w ramiona i rozpłakał się. Szlochał wyobrażając sobie jak rozprawi się z wujem zarzucając mu bezmyślne okrucieństwo, szlochał, układając w myślach słowa, którymi skarżył się będzie matce. Potęgował własny żal, łkał, na wpół świadomie spodziewając się, że ktoś do niego przyjdzie, obejmie i uspokoi. Dotąd przecież tak było. Zawsze gdy płakał, nawet jeśli sam był sobie winien, prędzej czy później zjawiał się ojciec albo matka i znów wszystko było dobrze. Nie zasłużył na to, co go spotkało. Gotów był jednak uznać własną winę – jeśli jakaś istniała – byle tylko wydostać się z tego lasu.
   Ale w pobliżu nie było nikogo kogo mógłby oskarżyć, nikogo kto mógłby mu pomóc. Szlochał coraz ciszej, aż zabrakło mu łez. Otworzył zapuchnięte od płaczu oczy. Z nosa mu ciekło, wysmarkał się więc w palce. Potem obmył twarz i ręce w potoku, napił się wody. Była bardzo dobra – krystalicznie czysta i chłodna jak lód. Płacz uspokoił go odrobinę. Zrozumiał, że przynajmniej przez pewien czas musi radzić sobie sam. Ruszył więc wzdłuż strumienia mając nadzieję, że ten zaprowadzi go do jakiejś wioski. Strumyk wił się po lesie i by nie stracić z oczu jego koryta Sol zmuszony był chwilami przedzierać się przez gęste zarośla, z których wychodził spocony i podrapany. Spróbował pójść więc środkiem potoku. Kamienie pokrywające dno były śliskie, a woda lodowata. W pewnym momencie stopa omsknęła mu się z omszałego głazu i opadł na czworaki w ostatniej chwili zdążywszy podeprzeć się rękami. Klęczał w takiej pozycji, z brzuchem muskającym powierzchnię wody, gdy usłyszał kobiece głosy. Zamarł, niepewny czy wycofać się czy wołać o pomoc. Strumyk w tym miejscu skręcał ostro w prawo, a chłopca osłaniały dodatkowo gęste krzewy. Słyszał odgłosy rozmowy coraz wyraźniej, w końcu do jego uszu dotarł plusk wody gdy kobiety śmiejąc się przechodziły przez potok ledwo kilka kroków dalej. Przez chwilę miał ochotę pobiec za nimi, zwyciężył jednak wstyd. Ostrożnie wygramolił się na brzeg i, starając się stąpać cicho, poszedł za oddalającymi się kobietami. Były to pewnie wieśniaczki wracające na skróty do domu. Gdzieś tu niedaleko musiała być wioska.
   Miał rację, albo przynajmniej tak mu się zdawało, wkrótce bowiem dostrzegł prześwitujący pomiędzy drzewami blask słońca.  Z trudem pohamował się, by nie przyśpieszyć kroku. Zaczekał, aż wieśniaczki wyjdą z lasu i wtedy dopiero ruszył za nimi. Gdy jednak wyjrzał zza drzew ogarnęła go fala rozczarowania. Rozciągała się przed nim nie łąka, ani nie uprawne pole, ale szeroki ciągnący się wzdłuż stoku, pas poprzewracanych i połamanych przez wichurę drzew. Wieśniaczki były już w połowie zmierzając w stronę leżącej po drugiej stronie ściany lasu.  Nie mógł iść za nimi przez otwartą przestrzeń.  Musiał czekać. Ledwo kobiety znikły mu z oczu puścił się za nimi biegiem. Wkrótce jednak musiał zwolnić. Zapadał się w przesłonięte zielskiem wykroty, przełaził przez powalone pnie zdzierając sobie przy tym skórę. Ciernie zostawiały mu na skórze krwawe smugi. Gdy zdyszany znalazł się na powrót pomiędzy drzewami, wieśniaczek nie było nigdzie widać. Miotał się przez chwilę tam i z powrotem, aż zrozumiał, że zgubił obie kobiety. Usiadł oddychając ciężko. Może uda mu się trafić do wioski tak czy inaczej.
   Wybrał na chybił trafił kierunek czując coraz większe zmęczenie i głód. Dokuczało mu także pragnienie – od czasu gdy pił wodę ze strumienia minęło sporo czasu. Znów zbierało mu się na płacz, nie zatrzymał się jednak. Gdy w końcu natrafił na leśne źródełko i zaspokoił pragnienie, nie miał sił iść dalej. Wymościł sobie legowisko, zwinął się w kłębek i zasnął wstrząsany spazmami suchego już szlochu.
   Gdy zbudził się wokół było już ciemno. Leżał  przez chwilę z otwartymi oczami próbując na powrót uwierzyć, że to nie sen. Był sam, w nocy, w lesie. Przypomniały mu się ślady, które widział odciśnięte w miękkiej ziemi na brzegu strumienia. Szerokie, przypominające nieco tropy dużego psa. Wilki. Wzdrygnął się i usiadł. Dziwne, ale czuł strachu. Powróciło przekonanie, że las, ciemność i kryjące się w niej zwierzęta, to nie to, czego powinien się obawiać. Było coś jeszcze, coś znacznie gorszego. Jakaś część jego istoty wiedziała o tym od początku.
   Zorientował się, że razem z lękiem przeszedł mu także głód. W brzuchu czuł pustkę, był jednak pewien, że nie zdołałby przełknąć ani kęsa. Dręczyły go lekkie mdłości zupełnie jakby kołysał się w łodzi na rzece, a całe ciało mrowiło nieprzyjemnie. Czuł się tak, jakby założył na gołe ciało sweter z szorstkiej wełny. Z początku myślał, że to dlatego, iż cały jest brudny i podrapany, ale wrażenie to potęgowało się i to co niedawno było drobną zaledwie nieprzyjemnością, teraz wycisnęło mu łzy z oczu. Wstał i zaczął przechadzać się w ciemności tam i z powrotem. Serce waliło mu jak młotem a skórę, mimo chłodu, miał lepką od potu. Za każdym razem gdy wciągał w płuca powietrze miał wrażenie, że w jego wnętrzu znajdują się miliony skłębionych włosów, poruszanych oddechem, drażniących żołądek i powodujących mdłości.
   Działo się z nim coś strasznego. Usiadł obejmując kolana rękami i kołysał się w przód i w tył. Próbował zmówić modlitwę, ale słowa mieszały się, a z jego ust wychodziły tylko bezładne jęki. Było coraz gorzej. Czuł się tak, jakby ktoś wbijał mu w ciało setki igieł, coraz dłuższych i coraz głębiej wpychanych, sięgających naczyń krwionośnych, mięsa, a w końcu drapiących kość. Umieram, pomyślał. Tak wygląda śmierć. Ogarnęła go panika. Nie chcę, dudniło mu pod czaszką. Nie chcę, nie chcę, nie chcę.
   Skręcając się z bólu włożył do ust własną rękę. Jęk przemienił się w pełen przerażenia wrzask, bo to, w co wbił zęby, z całą pewnością nie było ludzką dłonią.
***
   Wszystko, co nastąpiło później było jednym, niekończącym się koszmarem. Od wschodu do zachodu księżyca był wilkiem. Ludzką postać odzyskiwał rano, budząc się w zaroślach, w legowisku z mchu. Każdy dzień rozpoczynał od przesiania wspomnień ubiegłej nocy. W czasie nowiu, albo w pochmurne noce, gdy wpływ księżyca był słaby, jego nocne, wilcze życie podobne było do snu. Nie miał wpływu na własne postępowanie, ale obudziwszy się pamiętał gdzie był i co robił. Rankiem jego głowa pełna była wspomnień udanych łowów: smaku krwi i surowego mięsa, rozrywanego futra i miażdżonych zębami kości. Bywały jednak i takie noce -  podczas pełni księżyca, gdy bestia zwyciężała w nim ostatecznie. Wówczas po przebudzeniu nie pamiętał niczego. Wtedy bał się najbardziej.  Nocą  polował, ale czy zabijał tylko drobne ssaki i domowe bydło czy może rozdarł gardło innej łatwej ofiary: zabłąkanego w lesie człowieka? Myśl, że mógłby zjeść ludzką istotę doprowadzała go niemal do szaleństwa. Kirstiana miała rację, zawsze trzymał się w pobliżu ludzkich osiedli. Widywał czasem kobiety idące z naręczem prania do strumienia czy chłopów pracujących w polu. Przez pewien czas dręczyło go wspomnienie dziewczyny, którą spotkał o świcie, idącą od studni. Utkwiła mu w pamięci jej sylwetka, ciemna na tle jaśniejącego nieba, z dłonią opartą na uchwycie stojącego u jej stóp wiadra i oczami  z przerażeniem wpatrzonymi w czającą się naprzeciw bestię. Czy skrzywdził tamtą dziewczynę? Jeśli kiedyś rzucę się na człowieka, zabiję się później, postanowił następnego ranka i myśl ta przyniosła mu chwilową przynajmniej ulgę. 
