niedziela, 5 stycznia 2014

Refleksje o pisaniu 6 cz. 1


To nie będzie notka o tym, jak napisać dobrą książkę czy tym bardziej „bestsellera”. Nie wierzę w uniwersalne recepty. Na sukces literatury składa się tyle czynników, tyle różnych zależności i zmiennych, że nie sposób tego zawrzeć w jakiejś ogólnej „instrukcji”, choćby i najbardziej obszernej. Nie znam ani jednego przypadku, żeby ktoś po przestudiowaniu pozycji „Jak napisać bestsellera” faktycznie takowego stworzył. Jasne, istnieje pewien zbiór porad, które mogą pomóc, ale po pierwsze, zazwyczaj są to wskazówki bardzo ogólne, a po drugie, same w sobie mogą sprawić, że książka będzie lepsza, ale nie przekształcą przeciętnej pozycji w dzieło uwielbiane przez miliony. Zresztą poważnie: gdyby istniał przepis na stworzenie bestsellera, czy pisałabym tę notkę zamiast zażywać rozkoszy wakacji na Karaibach albo w innym fajnym miejscu?

Dzisiaj więc będzie o poradach, ale w specyficzny sposób, tzn. spróbuję przyjrzeć się najbardziej popularnym pod kątem tego, które wydają mi się bardziej, a które mniej sensowne. I które na mnie osobiście działają, a które nie.

Najwięcej rad dotyczy otwarcia, co ma sens, bo początek to obok okładki i blurba coś w rodzaju trzeciej wizytówki utworu, pierwszy kontakt z „dziełem właściwym”, po którym czytelnik czasem decyduje, czy w ogóle jest zainteresowany dalszą lekturą. Dlatego pierwsze zdanie powinno przykuwać uwagę, intrygować, a najlepiej wręcz (pozytywnie) wstrząsnąć. Przynajmniej taka jest teoria. Sama też czasem lubię takie „mocne wejścia”. „Wiedźmin miał nóż na gardle” – czemu nie? Efektowne otwarcie nie jest złe, pod warunkiem, że pasuje do reszty, a autor nie przegina. Bo niestety fetyszyzacja „pierwszego zdania” sprawia, że często zamiast efektowności czytelnik dostaje efekciarstwo, sztukę dla sztuki. Nieraz zdarzało mi się czytać teksty, w których otwarcie było maksymalnie pokręcone, cudaczne i odczapistyczne, a potem leciała już zupełnie zwyczajna akcja, czasem nawet niewiele mająca z początkiem wspólnego. Dlatego bywam nieufna w stosunku do pierwszych zdań, bo one, nawet jeśli faktycznie autorowi wyjdą, niekoniecznie świadczą o jakości całości. A jeśli autor na efektowne wprowadzenie nie ma pomysłu, to lepiej, żeby nie silił się na nie wiadomo co, tylko zaczął od czegoś zwyczajnego.

„Książka powinna zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć”. No dobra, Hitchcock powiedział to o filmie, ale do literatury też można zastosować. A chodzi oczywiście o efektowność już nie tylko pierwszego zdania, ale całego początku. W kryminałach czy thrillerach częstą praktyką jest zaczynanie od sceny morderstwa. Dajmy na to, dziewczyna biegnie przez las, ścigana przez zabójcę, on ją dogania i morduje – a w następnym rozdziale zaczyna się już „właściwa” akcja, czyli śledztwo. Nie lubię takich początków, i to do tego stopnia, że czasem wręcz je pomijam. Robię tak z dwóch powodów. Po pierwsze, tego typu otwarcia mają w zamierzeniu od razu zaangażować czytelnika emocjonalnie, ale niby dlaczego miałby mnie obchodzić los zupełnie obcej dziewczyny? Nie znam jej, autor nie dał mi czasu, żeby ją polubić czy w jakikolwiek się z postacią związać. A po drugie, najczęściej od razu widać, że taki bohater jest przeznaczony do odstrzału, że jego (jej) jedyną rolą jest umrzeć na pierwszych stronach, nie warto więc się nim (nią) przejmować.

Ważne w moim przekonaniu jest coś innego – a mianowicie, żeby w miarę szybko dać czytelnikom zawiązanie intrygi, tak aby wiedzieli, a) kto jest głównym bohaterem oraz b) o czym mniej więcej będą czytać. Nie chodzi o szczegóły, oczywiście, ani broń Boże o zdradzanie zwrotów akcji, tylko ogólne pojęcie, tak żeby potencjalny człowiek po zapoznaniu się z pierwszymi stronami potrafił sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie CHCE przeczytać tę książkę („Chcę wiedzieć, kto zabił X-a”, „Chcę wiedzieć, czy drużynie uda się dotrzeć do celu”). Przy czym zasada ta dotyczy przede wszystkim literatury rozrywkowej, takiej która z założenia mieści się w granicach pewnego gatunku i jest skierowana do miłośników tegoż. Ambitna powieść mainstreamowa może sobie pozwolić na to, żeby dopiero w połowie czytelnik się zorientował, o co w niej chodzi (albo i żeby do końca tego nie wiedział), ale jeśli piszemy „po prostu kryminał” to nie wypada zwlekać z ujawnieniem głównej intrygi, bo ryzykujemy, że zniechęcony czytelnik zwyczajnie rzuci książkę w kąt.

