piątek, 24 stycznia 2014

Serialowo - styczniowo 2

Druga notka serialowa w jednym miesiącu nie świadczy może o mnie zbyt dobrze, na swoje usprawiedliwienie mam jednak to, że tym razem są to seriale albo bardzo krótkie, albo takie, których obejrzałam jeden-dwa odcinki, nie muszę się więc martwić, że oglądam zamiast zająć się czymś sensowniejszyn. Chyba nie muszę...

Trzecia seria „Sherlocka” okazała się najsłabszą z dotychczasowych, co nie znaczy, że jakoś szczególnie złą. Pierwszy odcinek jest fajny i do niego mam najmniej zastrzeżeń, przy drugim miałam mocno mieszane uczucia – z jednej strony to zdecydowanie najzabawniejszy kawałek z dotychczasowych, z drugiej weselną przemowę Sherlocka naprawdę ciężko się ogląda, a całość odebrałam jako takie trochę... rozmienianie dobrego pomysłu na drobne? I wreszcie trzeci odcinek, który wzbudził chyba największe poruszenie, a który mnie akurat się podobał, może dlatego, że nigdy jakąś wielką fanką nie byłam, więc i oczekiwań nie miałam wygórowanych. Niektóre pomysły (prawdziwa tożsamość Mary) odebrałam jako przegięte i niepotrzebne, ale skoro już były, wyszły nieźle. Nielogiczności i nieprawdopodobieństwa? Jasne, są, ale też od „Sherlocka” nigdy nie oczekiwałam realizmu. Największy problem mam oczywiście z końcówką. Nie ze względu na jej wymowę moralną, bo jestem w stanie zrozumieć, czemu Sherlock zrobił to, co zrobił, nie mówiąc już o tym, że dla mnie to nigdy nie była jakoś szczególnie sympatyczna czy pozytywna postać. Pomysł pokazania „ludzkiej twarzy” Sherlocka, który nie radzi sobie ze sprytniejszym przeciwnikiem, popieram jak najbardziej, facetowi zdecydowanie by się przydało, żeby ktoś wreszcie utarł mu nosa, ale na Boga, nie w taki sposób! Tu nie dość, że główny bohater wychodzi na, oględnie mówiąc, mało rozgarniętego (pomysł na załatwienie sprawy ma dobry, ale czas i miejsce wybiera fatalnie), to jeszcze jego wróg wręcz prosi się, żeby ktoś zrobił mu krzywdę. I to ma być ten super-inteligentny złoczyńca? Serio, jeśli już Sherlock miał ponieść porażkę (tak to odbieram), mógł przegrać w lepszym stylu i z lepszym przeciwnikiem.

Z „Doktorem Who” jest trochę jak z paranormalami – niektórzy uwielbiają, a reszta patrzy wzrokiem ogłuszonej łani i pyta niepewnie: „Ale co wy właściwie w tym widzicie?”. Należę do tej drugiej grupy i fenomenu brytyjskiego serialu chyba nigdy nie ogarnę, skusiłam się jednak na obejrzenie "Wód Marsa", bo reklamowano mi je jako coś, co można oglądać jako samodzielną całość. Fabuła jest nawet ciekawa (choć mało oryginalna, bo mocno inspirowana „The Thing” Carpentera) i właściwie niemal do końca ogląda się to nieźle – ale ostatnie minuty to już wielkie „WTF”. UWAGA, SPOJLERY. Rozumiem, że samobójstwo Adelaide miało być tragiczne, bo uratowana kobieta decyduje się strzelić sobie w głowę, żeby ocalić przyszłość, o której mówił Doktor? To bez sensu przecież, jej śmierć może „zainspirować”, jeśli zginie jako bohaterka, ale przecież nie wtedy, kiedy umrze z własnej ręki, i to w wyjątkowo podejrzanych okolicznościach. W takim przypadku trudno oczekiwać, że babcia stanie się wzorem dla wnuczki, raczej chyba przeciwnie. Tragiczny więc może być co najwyżej fakt, że  bohaterka poświęca życie dla czegoś, co jest kompletnie nonsensowne, a i przy podobnym założeniu upierałabym się, że takie... nieprzemyślane posunięcie niezbyt pasuje do szefowej marsjańskiej bazy, która powinna być silną, trzeźwo myślącą w sytuacjach stresowych babą. Pomyślałam też sobie, jak ta końcówka powinna wyglądać, gdyby Adelaide serio chciała osiągnąć efekt, o jaki jej chodziło: po pierwsze, zlikwidować ludzi, którzy wiedzieli o jej powrocie na Ziemię, po drugie, popełnić samobójstwo tak, żeby ciała nie znaleziono, albo ewentualnie ukrywać się do końca życia – wtedy faktycznie mogłaby uchodzić za zmarłą tragicznie podczas misji bohaterkę. Trudne, ale wykonalne, a oglądanie realizacji takiego planu mogłoby być ciekawsze niż cały ten filmo-odcinek. Ale jak wiadomo, ja mam kryminalną przeszłość, więc może i myślę trochę inaczej niż scenarzyści...