   Jadł niemal wyłącznie będąc w zwierzęcej postaci, wychudł, a jego pokryta warstwą brudu skóra, stwardniała i nie czuł już bólu gdy w dzień drzemał na leśnej ściółce.  Strach, mniejszy lub większy, towarzyszył mu przez cały czas. Bał się, że na zawsze pozostanie już bestią, że oszaleje tak jak zdarzało się to ludziom przemienionym dzięki magii. Życie, jakie niegdyś prowadził zdawało się teraz należeć, do kogoś zupełnie innego. Bywały chwile gdy sądził, że od urodzenia błąka się po lesie w na wpół wilczej, na wpół ludzkiej postaci.
   Nie mniej niż szaleństwa, bał się także śmierci. Za każdym razem, gdy widział wioskę, chęć rzucenia się do nóg jakiemuś chłopu i błagania o pomoc walczyła w nim ze strachem. Dobrze pamiętał tamtego powieszonego wilkołaka. Rano, gdy do wschodu księżyca było daleko, bywał najprzytomniejszy. Tłumaczył sobie wówczas, że jego sytuacja nie jest tak beznadziejna, jak mogłoby się wydawać. Mógłby ukraść w jakiejś wiosce parę sztuk suszącego się na sznurze odzienia, wrócić do gospody ,,Pod Czarnym Niedźwiedziem’’ i prosić wuja o pomoc. Marcus bywał wprawdzie złośliwy, ale z pewnością nie odmówiłby krewniakowi, którego oddano mu pod opiekę. Jednak Sol nie miał pojęcia, ile czasu upłynęło od czasu pamiętnego bankietu. Marcus mógł już ruszyć w dalszą drogę, przekonany, że chłopiec nie żyje. Przyszło mu więc do głowy, żeby zwrócić się do świątyni. Nie wszyscy kapłani bywali szybcy do wieszania ludzi, na których rzucono czar, a Sol z radością przyjąłby każdą, najcięższą nawet pokutę. Przeszedłby boso aż do sanktuarium świętego Aloisiusa, biczując plecy do krwi, gdyby to miało przywrócić mu miejsce wśród ludzkich istot.
   W miarę zbliżania się wieczoru jego myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne. Rosła w nim nienawiść do samego siebie. Bywały chwile, gdy przysięgał, że odda się w ręce pierwszej napotkanej osoby, bez względu na konsekwencje. Czasem, myślał przyglądając się własnym dłoniom o połamanych paznokciach, śmierć jest najlepszym wyjściem.
***
   Ktoś go tropił. Od kilku dni czuł za sobą obecność ludzi. Nie wątpił, że byli to miejscowi chłopi, którzy postanowili pozbyć się porywającego im bydło wilkołaka. Pewnego poranka gdy jak zawsze z trudem odzyskiwał przytomność po powrocie do ludzkiej postaci, ujrzał nad sobą zwalistą postać dwudziestoletniego może młodzieńca, nieogolonego i brudnego. W rękach trzymał strzelbę. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu, aż Sol odzyskał władzę w nogach i śmignął w krzaki. Tamten nie próbował strzelać, co trochę chłopca zdziwiło. Być może, pomyślał, z jakiegoś powodu chcą wziąć mnie żywcem. Nie wiedział jak bardzo prorocze okażą się te słowa.
   Dwa dni później zbudził się, posiniaczony i obolały, na dnie głębokiego dołu. Upłynęła dobra chwila zanim dotarło do niego, że wpadł w pułapkę.
   Wpadł w panikę. Może mylił się, sądząc, że człowiek ze strzelbą nie chciał go zabić. Może teraz, gdy chłopiec był tak łatwym celem, tamten podejdzie po prostu i strzeli, a zwłoki zawiesi później na drzewie?
   Zaczął drapać się w górę. Ziemia sypała mu się na twarz, delikatne korzonki, których się czepiał rwały się w rękach. W wykopanym w miękkim gruncie dole nie było niczego za co mógłby chwycić, żadnego stałego punktu na którym mógłby oprzeć stopę, by wydostać się na zewnątrz. Mimo to nadal próbował piąć się w górę, niepomny na nic i przerażony, plując ziemią, która wpadała mu do ust.
   Tak zastał go mężczyzna ze strzelbą. Stanął na skraju dołu -  dokładnie tak jak chłopiec to sobie wyobrażał - i spojrzał w dół unosząc jednocześnie broń.
   Skulił się chowając głowę w splecionych na kolanach ramionach. Mężczyzna spoglądał na niego przez chwilę, potem chrapliwie powiedział coś, co zabrzmiało jak imię: Mikal. Podszedł do niego drugi wieśniak, podobnie ubrany, ale bez broni. Naradzali się szeptem, potem ten ze strzelbą przykucnął i zawołał:
   - Hej, tyś jest Sol jakiś tam, szlachcic?
   Słysząc swoje imię chłopiec podniósł wzrok i skinął głową. Nie był pewien, czy potrafi jeszcze mówić.
   - Dobra – mężczyzna splunął i rzucił mu jakieś zawiniątko – oblekaj gacie. Jedna pani chce się z tobą widzieć.
   Sol zaczął wciągać spodnie, niezręcznie, depcząc po nogawkach, choć przerażenie już minęło.
   - Wyłaź – mężczyzna nazwany Mikalem rzucił mu koniec wełnianej kurtki. Sol chwycił się, a tamci zaczęli ciągnąć. Gdy głowa chłopca znalazła się na wysokości brzegu dołu, drugi wieśniak bez ceregieli chwycił go za ramię i wywlókł na zewnątrz. Poszorował brzuchem po ziemi czując jak zbyt szerokie spodnie zsuwają się i zatrzymują dopiero na kostkach nóg.
   - Idziesz przodem. Jakby ci co głupiego do łba przyszło, ten tam, Elio, odstrzeli ci tyłek.
   Posłusznie ruszył do przodu ściskając w garści przód wciąż opadających spodni. Ulga, że ktoś w końcu poznał jego tajemnicę, była tak wielka, że gotów był całować Elia i Mikala rękach. Poszedłby z nimi wszędzie, nie pytając nawet dokąd i po co idzie.
***
   Zaprowadzili go nie, jak się spodziewał, do wioski,  ale do stojącej samotnie na śródleśnej polanie chaty. Była to solidna, drewniana chałupa, z ogródkiem przytulonym do południowej ściany. U powały wisiały pęki ziół, a w kuchni, nad drewnianym stołem, na małych półeczkach stały słoiczki maści i barwnych proszków. Była to chata wiejskiej uzdrowicielki.
   Elio wepchnął go do jednej z dwóch izb i zamknął drzwi. Chłopiec rozejrzał się. Ściany pociągnięto wapnem, pod oknem stała skrzynia na ubrania, a z drugiej strony – drewniane łóżko przykryte niedźwiedzią skórą. Nie odważył się usiąść, kucnął tylko pod ścianą, pilnując, by przez cały czas mieć drzwi w zasięgu wzroku. Żałował teraz, że nie zapytał, jaka to ,,pani’’ chce się z nim widzieć.
   Drzwi otworzyły się i w progu stanęła niewysoka, starsza kobieta. Gdy Sol widział ją po raz ostatni nosiła niebieską suknię. Teraz ubrana była w strój naśladujący wiejski: pasiastą spódnicę, białą bluzkę i fartuch.
- Bałam się, że już cię nie znajdę – powiedziała Taszerit zbliżając się do niego.
   Za plecami miał ścianę, nie mógł się więc cofnąć, ale instynktownie uchylił się w bok. Przez chwilę poruszał ustami szukając odpowiednich słów.
