poniedziałek, 6 stycznia 2014

Serialowo - styczniowo


Obejrzałam jeden odcinek, oceniam więc trochę niesprawiedliwie, ale naprawdę nie mam ochoty na więcej. „Wiktoriańskie” suknie wyglądają tu bardziej jak kreacje gwiazd na rozdaniu Oscarów (długie, ale za to mocno wydekoltowane), a bohaterowie nawet nie próbują udawać, że są postaciami z XIX wieku. Wiem, że przebieranie współczesnej mentalności w kostium to nic nowego, czasem ma to sens i wychodzi ciekawie, w tym przypadku jednak trudno dopatrywać się w takim rozwiązaniu czegokolwiek poza gigantycznym pójściem na łatwiznę. Do tego banały w dialogach i Mina Harker jako studentka medycyny, co jako pomysł jest fajne, ale serio – dziewczyna chcąca zostać lekarzem w czasach, kiedy uczenie kobiet porównywano do uczenia owiec, naprawdę powinna mieć więcej charakteru. Aha, i żeby tytułowy bohater wypadł sympatycznie, scenarzyści wymyślili, że co prawda Dracula czasem kogoś zagryzie, ale przecież walczy ze złem jeszcze większym, czyli jakimś tam zakonem, który przy okazji polowania na wampiry wykańcza kogo popadnie. Słyszymy o tym głównie od Draculi, na ekranie przedstawiciele zakonu nic przesadnie strasznego nie robią, więc sorry, ale nie czuję się przekonana.

Poznana dzięki falkonowej polecance Lucka & Puszona „Utopia” okazała się moim prywatnym odkryciem. Zakręcona fabuła, klimat trochę jak z Lyncha na kwasie, a do tego przecudna kolorystyka – scen z tego serialu nie sposób pomylić z żadnym innym, wiele kadrów to zresztą niemal gotowe psychodeliczne obrazki do wydrukowania i powieszenia na ścianie. W meandrach intrygi co prawda nieco się w pewnym momencie zgubiłam, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało, bo „Utopia” jest „dziwna” dokładnie w taki sposób, jaki lubię. Szkoda, że nie ma więcej takich seriali...

Drugi sezon trzyma poziom pierwszego, a może nawet jest od niego odrobinę lepszy. Podobało mi się, jak precyzyjnie skonstruowana jest intryga, jak stopniowo zawęża się krąg podejrzanych, a kiedy wydaje się, że wszystko już wiadomo, nagle następuje zwrot akcji. Ponadto motywacja zbrodniarza jest tu chyba bardziej wiarygodna niż w pierwszym sezonie, a główni bohaterowie nadal budzą sympatię, choć w przypadku Sagi jest ona mocno wymieszana z irytacją czy momentami nawet zażenowaniem (serio: oglądanie towarzyskich lapsusów tej kobiety boli), ale ta postać dokładnie taka miała być, więc trudno mieć pretensje.

Rzadko zdarza mi się oglądać coś, co nie jest kryminałem ani fantastyką, ale tym razem się skusiłam i nie żałuję. Świetnie oddane realia lat 50-tych, znakomite postacie (co ciekawe, kobiety generalnie są tu przedstawione w bardziej pozytywny sposób niż mężczyźni) i relacje między nimi, a do tego z wyczuciem potraktowany ryzykowny temat i równowaga pomiędzy powagą (a nawet tragedią) i dyskretnym humorem. Nawiasem mówiąc, w „Masters...” jest bardzo fajna scena, kiedy to pewna lekarka wspomina, że w kafeterii zawsze siedzi sama – no bo nie pasuje ani do innych lekarzy (sami faceci), ani do pielęgniarek. Od razu skojarzyło mi się to z tym nieszczęsnym „Draculą”, w którym studentka medycyny A.D. 1888 nie ma żadnych problemów poza tym, że może oblać egzamin... 

Rany, jak szybko teraz seriale się starzeją. Ten jest z początku XXI wieku, a już widać różnicę. I nie jest to nic konkretnego, raczej zbiór drobiazgów: czołówka, stroje i fryzury, sposób kręcenia poszczególnych scen... Nie żeby było to jakoś szczególnie obciachowe, ale jednak w śledzeniu perypetii bohaterów nie pomaga, zwłaszcza że serial jest nierówny: zdarzają się odcinki całkiem niezłe, a zdarzają i takie, na które lepiej byłoby spuścić zasłonę milczenia. „Babylon 5” tego samego twórcy, choć jeszcze starszy, broni się o niebo lepiej: ciekawszymi postaciami, humorem, a przede wszystkim pełną rozmachu, epicką i wielowątkową opowieścią.

Dałam serialowi drugą szansę i tym razem zaskoczyło. Co prawda nadal nie jestem jakoś szczególnie przekonana do Hannibala (nie ma w tej postaci nic, czego nie widziałabym w dziesiątkach innych thrillerów albo po prostu w pozostałych wykonaniach tej samej roli plus przerażająca w tym facecie może być co najwyżej jego grzywka), a rozgrywka między psychopatą i wrażliwym profilerem raczej mnie niczym specjalnie nie zaskoczy (fabuły „Czerwonego smoka” chyba nie zmienią?) niemniej zrobione jest to na tyle zgrabnie, że daje się oglądać z przyjemnością. Zwłaszcza że „Hannibal” jest uroczy pod względem... eee... plastycznym? Podobają mi się wizje Willa (ten jeleń... :-), a przede wszystkim – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – zwłoki, bo sposoby na pozbawianie bliźnich życia są w tym serialu tyleż cudaczne i mało realistyczne, co malownicze.

1 komentarz:

  1. "przerażająca w tym facecie może być co najwyżej jego grzywka"

    Hyhyhyhy.

    A co do Jeremiaha: naprawdę JMS się pod tym podpisał? Rany, idę wyć i skamleć w kącie; mam po nim wyłącznie dobre wspomnienia, które pozostawił Babylon, a pierwszy Thor... powiedzmy, nie zepsuł.

    OdpowiedzUsuń