Króciutka, bo ledwo trzyodcinkowa (czy coś takiego w ogóle można nazwać serialem?) brytyjska produkcja z Davidem Tennantem w roli utalentowanego, acz pechowego prawnika. A pechowego, bo pewnego dnia trafia na klienta, który... W tym momencie właściwie powinnam zakończyć opis, bo serial składa się z kilku naprawdę niespodziewanych zwrotów akcji i im mniej człowiek wie przed seansem, tym lepiej – napiszę więc tylko, że problemy głównego bohatera wbrew temu, co można by sądzić, zaczynają się nie gdy przegrywa jako obrońca oskarżonego o brutalne morderstwo człowieka, ale wtedy, gdy proces wygrywa...



Nie byłam jakoś specjalnie przekonana do tego serialu, bo ani nie należę do wielkich fanek literackiego oryginału, ani wcześniejsze adaptacje do mnie nie przemawiały, ani nawet nie jestem specjalną miłośniczką epoki, skusiłam się jednak i zostałam pozytywnie zaskoczona. Nie jest to żadne dzieło sztuki, niemniej w kategorii „nieprzemęczające mózgu patrzydło z sympatycznymi postaciami i humorem” sprawdza się nieźle. I fakt, że twórcy szacunku do papy Dumasa za bardzo nie mają, wychodzi produkcji na dobre – np. z niejaką ulgą przyjęłam, że D’Artagnan nie jest już narwanym młodzikiem gotowym rzucać się ze szpadą na każdego, kto na niego (bądź na jego konia) źle spojrzy, serialowy bohater jest bardziej zrównoważony (emocje ponoszą go głównie, gdy chodzi o śmierć ojca, ale to można zrozumieć), a ponadto posiada poczucie humoru. Co ciekawsze, przy wszystkich zmianach w stosunku do oryginału (intryga na razie niewiele ma wspólnego z otwarciem powieści) jest to chyba jedna z bardziej stonowanych adaptacji – bez odczapistycznych pomysłów w stylu sterowców, bohaterów skaczących na linach z wysokich budynków, steampunkowych wynalazków & diabli wiedzą, czego jeszcze. Co, swoją drogą, też zapisuję na plus.

Pora wysiąść z tego pociągu, bo jeśli mniej więcej raz na miesiąc przypominam sobie, że coś takiego w ogóle istnieje i oglądam odcinek, to znaczy, że z serialem jest coś nie tak. I chyba nawet wiem, co – otóż „Sleepy Hollow” to taka lekka, familijna z ducha produkcja, gdzie nikt nawet nie próbuje udawać, że wszystkie te demony itp. są naprawdę groźne, a bohaterów może spotkać poważniejsza krzywda, w rezultacie czego trudno się tu czymkolwiek na serio przejmować, a jednocześnie serialowi brakuje dynamiki, humoru i pomysłowości, które by jakoś ten brak przejmowania się zrównoważyły (znaczy, humor oczywiście jest, ale bardziej na zasadzie dodatku niż głównej atrakcji). Jeśli dodać do tego, że „potwory tygodnia” znikają, zanim człowiek się zdąży nimi porządnie zainteresować, a główna intryga snuje się niemrawo w tle i daleko jej do oryginalności, otrzymamy w rezultacie serial, który – jak dla mnie przynajmniej – już od kilku odcinków trzyma się tylko dzięki temu, że para głównych bohaterów jest ładna i sympatyczna, a to jednak trochę mało.

Oglądając „True Detective”, nie mogłam opędzić od skojarzeń z „Hannibalem”, bo podobieństw jest kilka – od jeleniego poroża na miejscu zbrodni począwszy, a skończywszy na detektywie-introwertyku, który myśli nieszablonowo i podczas pracy miewa halucynacje (choć z innych powodów). Co więcej, oba seriale na swój sposób są „wystylizowane”, choć w „True Detective” widać to głównie w lekko odrealnionej kolorystyce zdjęć, która sprawia, że mimo sporej dozy „życiowego” realizmu, czasem ogląda się to jak zapis jakiegoś wyjątkowo ponurego snu. Jest jednak i sporo różnic – choćby właśnie ów realizm, bo np. pod względem doboru aktorów „True Detective” to produkcja z ducha „europejska” (dla wyjaśnienia: seriale amerykańskie tym się różnią od europejskich, że w tych pierwszych bohaterowie zazwyczaj są ładniejsi, młodsi, lepiej ubrani itp.). Podoba mi się też  gęsty klimat – niby nic się nie dzieje, większość scen to rozmowy albo długie ujęcia pustych pól, a jednak napięcie wyraźnie wisi w powietrzu. Polecam.

2 komentarze:

  1. Mam prawie takie same odczucia do Sherlocka, a True Detective mnie intryguje, ale jeszcze nie widziałam. Ponownie ktoś wziął się za Muszkieterów? O, zobaczymy. Dzięki! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Doctor Who ma naprawdę znakomite odcinki. Ze swojej strony polecam fabularne samostójki:

    - Blink
    - Midnight

    W sumie po obejrzeniu tych dwóch majstersztyków fabularnych i klimatycznych jest się IMHO kupionym na maksa.

    OdpowiedzUsuń