   - Nie wiesz... kim jestem. Kim mogę się stać – z trudem przepychał poszczególne słowa przez gardło. Jego głos brzmiał chrapliwie i nienaturalnie.
   - Nie bądź dzieckiem. Wiem wszystko.
   - Mogę cię skrzywdzić... pani.
   - Dam sobie radę. Zaopiekuję się tobą. I nie mów do mnie pani. Nikt tego nie
robi.
   Ulga, że wreszcie może przerzucić odpowiedzialność za swój los na cudze barki sprawiła, że znikły więzy krępujące jego gardło. Nagle odkrył, że musi jej zadać mnóstwo pytań.
   - Jak mnie znalazłaś? Wiedziałaś, co się ze mną stało? Gdzie jest wuj Marcus?
   Zbyła go machnięciem ręki.
   - Później. Umyj się najpierw, a ja przygotuję ci coś go jedzenia. No idź już.
   Była szorstka i niecierpliwa, ale w jej słowach nie wyczuwał wrogości. Wręcz przeciwnie. Znała jego tajemnicę, a mimo to nie budził w niej przerażenia ani wstrętu. Niedawno jeszcze imię Taszerit nic dla niego nie znaczyło, teraz był gotów ufać jej bezgranicznie.
   Naciągnął wody ze znajdującej się z tyłu domu studni i począł  szorować się, zmywając warstwy brudu gąbką i kawałkiem mydła. Gdy woda stała się szaroczarna, wylał ją pod nogi i ponownie napełnił wiadro. Pół godziny później stał po kostki w błotnistej kałuży, a jego skóra przybrała różowy kolor, nie licząc miejsc, w których brud wżarł się tak głęboko, że nie dało się go usunąć. Tam gdzie zerwał strupy pokrywające zadrapania i rany, sączyła się krew.
   Mimo to wcale nie czuł się lepiej. To, czego najbardziej chciał się pozbyć, nadal w nim było. Wilcze piętno, setki maleńkich włosków falujących przy każdym oddechu tkwiące zbyt głęboko, by można je wyrwać. Powoli wciągnął w płuca powietrze czując jak poruszają się i drażnią jego wnętrze. Coś ścisnęło go za gardło. Płacz przyniósłby mu może ulgę, ale nie płakał już od dawna i nie sądził, że kiedykolwiek będzie jeszcze do tego zdolny.
   Wciągnął otrzymaną od Taszerit koszulę i spodnie – o niebo lepsze niż te, które rzucił mu wieśniak. Miał wrażenie, że nie ma prawa nosić takiego ubrania, tak samo jak nie ma prawa usiąść za stołem i jeść z miski, którą podsunęła mu Taszerit. Wszystko to – odzież, dom i zwyczajny posiłek – należało do innego, ludzkiego świata. A jego miejsce było w lesie, wśród zwierząt. Kulił się przez cały czas, niespokojnie popatrując  na drzwi jakby spodziewał się, że lada moment ktoś wejdzie i wywlecze go z chaty. 
   Jadł powoli, trzymając łyżkę jak dziecko, a w drugiej dłoni mnąc kromkę chleba. Gulasz z warzywami nie miał dla niego żadnego smaku.
   - To on, prawda? – zapytał, gdy skończył. – To ten człowiek mi to zrobił. Cyriel Endreus Mayenne – wypluł te słowa z nienawiścią. – Nie sądziłem, że ktoś może uprawiać magię zajmując takie stanowisko i to na oczach ludzi, którzy jeszcze mu przyklaskują. Jak widać, w Eldonie wszystko jest możliwe. Nie rozumiem tylko dlaczego nikt go dotąd nie powstrzymał. Oszołomiło ludzi jego bogactwo?  A ty, pani... A ty, skoro wiedziałaś, kim jest książę Mayenne, dlaczego na niego nie doniosłaś?
   Urwał, czekając na odpowiedź. Taszerit milczała, patrząc na niego. W końcu westchnęła, zgarnęła ze stołu okruchy chleba i wrzuciła je do miski.
   - Nie doniosłam na księcia, bo nie miałam powodu. Znam go dość dobrze. Ja także bywałam na wydawanych w jego willi przyjęciach, choć jestem tylko biedną cudzoziemką. Ale ja także zajmuję się magią. Nie zamieniam ludzi w wilkołaki, ani nie szkodzę im w żaden inny sposób. Wręcz przeciwnie staram się pomóc. Jestem uzdrowicielką.
   Sol skinął głową. Nie zdziwiło go to, ani, co dziwniejsze, nie obeszło.
   - To twoja chata? – zapytał wodząc wzrokiem po słoiczkach i buteleczkach wypełnionych tajemniczą zawartością
   - Nie, pewnej kobiety, też znachorki, od której czasem kupuję zioła. Nieważne. Jak już mówiłam, bywałam u księcia. Tam właśnie poznałam twojego wuja. Potem Cyriel Mayenne przestał mnie zapraszać, Niebiosa wiedzą, dlaczego. Pewno wydawałam mu się za mało efektowna, a moje umiejętności pozbawione tajemnicy i szczypty choćby niebezpieczeństwa. Trudno mówić o leczeniu grypy czy bólu brzucha tak, by wzbudzić w słuchaczach dreszcz przyjemnej grozy. Książę zawsze kochał magię, choć w gruncie rzeczy nie ma o niej wielkiego pojęcia. Lubi jednak przebierać się w dziwaczne szaty i udawać wielkiego maga.
   - A te sztuczki, które pokazywał? To nie mogła być tylko zręczność palców!
   - I tu masz rację – zgodziła się Taszerit. – Książę jest niezwykle utalentowany w tym kierunku. Ale sztuczki, którymi bawił gości nigdy nie wykraczały poza poziom zwykłych, ludzkich umiejętności. Nigdy, aż do początków zimy gdy w pałacu księcia zjawiła się nikomu nie znana kobieta, przedstawiająca się nazwiskiem rodziny, o której nikt nie słyszał.  
   Sol spojrzał uważnie. Zdawało mu się, że rozumie. Taszerit wolno skinęła głową.
   - Książę przyjął Kirstianę pod swój dach i nikt nie śmiał pytać kim ona właściwie jest.
   - Oczywiście. Rozmawiałem z nią tamtego wieczoru, a potem dała mi do wypicia wino. Ale skąd wiedziałaś, co się stało?
   - Twój wuj widział, jak dodawała do wina parę kropel własnej krwi. Nie zareagował, bo, jak się tłumaczył, nie domyślił się co właściwie widzi. Potem było już za późno. Zawsze uważałam go za tchórza.
   - Gdzie on jest?
   - Marcus? Pojechał na północ. Prosił, bym się tobą zajęła, jeśli cię znajdę.
   - Możesz przywrócić mi ludzką postać?
   - Tak, oczywiście. Niczym się nie martw. To już nie potrwa długo.
   Chłopiec uwierzył, choć jednocześnie czuł lekki żal. Pragnął potępienia, ciężkiej pokuty, która zmazałaby wilcze piętno, a tymczasem Taszerit potraktowała go jak przeziębione dziecko.
   Semenka wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Sol podniósł się również, kucnął przy drzwiach i objął ramionami kolana. W takiej pozycji nadal czuł się lepiej, niż siedząc za stołem.
   - Gdybym tylko wiedział... Ostrzegałaś mnie. Wiedziałaś, co się może zdarzyć.
   Za plecami słyszał brzęk naczyń mytych w misce. Potem Taszerit wytarła miski i sztućce, odłożyła na półkę, a wodą chlusnęła przez drzwi.
   Usiadła na progu, zapraszając go gestem, by zrobił to samo.
   - Nie tego się bałam, Sol. Pamiętasz, jak mówiłam ci, że w Eldonie od pewnego czasu giną dzieci?
   Sol przytaknął, choć, prawdę mówiąc, własne nieszczęście całkiem wybiło mu z głowy pamięć o tamtych dziewczynkach i chłopcach.
   - Zastanowiło mnie, że wszystkie ofiary mieszkały w pobliżu pałacu księcia. Mówiłam ci, że dzieci widywano długo po czasie, w którym powinny zginąć. To akurat nie stanowiło dla mnie wielkiej zagadki. Rodzice, których wypytywałam, wspominali ze zgrozą, że ich pociechy zachowywały się ostatnio zupełnie inaczej niż zwykle. Łagodni chłopcy z upodobaniem dręczyli niewinne zwierzęta, a niewinne dziewczynki nagle stały się wulgarne i wyzywające. Przyszło mi do głowy, że ktoś podszywa się pod te dzieci, ktoś na tyle uzdolniony i wprawny w magii, by do woli zmieniać kształt.