Głównego bohatera na początku trzeba skopać, żeby czytelnik go polubił – nie wiem, kto tę zasadę wymyślił, pamiętam za to, że swego czasu propagował ją w swych felietonach Andrzej Pilipiuk. Coś w tym jest, tzn. faktycznie postacie, którym się wszystko udaje, często raczej irytują niż budzą sympatię. Z drugiej jednak strony fundowanie protagoniście na początek tragedii też nie zawsze jest najszczęśliwszym pomysłem. A to bardzo popularny chwyt, wiele powieści, filmów czy seriali zaczyna się tak, że bohaterowi ginie ktoś z najbliższej rodziny. Osobiście jestem na podobne rozwiązanie uczulona, może dlatego, że kiedyś trafiłam na TRZY pod rząd książki, w których na wstępie główna postać traciła w wypadku żonę oraz dziecko, i do dziś odbieram to trochę jako takie... prymitywne wymuszanie współczucia? W dodatku ten chwyt bywa wykorzystywany jako coś w rodzaju uniwersalnego wytrychu fabularnego, np. kiedy trzeba uwiarygodnić, że bohater rzuca dobrze płatną pracę w mieście i wyprowadza się na zabitą dechami wieś, a leniwemu autorowi nie chce się wymyślać powodu, dla którego szczęśliwy człowiek miałby coś takiego robić. W przypadku świeżo upieczonego wdowca czy wdowy nie ma problemu – piszemy, że wyjechał/a, żeby „uciec od wspomnień”, i gotowe. Chwytu „trauma” używa się także jako zamiennika charakteru. Mnóstwo postaci literackich czy filmowych osobowości nie ma żadnej, za to tragedię w życiorysie mają jak najbardziej. Taką postacią jest np. David Hunter, antropolog sądowy z cyklu Simona Becketta, o którym po przeczytaniu czterech książek potrafię powiedzieć tyle, że: a) jest dobry w swoim zawodzie, b) cierpi, bo – cóż za niespodzianka – w wypadku zginęły jego żona i mała córeczka.

Punkt kulminacyjny powinien następować w ¾ książki – nie wiem, czy akurat ¾, z aptekarską dokładną tego nigdy nie liczyłam, ale owszem, powinien się znaleźć raczej bliżej końca niż początku. Tu dyskutować nie będę.

Aby utrzymać zainteresowanie czytelnika, każdy rozdział trzeba kończyć cliffhangerem – tak i nie, tzn. to naprawdę działa, o czym sama się niedawno przekonałam, bo tego typu książki czyta się zwyczajnie szybciej (człowiek tłumaczy sobie: OK, jeszcze tylko jeden rozdział, bo przecież nie mogę przerwać w takim momencie!). Nie zauważyłam jednak, żebym po lekturze oceniała „cliffhangerowe” pozycje wyżej niż „niecliffhangerowe”, nie kupuję też częściej takich książek ani nie wypożyczam.

W zakończeniu książki powinien być twist – to zależy oczywiście od gatunku, twista w finale spodziewamy się przede wszystkim w zakończeniu kryminałów czy thrillerów. Co ciekawe, występuje tu pewien paradoks: z jednej strony czytelnik twista się spodziewa i jak go nie ma, to jest rozczarowany, a z drugiej, jak twist jest, to człowiek się nim nie przejmuje i nie daje się nabrać, no bo przecież wiadomo było od razu, że będzie (najbardziej jaskrawym przykładem jest chyba twórczość Jeffery’ego Deavera).

Sceny akcji powinno się pisać krótkimi zdaniami, często tnąc tekst na akapity, aby podkreślić dynamikę – o ile z krótkimi zdaniami jeszcze od biedy mogę się zgodzić (choć też nie zawsze), o tyle te cholerne akapity potrafią doprowadzić do szału – w ekstremalnych przypadkach bywa tak, że każde zdanie pisane jest w osobnej linijce, a autor zamiast dynamiki osiąga tyle, że czytelnika od takiej narracji zaczyna boleć głowa.

Dwa zdania długie, jedno krótkie albo dwa krótkie, jedno długie to najbardziej optymalny rytm narracji – jeśli chcemy pisać stylem „przezroczystym” (nie przepadam za tym określeniem, ale niech tam), czyli jeśli język pełni rolę wyłącznie służebną wobec opowieści, to ma trochę sensu, bo faktem jest, że długie, wielokrotnie złożone zdania potrafią zmęczyć (zwłaszcza niedoświadczonego czytelnika, średnio więc się nadają do pisania „prostej rozrywki”), z kolei krótkie sprawiają wrażenie, że autor pisze „jak dla dzieci”; narracja wygląda wtedy niczym posiekana siekierą i na dłuższą metę też męczy. Jednak nikt o zdrowych zmysłach nie będzie przecież liczył, żeby sprawdzić, czy na pewno trzyma „właściwy” rytm, a poza tym zdania krótkie czy długie to tak naprawdę kwestia indywidualnego podejścia i najgorszym, co można zrobić, jest zmuszanie się do pisania w sposób, jaki zupełnie nam nie odpowiada.

W ogóle zmuszanie się do czegokolwiek jest w pisaniu nie najlepszym pomysłem – ale o tym w następnym odcinku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz