środa, 1 stycznia 2014

Książkowo - styczniowo


W odstępie kilku dni przeczytałam dwie książki, które pod pewnymi względami są podobne. Obie to kryminały stawiające przede wszystkim na zagadkę i na mozolne jej rozwikływanie poprzez rozmowy z podejrzanymi, w obu elementy sensacyjne znajdują się drugim planie (W „Łowcy szczurów” jest ich trochę na początku i na końcu, w „Wołaniu kukułki” nie ma prawie wcale), zaś sama intryga jest dość prawdopodobna i nieprzekombinowana. A jednocześnie jaka różnica! „Łowca szczurów” jest przeciętnym czytadłem, z gatunku tych, które czyta się szybko i równie szybko o nich zapomina, „Wołanie kukułki” natomiast to precyzyjnie skonstruowana opowieść w najlepszym stylu angielskich kryminałów. J.K. Rowling (kryjąca się pod pseudonimem, ale i tak już wszyscy wiedzą, że to ona) jak najlepsi w tym gatunku tworzy niesamowite napięcie właściwie z niczego. Banalne na pozór drobiazgi (z kim rozmawiała ofiara przed śmiercią, co zapisała na niebieskiej kartce, która potem gdzieś zniknęła, itp.) wygrane są tak, że czytelnik obgryza palce z
niecierpliwości, byle tylko dowiedzieć się, jakie będzie rozwiązanie. Plus należy się też Rowling za głównego bohatera, który oczywiście jest „facetem po przejściach”, co opisane zostało z jednej strony wiarygodnie, a z drugiej bez przesadnego epatowania ponurością. „Wołanie kukułki” to dobra równowaga dla skandynawskich kryminałów, w których zagadka schodzi na drugi plan, bo autorów bardziej interesują społeczno-obyczajowe obserwacje. Albo których autorom zależy głównie na tym, by po lekturze człowiek pochlastał sobie żyły. W „Wołaniu kukułki” znajdziemy i ciekawy portret świata „wyższy sfer” i sporo „ciemnych stron życia”, ale tak naprawdę najważniejsza jest frajda, jaką ma czytelnik, kiedy wraz z bohaterem dociera do rozwiązania zagadki.


Przeczytałam, bo Cintryjka dała tej książce 2 punkty na dziesięć i chciałam się przekonać, po pierwsze, czy faktycznie to jest takie kiepskie, a po drugie, jeśli jest, to co czytelnicy w takiej literaturze widzą („Córka...” pierwotnie została opublikowana na portalu dla pisarzy-amatorów, ale miała tyle odsłon, że powieścią zainteresował się wydawca). I tradycyjnie już, jak przy „Zmierzchu” oraz większości paranormali, po lekturze poczułam się bezradna jak dziecko, bo nadal nie mogę pojąć, czemu ludzie ekscytują się takimi kawałkami. I nie chodzi już nawet o to, że „Córka...” jest kiepska (choć też), ale o to, że jest to produkt najdoskonalej, absolutnie przeciętny i sztampowy – począwszy od żywcem zerżniętego z dzieła pani Meyer początku (nowa dziewczyna w szkole spotyka trzymające się na uboczu, dziwaczne, ale cudownie pięknie rodzeństwo), poprzez miłość instant, która polega na tym, że chłopak i dziewczyna zakochują się w sobie, choć nawet się nie znają (takie zauroczenia oczywiście się zdarzają, ale rzadko wynika z tego miłość na całe życie – a tu proszę) aż do ulubionych przez nastolatki scen z przypadkowym wpadaniem na ukochanego czy omdlewaniem w jego silnych ramionach. Dodajmy do tego fakt, że niby jest tu jakaś akcja fantastyczno-przygodowa, ale główna bohaterka i jej psiapsiółki zajmują się głównie plotkowaniem o chłopakach, a „kumple z paczki” służą wyłącznie do bycia „kumplami z paczki”, bo autorka zapomniała, że drugoplanowym postaciom przydałby się jakiś charakter, i odróżnia się ich wyłącznie po imionach. Zresztą, co mówić o drugoplanowych bohaterach, skoro pierwszoplanowi też żadnej osobowości nie mają. Całość sprawia wrażenie, jakby to napisała szesnastolatka, która naczytała się paranormali i koniecznie chciała stworzyć coś podobnego. Serio, w internecie jest mnóstwo opowiadań i całych powieści z pomysłem i fabułą na podobnym poziomie, „Córka...” wyróżnia się na ich tle jedynie tym, że jest lepiej napisana (nie żeby DUŻO lepiej...) – i naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tym portalu nie było niczego sensowniejszego.