   - Kirstiana?
   - Tak sądzę. Rozmawiałam z ludźmi, których poznałam u księcia i dowiedziałam się, że Kirstiana często choruje. Zdarza się, że całymi dniami nikt jej nie widuje. Ale gdy jeden z gości, znany medyk, zaproponował pomoc, odmówiła stanowczo. Przyszło mi do głowy, że może wcale nie leży wówczas w łóżku złożona niemocą, ale wymyka się i przybrawszy inną postać zatruwa ludziom życie. Samo zabijanie jej nie wystarcza. Upaja się ludzkim bólem, lubi obserwować cierpienie rodziców, gdy ci odkrywają, że ich wypieszczone, ukochane dziecko stało się potworem. Dopiero gdy się nasyci, prowadzi ludzi w miejsce, gdzie ukryła zwłoki.
   - Dlaczego nikomu nie powiedziałaś?
   - Nie mam dowodów. Nie można bezkarnie oskarżać kobiety, którą chroni sam książę. A przez te wszystkie lata kapłani przyzwyczaili się do myśli, że wszystko, co dzieje się w domu Cyriela Mayenne, to tylko, no cóż... niegroźna zabawa na którą można patrzeć przez palce, jeśli dotyczy człowieka o tak wysokiej pozycji i tak znanym nazwisku.
   - Co teraz? – zapytał. – Przywrócisz mi ludzką postać?
   - Później. Teraz musisz wypocząć. Zaufaj mi.
   - Ale... – Sol wskazał słońce, które powoli zaczynało chylić się ku zachodowi. Taszerit uśmiechnęła się.
   - Nie martw się. Zanim wzejdzie księżyc dam ci napój, po którym będziesz spał tak mocno, że nie uczynisz nikomu krzywdy nawet gdybyś we śnie zmienił się nie w wilka, a w smoka.
***
   Następny ranek wstał niespodziewanie chłodny i Sol zastał Taszerit zajętą rozpalaniem ognia. Na zewnątrz mżył drobny deszcz i w chacie panował mrok. Fakt, że po raz pierwszy obudził się w tym samym miejscu, w którym zasnął  nieco podniósł go na duchu.
   Kroił czerstwy już chleb zręczniej niż wczoraj, ale wciąż miał wrażenie, że w połączeniu jego osoby i zwykłych, codziennych czynności jest coś nienaturalnego. Czuł się jak aktor na scenie, który wie, że lada moment wypadnie z roli i zostanie wygwizdany.
   - Przywrócisz mi teraz ludzką postać? – zapytał między jednym kęsem kromki z serem a drugim.
   - Nie tak szybko - Taszerit przygryzła wargę.
   - To kiedy masz zamiar to zrobić?
   - W Eldonie.
   Sol z wrażenia poderwał się z ławy.
   - Ale ja nie mogę tam wrócić jeśli nie będę w pełni człowiekiem! To niemożliwe! Ktoś może mnie rozpoznać! Zrób to teraz, zaraz!
   - Cicho, już cicho. Nie denerwuj się tak. Muszę wrócić do Eldony. Nikt cię tam nie rozpozna, nie bądź dziecinny. W ubraniu wyglądasz jak każdy inny człowiek.
   Sol potrząsnął głową.
   - Nieprawda, czuję to w sobie i inni też mogą to zauważyć. Piętno, wilcze piętno, rozumiesz?
   - Bzdura. Zaręczam, że nikt nie zwróci na ciebie uwagi – zapewniała, ale chłopiec uparcie kręcił głową.
   - W takim razie idź sama. Ja tu zaczekam. Mogę nawet wrócić do lasu. Żyłem tam półtora miesiąca. Nie boję się.
   - Aha, a wieczorem przywiążesz się postronkiem do drzewa, żebym rano mogła cię znaleźć – powiedziała Taszerit zgryźliwie. Chłopiec wsparł głowę na rękach i przymknął oczy. Nie mógł wrócić do Eldony, choć argumenty Taszerit brzmiały całkiem rozsądnie. Nie chciał nawet myśleć o tym, że znów znajdzie się między tamtymi ludźmi, tym razem z piętnem wilkołactwa wypisanym na czole.
   Taszerit westchnęła i podeszła do niego odsuwając po drodze stół. Ujęła go pod brodę i zmusiła, by spojrzał jej w oczy.
   - Nie możesz wrócić do lasu, dobrze o tym wiesz. Zapomniałeś już, jakie życie wiodłeś? Prosiłam cię, byś mi zaufał, prawda? Nie pozwolę cię skrzywdzić.
   - Ale nie rozumiem, dlaczego nie możesz odczarować mnie tutaj. Po ci Eldona? Co tam takiego jest?
   - Czemu po prostu nie uwierzysz mi na słowo, że musimy tam wrócić?
   - Chcę wiedzieć, co zamierzasz ze mną zrobić. Mam prawo, to moje życie.
   Taszerit na powrót przykucnęła przy palenisku i podsyciła ogień. Słabowity płomień wpełzł na gałązkę i począł ją pożerać. Sol po chwili dołączył do kobiety.
   - Trudno się z tobą rozmawia, wiesz? Dlaczego jesteś taki uparty? – Taszerit wyciągnęła dłoń i trzymała ją przez chwilę blisko ognia, by ogrzać zziębnięte palce. - Nigdy nie obiecywałam, że jestem w stanie odczarować cię osobiście.
   - Więc zrobi to ktoś, kto mieszka w Eldonie?
   - Niezupełnie. Wkrótce zaistnieją pewne okoliczności... rozumiesz?
   - Nie. I nie mam pojęcia czemu po prostu nie powiesz o co chodzi.
   - Dobrze, skoro tego chcesz – odwróciła się. W czerwonym blasku ognia jej twarz wyglądała niesamowicie. – Czar działa dopóki żyje osoba, która go rzuciła. Kirstiana zasłużyła na śmierć.
   - Zamierzasz ją zabić?
   Skinęła głową. Sol milczał przez chwilę. Zdało mu się, że przez szum deszczu przebił się odgłos bardzo przypominający wilcze wycie.
   - Jeśli to prawda, jeśli śmierć Kirstiany przywróci mi ludzką postać, zabiję ją sam.
   - Wiedziałam, że tak będzie – westchnęła Taszerit. – Nie jestem pewna, czy mogę ci na to pozwolić. Nie, proszę cię, nic nie mów. Porozmawiamy o tym wieczorem.  Jeśli pogoda wkrótce się nie poprawi, będziemy musieli iść w deszczu. Przed zmrokiem musimy być w Eldonie. Zaproszę kilkoro przyjaciół i razem zastanowimy się co dalej.
***
   Deszcz nie tylko nie przestał padać, ale po południu zmienił się w ulewę. Sol naciągnął kaptur na głowę, ale i tak wkrótce przemókł do suchej nitki, a jego obute tylko w lekkie sandały stopy zapadały się w rozmiękły grunt. Było mu zimno, choć przecież przywykł do chłodu i wilgoci. Szli najpierw przez las, potem wzdłuż granicy uprawnych pól wyjeżdżoną przez wozy drogą, gdzie ulewa zmieniła koleiny w dwa rwące potoczki. Sol zaczynał rozumieć, że deszcz może mu się przysłużyć. Gdy podeszli pod bramę miasta straż przepuściła ich niemal bez pytania. Ulice były wyludnione, nieliczni ludzie, których spotkali, przemykali się skuleni pod ścianami kamienic. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Gdy zatrzymali się przed trzypiętrową kamienicą, Taszerit zdjęła kaptur z głowy i uśmiechnęła się.
- I jak, nie było tak strasznie, prawda? – zapytała.
   Mieszkanie Taszerit na drugim piętrze okazało się nieco podobne do wnętrza chaty wiejskiej uzdrowicielki. Było tak samo schludne, choć skromnie urządzone, wypełnione powiązanymi w pęczki suszonymi ziołami i małymi słoiczkami z kolorowego szkła.
