sobota, 4 stycznia 2014

Kindle


Od 24 grudnia (święta, wiadomo) jestem szczęśliwą właścicielką tzw. kundla, czyli czytnika Kindle, pora więc na małe podsumowanie.

Z początku miałam obawy, że – przyzwyczajona do tradycyjnych książek – będę miała problem z przestawieniem się na Kindle’a. Nic bardziej mylnego, już po jednym dniu e-booki czytało mi się nawet chyba LEPIEJ niż tradycyjną książkę. Czytnik jest leciutki, niewielki, łatwo nim manipulować (np. ustawić odpowiednio, kiedy człowiek przybiera różne pozycje podczas leniwej lektury na tapczanie) i wreszcie odpada problem, jaki mają te wszystkie klejone grube tomiszcza, których nie można porządnie rozłożyć, chyba że brutalnie złamie im się grzbiet. O zalecie, że na czytniku można nosić ze sobą o niebo więcej książek, nawet nie wspominam, bo to oczywistość.

Czytnik ma też wady. E-bookom brakuje zapachu, który kochają wszystkie mole książkowe; tradycyjne książki mają też swoją indywidualność: ładną albo brzydką okładkę, różne rozmiary, kształty czy rodzaje papieru, podczas gdy e-booki nie istnieją jako przedmioty i zostają sprowadzone praktycznie do samej treści. W elektronicznej książce trudniej też zajrzeć na tył okładki (żeby np. przeczytać blurba), zerknąć do spisu treści czy znaleźć fragment, który czytało się wcześniej – w papierowej zazwyczaj robi się to na prostej zasadzie "pamiętam, że to było gdzieś w 1/3 grubości", na czytniku trzeba się przeklikać przez ileś tam stron albo wpisać w wyszukiwarkę jakieś charakterystyczne słowo, co też zajmuje czas.

Mam też kilka uwag ogólnych, ani na plus, ani na minus. Otóż na początku wydawało mi się, że z czytnika czytam szybciej – ale no właśnie, chyba tylko mi się wydawało, bo wrażenie po jakimś czasie znikło. Po drugie: przez jakiś czas miałam trochę creepy poczucie nierzeczywistości. Jakbym czytała nie tyle książkę, co jej ducha – i co ciekawe, dotyczyło to nie tylko fizycznej (nie)obecności przedmiotu, ale też treści. Powieściowe wydarzenia były... mniej realne, a jednocześnie w pewien sposób niepokojące, trochę jak sen, którego nie pamięta się dobrze, ale który cały czas siedzi z tyłu głowy, drażni i uwiera. Na szczęście to też szybko minęło.

Za to zostało mi na razie poczucie obcowania nie z oryginałem, a z kopią (ciekawe, czy przejdzie, kiedy przeczytam coś, co zostało wydane tylko w wersji elektronicznej). Skutek ma to taki, że kiedy na czytniku np. następuje niezrozumiały przeskok akcji, to moją pierwszą myślą nie jest „autor się walnął/ja się zagapiłam i czegoś nie załapałam”, tylko „o, coś się zgubiło podczas kopiowania”. I dotyczy to e-booków jak najbardziej oficjalnych, wydanych przez wydawnictwo razem z wersją papierową.

Zauważyłam również, że wobec e-booków mam mniejsze wymagania niż wobec książek tradycyjnych, łatwiej mi przełknąć niedoskonałości stylu czy nawet błędy. Wynika to pewnie z tego, że wcześniej w wersji elektronicznej czytałam głównie opowiadania do Esensji albo teksty na sekcję literacką i przyzwyczaiłam się do myśli, że to takie „wersje surowe”, przedredakcyjne, nie należy więc przesadnie się czepiać.

To ostatnie, mam nadzieję, też przejdzie, bo inaczej mogę mieć problem z pisaniem recenzji z e-booków. ;-)

7 komentarzy:

  1. Witaj w gronie posiadaczy Kindla :) Ja swój mam od ponad roku i nadal jestem nim zachwycona. Brakuje mi tego, co opisałaś - zapachu i indywidualności książek, ale zalety stanowczo przebiły wady. Kupiłam niebieską okładkę i nazwałam swoje cudo Tardis, bo teraz jest niebieskie, większe w środku i pozwala podróżować w czasie i przestrzeni :)
    Fajnie mi się myśli, że mam w torebce całą bibliotekę, nie muszę upychać w torbie podróżnej tych wszystkich absolutnie niezbędnych lektur i na tej mojej zagranicy mam dostęp do polskich książek bez ślepienia w ekran komputera. Oraz - więcej czytam po angielsku, bo w razie zgrzytu macam słowo i słownik albo wikipedia mi mówi o co chodzi, ebooki są dużo tańsze, więc mogę mieć ich więcej i nawet fanfiki, teksty sekcyjne i wszystko inne czyta mi się wygodniej, lepiej i szybciej.
    Kupiłam sobie na święta ebooki wszystkich trzech tomów twoich Przedksiężycowych i z przyjemnością połknęłam je w trzy dni - bez Kindla bym tak nie mogła ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzy tom w trzy dni? Wow, podziwiam tempo czytania. :-)

      Usuń
    2. Wrzuciłaś tam wściekłą ilość intrygujących obrazków, którym nie umiałam z miejsca znaleźć wyjaśnienia lub przy których wysuwałam więcej niż jedną teorię, a ja jestem niecierpliwa. I skończyło się dwoma zarwanymi nocami. A teraz wiem i odzyskałam spokój sumienia, howgh. I mogę wrócić do czytania kolejnych postapo o zombie, o.

      Usuń
  2. Cóż, z początku też podchodziłem do czytnika z dystansem, ale teraz w zasadzie przeszły mi wszelkie uprzedzenia, ba - zaczęło to działać w drugą stronę, kiedy mam ochotę zakopać po szyję tego czy innego ortodoksa twierdzącego, że "prawdziwa książka to tylko na papierze, a nie jakieś ebooki"... Co do wyszukiwania fragmentów, dobrą opcją jest jednak zaznaczanie sobie ich w kundlu - da się je potem znaleźć dość szybko i wygodnie. Nie wspominając, że w przypadku ebooków odpada problem "o matko, za duże/za małe te literki". Jedyny mankament, że nie można sobie na takim egzemplarzu wziąć autografu, no ale jak w życiu - coś za coś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do wyszukiwania - owszem, zaznaczanie pomaga, ale żeby zaznaczyć, trzeba od razu wiedzieć, że do danego fragmentu będziemy chcieli wrócić, a nie zawsze tak jest. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm, z tym zapachem to ja bym się tak nie rozpędzała;) Stare książki, ot choćby z biblioteki, cuchną kwaśno i obrzydliwie. A w samym zapachu świeżego papieru też nie ma nic przyjemnego (przynajmniej dla mnie... zresztą to raczej jest woń farby drukarskiej, wybielaczy i tym podobnych chemikaliów).
    Ja na czytnik przestawiłam się błyskawicznie, i nawet mam wrażenie, że czytam więcej niż "za czasów" papierowych książek. Najbardziej podoba mi się wygoda i fukcjonalność. Zgadzam się, tych klejonych cegłówek nie da się normalnie trzymać w ręce. A już w jednej to wyczyn. Kundelek jest leciutki i przyjemny, można używać jednego palca do przełączania stron:) Lubię czytać przy jedzeniu, więc obsługa bułki z szynką jedną ręką, a czytnika drugą bardzo mi się podoba. :>
    Aha, co do zaznaczania, to zgłaszam sprzeciw! Właśnie, że na czytniku jest dużo łatwiej. Sama bardzo często sobie zaznaczam fragmenty na późniejszy użytek (recenzje w sieci;). Takie zaznaczenia mamy później zgromadzone w folderze Clippings, razem z danymi o książce. Bardzo piękna sprawa.
    Co do 'nierealności' książki, to chyba kwestia gustu. Mnie się to właśnie podoba - odarcie literatury z przeszkadzajek (okładka, obrazki, papier) i pozostawienie czystego rdzenia - Tekstu. Tekstu, który albo się obroni, albo nie. Liczy się tylko profesjonalizm autora, którego czytamy. Czyż więc to nie literaci powinni hołubić za to ebooki? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Aha, co do zaznaczania, to zgłaszam sprzeciw! Właśnie, że na czytniku jest dużo łatwiej."
    Ale ja nie narzekałam na zaznaczanie, tylko na szukanie czegoś, co właśnie NIE jest zaznaczone. :)

    OdpowiedzUsuń