   Taszerit rozpaliła w piecu nawet nie zdejmując mokrego płaszcza i wyszła. Wróciła zanim Sol zdążył porządnie wyschnąć prowadząc ze sobą sześcioro Semenów: czterech mężczyzn i dwie kobiety. Wszyscy byli mocno już posunięci w latach. Zebrali się w największej izbie siadając ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i zapalili fajki. Najstarszy, noszący imię Imari przyjrzał się chłopcu.
   - A więc to jest ten młodzieniec, który chce zabić czarownicę – powiedział. - Jest wyrośnięty jak na swój wiek i wygląda na rozsądnego. Ale to jednak obcy. Czy nie lepiej byłoby powierzyć to zadanie komuś z nas?
-          Ta kobieta skrzywdziła mnie, skazała na śmierć po to tylko, żeby zabawić się
moim kosztem – powiedział Sol. Już wcześniej postanowił, że będzie mówił spokojnie, bez dziecięcych krzyków. Przyszło mu to tym łatwiej, bo po raz pierwszy w życiu wierzył, że naprawdę ma rację. – Mam więc prawo do zemsty.  W dodatku to zadanie wymaga zręczności i siły, a ja jestem silniejszy i zręczniejszy niż ktokolwiek z was. Zaufajcie mi, proszę, a nie zawiodę was.
   Imari spojrzał pytająco na Taszerit.
   - Godzę się na to niechętnie, ale chłopak ma rację – nieoczekiwanie poparła go Semenka. - Jest młody i w starciu z tą kobietą ma największe szanse.
   -  Jeśli chcesz ją pokonać, musisz korzystać z magii, naszej magii – powiedział Imari. - A ty za nią nie przepadasz, prawda?
   Sol milczał przez chwilę. To prawda, nie lubił magii. Ale czy mogłaby ona być gorsza niż to, co już go spotkało?
   - Zgodzę się na wszystko, jeśli to będzie konieczne.
***
    Zamieszkał  na pewien czas u Taszerit. Bał się tego, co zamierzał zrobić, ale wolałby, aby ta chwila nadeszła jak najszybciej. Każdego ranka budził się z przerażającą myślą, że dzisiaj usłyszy o nowym morderstwie popełnionym przez Kirstianę.
   Dziesiątego dnia Taszerit udało się zdobyć zaproszenie na organizowany przez księcia bal maskowy. Gdy następnego wieczora podjechali pod książęcą willę, Sol miał wrażenie, że czas zatoczył koło. Tym razem jednak w powozie obok niego siedział nie wuj Marcus, ale Taszerit ubrana w swój strój wieśniaczki. O swoim własnym przebraniu wolał nie myśleć.
   Zaproszeni bawili się w trzech salach, jednej wielkiej i dwóch mniejszych, ale także na wolnym powietrzu gdzie rozstawiono część stołów, a na drzewach porozwieszano lampiony, z kolorowego papieru, malowane w wizerunki legendarnych stworzeń: smoków, syren, centaurów i morskich potworów. W ogrodzie czekała służba, gotowa w każdej chwili nie tylko służyć państwu, ale i wnieść zastawione stoły do środka, gdyby zaistniała taka potrzeba. Na wiosnę pogoda bywała kapryśna, a ten dzień już od rana był wyjątkowo duszny.
   Panowały tu obyczaje o wiele swobodniejsze niż na zwykłych przyjęciach. Wkrótce podeszła do niego nieznajoma kobieta o drobnej, upudrowanej na biało buzi i fryzurze składającej się z masy jasnych loków. Wokół szyi miała skomplikowaną konstrukcję z materiału i drutów mającą wyobrażać chyba płatki kwiatu. Klasnęła w ręce i obróciła się wokół własnej osi.
   - Kim jesteś, panie? Nie spotkałam jeszcze nikogo takiego – powiedziała.
   - Jestem – odparł poważnie Sol – siedemdziesiątą siódmą stroną Semeńskiej Księgi... Legend – w ostatniej chwili ugryzł się w język by nie powiedzieć: Czarów. Wolał nie sugerować, że tajemnicze znaki pokrywające jego ciało mają cokolwiek wspólnego z magią.
   - Mnie możesz nazywać Nasturcją – kobieta skłoniła się lekko – Zatańczymy?
   Miał przykazane, by zachowywać się w miarę możliwości naturalnie, wyszedł więc na środek sali. Gdy wykonywał, na szczęście niezbyt skomplikowane, figury tańca zawieszone na ścianach lustra ukazały mu zwielokrotniony obraz własnej osoby.
   Ubrany był w strój jaki powszechnie nosili akrobaci: obcisłe spodnie i bluzę. Zarówno materiał jak i wykonane z miękkiej skóry cholewki butów a także opinający mu biodra pas haftowane były starannie w litery semeńskiego alfabetu. Podobne znaki, tym razem wymalowane czarną farbą, pokrywały również jego dłonie, twarz i ogoloną skórę głowy. W pochwie przy pasie nosił nóż.
   Gdy skończył się taniec, nie próbował szukać Taszerit.  Semenka, zgodnie z obietnicą wprowadziła go na bal, dalej wszystko już zależało tylko od niego.
   Nie martwił się już wprawdzie, że ktoś rozpozna w nim odmieńca, bał się jednak, że ktoś zapyta go  kim jest i dlaczego przyszedł na bal z bronią. Ale nikt tu nie posługiwał się swoim prawdziwym nazwiskiem. Wszyscy chcieli jedynie dobrze się bawić, a nóż u boku chłopca był dla nich tylko dziwacznym dodatkiem do i tak dziwacznego stroju.
   Przeszedł do mniejszej z sal gdzie pod ścianą ustawiono stoły z zakąskami i napojami. Przez chwilę bawił się podziwiając fantazyjne ubiory gości. Wygrywali zdecydowanie ci, którzy wybrali przebrania lekkie i wygodne: mężczyźni w strojach piratów i zbójców, kobiety w kusych spódniczkach tancerek. Inni męczyli się w ciężkich skórach mających wyobrażać ubrania dzikusów czy po prostu zwierzęce futra.
   Skarcił się w duchu. Nie przyszedł tutaj dla zabawy.  Wierzył, że zdoła rozpoznać Kirstianę w tłumie przebierańców. Kobieta tak wysoka i o tak charakterystycznej, bujnej figurze musi wyróżniać się spośród gości nawet jeśli na twarzy nosi maskę.
   O ile Taszerit go nie zawiodła, on zobaczy Kirstianę, ale ona jego – nie. Znaki, które nosił na ciele chroniły go przed wzrokiem wszystkich magicznych istot, a także przed ludźmi używającymi czarów. Wystarczy dopaść Kirstianę gdzieś na uboczu i wbić jej nóż w gardło. Bał się, ale nie był to ten sam obezwładniający rodzaj lęku, który czuł w lesie. Teraz strach pomagał mu skoncentrować się, sprawiał, że stał się czujniejszy.
   Raz zdawało mu się, że wśród gości dostrzega szczupłą sylwetkę jasnowłosej dziewczyny i przypomniała mu się Allegria. Ale to nie była ona. Zresztą, miał przecież szukać Kirstiany.
   W trzeciej sali goście grali w zagadki – zabawę popularną także w Lermie. Tyle tylko, że tutaj zarówno teksty zagadek jak i kary dla tych, którzy nie podali prawidłowej odpowiedzi były znacznie mniej przyzwoite.
   Wyszedł na zewnątrz. W ogrodzie panował mrok rozświetlany tylko ciepłym blaskiem papierowych lampionów. Zerwał się porywisty wiatr, w którym czuło się wyraźnie zapowiedź nadciągającej burzy. Gdy Sol rozglądał się za Kirstianą, niebo przecięła błyskawica, a w chwilę później za jego plecami zamruczał grzmot. Minął go służący dźwigający wielką paterę z egzotycznymi owocami, zaraz za nim dwóch następnych niosących lekki stoliczek wraz z całą zastawą. Brzegi obrusa łopotały na wciąż wzmagającym się wietrze. Wkrótce służba zaczęła wynosić już nie tylko stoły, ale i lampiony, i ludzie powoli wycofywali się pod dach. W tej chwili Sol spostrzegł małą Elisavettę. Dziewczynka grzebała w wielkiej misie z cukierkami, obok służący pośpiesznie usuwał ze stołu resztę naczyń. Solowi zachciało się nastraszyć małą. Podkradł się cicho, choć w szumie potrząsanych wiatrem gałęzi i tak nie byłoby go słychać, i znienacka położył jej rękę na ramieniu. Pisnęła i odwróciła się gwałtownie.
   - Kto to? – zapytała wlepiając w niego okrągłe ze strachu oczy. Sol poczuł się głupio. Mogła go przecież nie pamiętać, w dodatku w tym stroju wcale nie był do siebie podobny.   
   - Przepraszam – powiedział. -  To ja, Sol. Nie chciałem cię wystraszyć. Poznajesz mnie?
   - Ach tak, Sol – nadal była nienaturalnie blada, a w jej głosie nie słychać było ulgi.
   - Lepiej wejdźmy do środka. Odprowadzę cię, dobrze?
   Dziewczynka potrząsnęła głową.
   - Zostanę.
   - Zaraz będzie padać. Zmokniesz.
   - Idź sam. Dogonię cię.
   W czerwonym świetle lampionu widział jej twarz, wpatrzone w niego oczy. Spoglądała jakoś dziwnie, lekko w bok, ponad jego ramieniem i Sol nagle poczuł jak zamiera w nim serce. Zabrakło mu tchu, a w głowie czuł zupełną pustkę.
   - Sol? – odezwała się dziewczynka niepewnie.
   Wolno, bardzo wolno nabrał w płuca powietrza. Postąpił dwa kroki w bok starając się zrobić to jak najciszej. Elis nie poruszyła głową. Jej oczy nadal utkwione były dokładnie w tym miejscu, w którym znajdował się przed chwilą.
   Nie słysząc odpowiedzi cofnęła się odrobinę. Sol jednym skokiem znalazł się przy niej, chwycił drobną dłoń i przycisnął do blatu stołu.
   - No i pięknie – powiedziała dziewczynka zupełnie nie dziecinnym głosem. – Co teraz? Zabijesz mnie? Tutaj, gdy wokół kręci się mnóstwo ludzi?
   - Gdzie Elis?
   Wzruszyła ramionami.
   - Nie żyje. No dalej, spróbuj mnie choć skaleczyć. Co masz przy sobie? Nóż, prawda? Na nożu najłatwiej wyryć zaklęcie niewidzialności. Trzymasz go już w ręku? Mam zacząć wrzeszczeć? Jesteś gotów poświęcić własne życie?
   Miała rację i Sol wiedział o tym. Zabiłby ją wprawdzie bez trudu, ale musiałby się wówczas liczyć z tym, że za morderstwo wnuczki księcia skazany zostanie na śmierć. A on nie miał ochoty umierać.
   Uwolnił jej dłoń. Dziewczynka roześmiała się nieprzyjemnie. Nawet w jej rysach dostrzegał teraz coś dorosłego, doświadczenie istoty o wiele starszej niż ciało dziecka, które nosiła.
   Zbliżył się służący i długą żerdzią podważył, a następnie zdjął wiszący na gałęzi lampion. Kula spłynęła w dół rozsiewając wokół złocisty blask.
   - Pora wracać, panienko – powiedział sługa z szacunkiem. – Jego książęca mość będzie się niepokoił.
   Sol stał bez ruchu, spodziewając się, że dziewczynka po prostu odejdzie, o ile wcześniej nie każe wyrzucić go za drzwi. Ale Kirstiana, czy jakkolwiek się ta istota nazywała, przywykła widać polegać wyłącznie na sobie. Odwróciła się, zamiatając wokół szeroką spódnicą i pobiegła w mroczny głąb alejki.
   Sol ruszył w ślad za oddalającą się postacią. Miała jasną sukienkę, ale i tak wkrótce stracił ją z oczu. Ona znała tu każdy kąt, on zgubił się po kilkuset krokach. Wzdłuż alejki, którą biegł, ciągnął się szpaler nieznanych mu drzew, których kwiaty przesycały powietrze egzotycznym zapachem. W pobliżu nie było nikogo.
   Wiatr zerwał jeden z zapomnianych lampionów i rzucił go pod nogi biegnącego chłopca. Przez chwilę lśniąca kula toczyła się przed nim po ścieżce ukazując na przemian wizerunek smoka to znów obraz jakiegoś morskiego potwora. Smok, potwór, smok i raz jeszcze potwór. Gdy wiatr ucichł papier zajął się ogniem. Buchnął płomień szybko zduszony przez pierwsze krople deszczu coraz cięższe i coraz gęściej padające.
   Sol przystanął ściskając w dłoni nóż. Kirstiana musiała gdzieś tu być, może nawet niedaleko. Chciał dopaść ją, zanim przybierze formę, do której strach będzie się zbliżyć, albo, co gorsza, taką, w której uda jej się uciec. Zaatakować ją najlepiej właśnie w chwili przemiany, gdy będzie najbardziej bezbronna.
   Usłyszał kroki – za, a nie przed nim, co nieco go zdziwiło, ale nie miał czasu się zastanawiać. Pobiegł na powrót alejką, wkrótce jednak zwolnił, potem przystanął. Nasłuchiwał czy dźwięk się nie powtórzy, ale do jego uszu docierał już tylko monotonny szum ulewy. Na wszelki wypadek wszedł między drzewa, przedzierał się przez jakieś krzewy spodziewając się, że ktoś się za nimi może kryć.
   Nie miało to sensu.
   Przetarł dłonią twarz. Dopiero wtedy dotarło do niego, że Kirstiana była znacznie sprytniejsza niż sądził. Deszcz zmywał z jego skóry magiczne znaki, z każdą chwilą pozbawiając go jedynej ochrony jaką posiadał.
   Ze złością uderzył nożem w zarastające mu drogę gałęzie, kopnął pień stojącego w pobliżu drzewa. Nie zamierzał się poddawać.
   Odwrócił się.
   Stała za nim i pierwszą, naprawdę głupią myślą, było, że przecież wcale nie wygląda groźnie. Przybrała postać, którą znał z poprzedniej wizyty u księcia. Wysoka, jasnowłosa z dziecinną sukienką wiszącą w strzępach na rozkwitłej, kobiecej sylwetce.
   A potem, w świetle kolejnej błyskawicy zobaczył jej ręce. Każdy palec zaopatrzony był w ostry pazur, dłuższy niż ostrze noża. Jeden z nich Kirstiana przyłożyła do policzka Sola.
   - Teraz mamy równe szanse, prawda?
   - Proszę... – wyszeptał.
   - Proszę? – jej oczy zwęziły się lekko. – Ty mnie prosisz? Chciałeś mnie zabić
i to za co? Za to, że pokazałam ci gdzie jest twoje miejsce?
   Przesunęła pazur z policzka na gardło zatrzymując w miejscu, gdzie bił puls. Sol przymknął oczy.
   - To jak będzie? Odejdziesz grzecznie? Nie, wiem, że nie. Jesteś uparty. Jeśli cię puszczę, wkrótce tu wrócisz. Wygląda więc na to, że muszę cię zabić.
   Spodziewała się krzyków, błagania o litość. Widząc bezruch ofiary cofnęła się lekko, niezadowolona. Sol wykorzystał ten moment, odskoczył w bok, szpony rozdarły mu ramię, ale gardło miał całe. Kopnął ją w kolano. Nie spodziewała się tego. Runęła na ziemię, a Sol błyskawicznie znalazł się przy niej, kolanami przygniótł do ziemi jedno jej ramię, a lewą ręką przytrzymał drugie. W prawej trzymał nóż, który zamierzał wbić czarownicy w gardło.
   Nie zdołał tego zrobić. Kirstiana wiła się w jego uścisku, nogami bezsilnie kopiąc powietrze. A on po prostu nie był w stanie jej zabić.
   Udało jej się oswobodzić prawą rękę – nie było to trudne bo zranione ramię chłopca zesztywniało i osłabło. Chlasnęła go przez twarz. Sol wrzasnął i cofnął się przyciskając obie dłonie do policzka. Nóż upadł gdzieś w trawę. Kirstiana zaczęła podnosić się nieporadnie. Przyklękła i spojrzała na chłopca, który na oślep macał wokół siebie w poszukiwaniu noża. Ale jego dłonie natrafiały tylko na trawę, kamienie i grudy mokrej ziemi.
   Był bezbronny.
   Kirstiana wstała, ale Sol był szybszy. Zerwał się na nogi i pognał przed siebie nie patrząc nawet dokąd biegnie. Kobieta stała przez chwilę rozglądając się czujnie. Chłopiec nie wracał, roześmiała się więc i zamknęła oczy. Szpony na jej palcach zaczęły się zmniejszać aż stały się na powrót zwykłymi, ludzkimi paznokciami. Przeczesała dłonią mokre i brudne włosy i ruszyła w stronę willi. 
   Nie śpieszyła się. Szła lekkim krokiem czując przepełniającą ją radość. Burza skończyła się równie gwałtownie jak się zaczęła. Powietrze było teraz przyjemnie świeże a ciemność rozjaśnił wschodzący księżyc.
   Tuż przy rezydencji kobieta zawahała się patrząc z niesmakiem na okrywające ją brudne łachmany. W takim stanie nie mogła pokazać się ludziom na oczy. Zawróciła, chcąc dostać się do willi tylnym wejściem.
   Była przy studni gdy dopadła ją bestia. Usłyszała jej kroki i odwróciła się, ale było już za późno. Zwierzę przewróciło ją, uderzyła głową w murowaną cembrowinę błyskawicznie tracąc przytomność. Nie czuła bólu gdy wilk rozrywał jej gardło.
***
   Ktoś ciągnął Sola do góry próbując postawić go na nogi. Trzymał, na szczęście, nie za zranione ramię, ale i tak ból zaćmił umysł chłopca. Ból i oszołomienie jakie odczuwał zawsze po powrocie do ludzkiej postaci. Bezwolnie pozwolił zarzucić sobie płaszcz na ramiona i powlec się w stronę willi. Nieznajomy wepchnął chłopca do środka i Sol nagle znalazł się w kompletnej ciemności. Usłyszał odgłos krzesanego ognia. Po chwili blask świecy wyłowił z ciemności zarysy kuchennych sprzętów i coś jeszcze: twarz księcia Mayenne z mokrymi włosami oblepiającymi wysokie czoło.
   - Dasz radę iść sam?
   Spróbował skinąć głową. Książę poprowadził go schodami w górę, do biblioteki, w której trzymał kolekcję tajemnych ksiąg. Tam chłopiec zwinął się w kłębek na  fotelu przyciskając jednocześnie do policzka mokrą połę obszernego płaszcza. Rana na ramieniu nie martwiła go tak bardzo. Mógł poruszać ręką, a to znaczyło, że mięśnie były całe. Ale jego twarz? Miał wrażenie, że w policzku zieje mu dziura wielkości pięści. Nie odważyłby się spojrzeć teraz w lustro.
   - Chciałbym ci pomóc – powiedział bezradnie książę. – Ale, szczerze mówiąc, nie bardzo wiem jak. Mógłbym przynieść kawałek czystego płótna...
   Sol ostrożnie dotknął językiem wewnętrznej powierzchni policzka. Dzięki Bogu, wyglądało na to, że był w porządku. Spróbował więc powiedzieć kilka słów.
   - Nie, proszę... Tylko Taszerit... Zajmie się mną. Jest w stroju wieśniaczki. To Semenka...
   Cyriel Mayenne pociągnął za sznur dzwonka i chwilę później zjawił się służący. Książę rozmawiał z nim w progu, stając tak, by zasłonić sobą widok na siedzącego w fotelu chłopca.
   - To może chwilę potrwać – ostrzegł, gdy służący odszedł. – Mamy dzisiejszego wieczoru sporo gości.
    Usiadł w drugim fotelu. Chłopiec patrzył w okno, na jaśniejący na niebie księżyc. Upłynęło dużo czasu, odkąd widział go po raz ostatni.
   - Widzisz ja znam się na magii – powiedział Cyriel Endreus Mayenne pochylając się lekko do  przodu i splatając ręce na kolanach. – Zobaczyłem cię dzisiaj i zrozumiałem, co chcesz zrobić. Szedłem za tobą przez pewien czas, wiesz? Ale potem zniknąłeś mi z oczu, ty i... ona. Co stało się tam, w ogrodzie? Zresztą nieważne, grunt, że ONA nie żyje. Nie wiedziałem, przysięgam, kim naprawdę jest. Dopiero wczorajszego wieczoru... Moja mała, kochana Elis... Zamordowała ją, a potem usiadła mi na kolanach i zaczęła szeptać do ucha. Mówiła o tych wszystkich okropnościach, które robiła innym ludziom, opowiedziała mi dokładnie, jak zabijała moją dziewczynkę... Chciałem wtedy zacisnąć ręce na jej szyi, o tak zrobiłbym to bez względu na wszystko, ale to przecież było ciało Elis, mojej wnuczki. Rozumiesz mnie, prawda? Tobie się udało. Oddałeś mi wielką przysługę. Nie pożałujesz tego. Wypłacę ci nagrodę.
   - Nie chcę... nic – z trudem powiedział Sol.
   Ktoś zapukał. Książę, zamiast otworzyć drzwi pochylił się nad Solem.
   - Rozumiesz, mam nadzieję, że to co wydarzyło się dzisiejszej nocy, musi pozostać miedzy nami? Mógłbym... oboje moglibyśmy mieć kłopoty gdyby to wyszło na jaw. Będziemy więc milczeć, ty i ja. To będzie nasza wspólna tajemnica, dobrze?
   Do biblioteki weszła Taszerit, objęła chłopca. Gdy szli do czekającego na tyłach willi powozu, nadal towarzyszył im natarczywy szept księcia.
***
   Od pewnego czasu pogoda zrobiła się zupełnie już letnia. W Eldonie panowała nieznośna duchota, aż trudno było wytrzymać. Bogatsi mieszczanie ratowali się ucieczką do wiejskich posiadłości, innym pozostawały zacienione gospody gdzie spędzali czas przy kuflu wyciągniętego z piwnicy piwa czekając aż wieczór przyniesie odrobinę chłodu
   W taką właśnie pogodę, w chwili gdy zegar na wieży ratuszowej bił godzinę czwartą, Sol spacerował po mieście. Miał na sobie nowiuteńkie, błyszczące buty i elegancki kaftan, a w kieszeni sporo pieniędzy. Chodził po rynku od kramu do kramu oglądając wystawione towary. Tylko kupcy, wierni swemu zawodowi wykazywali się energią mimo upału niezmordowanie zachwalając swoje wyroby. Sol zapłacił za rogala, zjadł go i podszedł do straganu z pierwszymi tego roku truskawkami. Długo marudził przy wyborze odpowiednich owoców. Uśmiechem odpowiadał na uśmiechy, pławiąc się w życzliwości. Wiedział, rzecz jasna, że ludzie ci są dla niego mili po części dlatego, iż widzą w nim potencjalnego klienta. Ale to nie miało znaczenia. Ważne, że należał do tego samego świata co oni. Nazywali go ,,młodym panem’’, a on miał prawo do tego tytułu nie dlatego, że urodził się szlachcicem, ale całkiem po prostu dlatego, że był człowiekiem.
   Wstąpił do jednej z gospód i tam wdał się w pogawędkę z dwoma wieśniakami. Chłopi nie mówili niczego interesującego, ale Solowi sprawiał radość sam fakt, że rozmawia z nimi bez obawy, iż wykryją w nim wilcze piętno. Słuchał ich rozwlekłej wiejskiej mowy, przytakując uprzejmie i łowiąc na twarz promienie słońca wpadające przez otwarte okno, rozleniwiony i nareszcie szczęśliwy.
   Cieszyła go zresztą nie tylko akceptacja ludzi, ale i zwykłe, codzienne drobiazgi, na które nigdy wcześniej nie zwracał uwagi. Chłodny dotyk płótna gdy rano ubierał koszulę. Smak zupy. Melodia wygrywana przez ulicznego grajka. Przypominał rekonwalescenta powracającego do zdrowia po ciężkiej chorobie. Po śmierci Kirstiany wpadł w apatię. Taszerit  pielęgnowała go, próbowała zabawiać przynosząc najnowsze wieści. Eldona huczała wtedy od plotek. Zniknięcie małej Elisavetty, której ciała do dziś nie odnaleziono, dziwna śmierć Kirstiany Tilly, wreszcie tajemniczy koniec równie tajemniczej serii morderstw wywołały lawinę domysłów.
   Wszystko to mało Sola obchodziło. W międzyczasie w mieszkaniu Taszerit zjawił się posłaniec od księcia przynosząc obiecaną nagrodę. Semenka przyjęła pieniądze w imieniu chłopca, a ten nie miał jej tego za złe, choć wcześniej przecież odmówił. Teraz spędzał czas łażąc po mieście albo przesiadując w parku. Przez pewien czas myślał czy nie wrócić do Lermy, ale uznał, że byłoby to poniekąd przyznaniem się do klęski. Na razie w ogóle nie chciał myśleć o przyszłości. Nie, dobrze było tak jak jest. Na zmiany przyjdzie jeszcze czas.
   Gdy wyszedł z gospody do zachodu słońca pozostało jeszcze trochę czasu, ale upał powoli już słabł. Niewiele myśląc skierował się do parku. Lubił tam przychodzić może dlatego, że była to jedyna dostępna w Eldonie namiastka lasów wśród których się urodził. Leniwie spacerował szerokimi alejkami, przyglądał się bawiącym się dzieciom. Usiadł na chwilę przy fontannie, słuchał szumu przelewającej się wody, potem ruszył dalej. W pewnym momencie zobaczył grupę młodzieży grającą na małym placyku w kule. Sylwetka jednej z dwóch dziewcząt wydała mu się znajoma. Była to Allegria.  Grała zdecydowanie najgorzej, rzucane przez nią kule lądowały daleko od celu. Z miejsca, w którym stał nie mógł słyszeć słów, widział jednak, że dziewczyna stara się nadrabiać miną śmiejąc się z własnej niezręczność. Ale po kilku kolejkach wyraźnie przygasła. Gdy następnym razem jej kula wylądowała w trawie, dziewczyna odeszła na bok i podniesionym z ziemi patykiem zaczęła rysować na ziemi jakieś wzory. Sol podszedł do grupki. Tamci, zajęci grą, nawet go nie zauważyli, ale Allegria – tak. Wyrzuciła patyk i przyglądała się mu zaczepnie, zadowolona, że znalazł się ktoś, na kim będzie mogła wyładować złość.
   - A ty tu co? Przyszedłeś się poprzyglądać? Kim jesteś?
   - Isolanis Fevre. Spotkaliśmy się już kiedyś. To było na bankiecie u księcia
Mayenne, pamiętasz?
   Gdy postąpił w jej stronę, cofnęła się lekko, ale nie miała zamiaru odchodzić. Nie spuszczała z niego wzroku.
   - Coś pamiętam – przyznała niechętnie. – Siedziałeś koło Elis, tej, która...
   - Nie żyje, wiem.
   - Znikła – poprawiła go z naciskiem.
   Wzruszył lekko ramionami.
   - Nie żyje i nie pytaj mnie skąd o tym wiem.
   - A tobie co się stało? – wymownie przyglądała się bliznom na jego policzku i włosom, które nie zdążyły jeszcze porządnie odrosnąć.
   - To długa opowieść. I dość nieprzyjemna.
   Tym razem to ona wzruszyła ramionami.
   - Mogłabym posłuchać. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.
   Jeden z grających wreszcie ich zauważył, podszedł i objął Allegrię. Sądząc z podobieństwa musiał to być jej brat. Pociągnął dziewczynę lekko do tyłu jakby miał zamiar zasłonić ją własnym ciałem.
   - A to kto? – zapytał przyglądając się Solowi nieufnie.
   - Isolanis Fevre, znajomy. Tylko rozmawiamy.
   - Nie chcesz grać?
   - Przejdę się trochę. Sol będzie mi towarzyszył.
   - Nie podoba mi się to. Nie powinnaś zadawać się z obcymi.
   - Przecież go znam, mówiłam ci. Myślisz, że może mnie porwać?
   - No dobrze – młodzieniec ustąpił niechętnie. – Ale nie odchodź daleko. Chcę cię przez cały czas widzieć!
   - Miałeś mi powiedzieć, skąd masz te blizny – przypomniała, gdy szli jedną z alejek.
   Nie mógł oczywiście opowiedzieć jej całej tej historii. Ale gdyby tak pominął pewne fakty, inne zaś nieco zmienił?
   - Widzisz – zaczął niepewnie – byłem naprawdę godną współczucia istotą...
   Przerwał. Zaczynało zmierzchać. Allegria spoglądała na niego wyczekująco.
   Nabrał w płuca powietrza.
-          Byłem wilkołakiem.

7 komentarzy:

  1. No to jazda:) Na dzień dobry urzekło mnie honorowanie szatana wielką literą (Jego), na równi z Bogiem, i to przez pobożnego dzieciaka:) Porównanie "jak fałszywa nuta w piękny letni dzień", choć na pierwszy rzut oka poetyckie, na drugi rzut ujawnia swoją awangardowość:D Ubieranie koszuli (w co, ciekawość?). Podobnie zaintrygowało mnie, jakim cudem kaftan może eksponować wzrost noszącego:] Allegria ustawicznie mi się myliła z Alergią. Całość cechuje zastanawiająca wstrzemięźliwość w użyciu przecinków, choć tylko jeden postawiony nieprawidłowo. Co mnie jednak ciekawi najbardziej, to mechanika wilkołactwa. Skąd zgłodniali chłopi na przednówku brali krew czarowników do picia? Jakim cudem czarownik przeżywał taką operację? Bo jeśliby nie przeżył, chłop by się nie zwilkołaczył - tak z tekstu wynika. Poza tym jednak mogło być o wiele gorzej:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Yay, ktoś to przeczytał, dzięki! A co do pytań to nie wiem - zapomniałam albo i nigdy nie wiedziałam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeden z lepszych tekstów, które czytałam. Oczywiście Pani autorstwa :) Ludzie jeśli będziecie doszukiwać logiki w tekstach fantasy ...po co? nie o to chodzi ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm, poniekąd to smutne, bo znaczy, że kiedyś pisałam lepiej niż teraz, ale cóż, może być i tak. ;) Dzięki za opinię!

    OdpowiedzUsuń
  5. "Każdy z nich, gdy osiągnie wiek męski i pojmie żonę, zabija swoje pierworodne dziecko"

    Ćwiartowanie i gotowanie to jedno, ale zwyczaj płodzenia pierworodnych dzieci przed dojściem do wieku męskiego zaskoczył mnie dużo bardziej. U tych barbarzyńców wszystko jest możliwe ;)

    "poniekąd to smutne, bo znaczy, że kiedyś pisałam lepiej niż teraz"

    Najwyraźniej w nowszych tekstach jest za dużo logiki, której anonimowa czytelniczka nienawidzi.

    OdpowiedzUsuń
  6. A mnie tam się podobało. :) Sol jest fajną postacią, całkiem zgrabnie nakreśloną. W ogóle ładnie pani pisze o nastolatkach, pani Anno. Ładnie, w sensie - wiarygodnie. Mimo wytkniętych przez przedmówców braków przecinkowych i "ubierania koszuli" ("ubieranie" ubrania... zawsze bardzo mnie boli, gdy widzę tę konstrukcję - taka moja obsesja;), całość czytało się niezwykle przyjemnie.
    Pomijam mechanikę procesu zwilkołaczania, ale zainteresowała mnie wizja martwego potwora, zabitego w trakcie transformacji. Przyznam, że dotąd nie trafiłam na podobny koncept. Zawsze, gdy wilkołak pada trupem, zmienia się z powrotem w człowieka. Nie, żebym była jakąś specjalistką w dziedzinie wilkołactwa, ale ileś filmów (chcący - niechcący) z tej branży się widziało. Więc taka istota "w pół drogi", z cechami ludzko-wilczymi to ciekawe urozmaicenie.

    W ogóle gdy zobaczyłam zapowiedź, oczywiście od razu rzuciłam się na tekst jak szczerbaty na suchary. :P Gratuluję dystansu do własnej twórczości i odwagi, żeby uwiecznić owe początki. Choć z drugiej strony, niniejsze opowiadanie, choć stare (w domyśle: nieopierzone), i tak przewyższa sporą, całkiem sporą część polskich pisarskich tworów fantasy, które niby to są pełnoprawnymi "dzieuami". :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki wielkie, czuję się wzruszona i mile połechtana. :-)

    OdpowiedzUsuń