Zaczyna się ciekawie, bo od brutalnego podwójnego morderstwa w placówce opiekuńczej dla nastolatek z problemami, potem książka przekształca się w coś w rodzaju akcyjniaka (poszukiwania podejrzanej o zabójstwo dziewczyny), potem przez chwilę miałam wrażenie, że to będzie opowieść o mrokach okaleczonej psychiki, ale nie – nagle następuje zwrot akcji, w którym wielką rolę odgrywa pewne wydarzenie z przeszłości oraz eee... coś w rodzaju ducha? (celowo piszę mętnie, żeby nie spojlerować). I trudno mi ten zwrot akcji ocenić: z jednej strony sam pomysł mi się podoba, z drugiej oświecenie, jakiego w pewnym momencie doznaje detektyw, bierze się tak bardzo z sufitu, że bardziej już chyba nie można. A następnie mamy już standard, czyli dość naciąganą motywację zbrodniarza oraz efekciarski finał. Da się czytać, ale niewiele więcej.

Skusiłam się, bo to kryminał, którego akcja rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, do których z przyczyn oczywistych mam spory sentyment. Trzeba przyznać, że autor albo dobrze tamte czasy  pamięta, albo solidnie przyłożył się do researchu, bo rok, kiedy telewizyjnym hitem była „Niewolnica Isaura”, jest jak żywy – jakimi samochodami wtedy jeżdżono, jaką kawę pito, co było w sklepach, a co nie... Więcej nawet, autor posuwa się do precyzyjnego opisywania, jakie kolory miały butelki z piwem i jak wyglądały naklejki „zastępcze” na oranżadę. I tu zaczyna się problem, bo o ile na początku taka maniacka dokładność może być nawet fajna, o tyle w którymś momencie zaczyna irytować. Ćwirlej nie potrafi np. napisać normalnie, że w mieszkaniu była lodówka, tylko musi od razu wymienić jej markę. To samo dotyczy telewizorów, magnetofonów, głośników, a nawet niewinnych długopisów – jakby koniecznie chciał się pochwalić, że zna producentów wszystkich sprzętów codziennego użytku z tamtego okresu. Bonusowo dostajemy jeszcze tłumaczenie, czym były bony PKO, a czym Peweksy, jak wyglądał handel, kiedy niemal wszystko było na kartki oraz tłumaczenie, że dawniej stówa była czerwona i z portretem Waryńskiego. Serio? Drugim konikiem autora jest, zdaje się, praca w milicji – poczytamy więc sobie o funkcjonariuszach robiących nalot na melinę po to, żeby zgarnąć nielegalną wódę i ją później wypić, o milicjantach zdradzających tajemnice służbowe SB czy o panujących na komisariacie stosunkach między „młodymi” a „starymi”. I znowu – wszystko to jest wiarygodne i nawet ciekawe, ale gdzieś w tym ginie to, co miało być treścią książki, czyli śledztwo. Ostatecznie sprawa dwóch zamordowanych kobiet wyjaśnia się właściwie przypadkiem, bo milicja przez cały czas idzie fałszywym tropem (co więcej takim, o którym od początku WIE, że jest mało prawdopodobny), a autor pod koniec musi uciekać się do  najbardziej wkurzającego chyba chwytu, czyli do „spowiedzi zbrodniarza”, który osobiście tłumaczy czytelnikom, czemu zabijał, bo inaczej nie mielibyśmy pojęcia, o co chodziło. Całość więc jest moim zdaniem bardzo nierówna, bo tło wypada bardzo dobrze, za to sama intryga raczej słabo. Choć dodatkowy mały plus przyznaję za wytłumaczenie, czemu morderca obcinał ofiarom głowy...

Pomysł ograny w tysiącach filmów i książek – z jednej strony mamy ofiarę, z drugiej super-cwanego (oczywiście do czasu) stalkera, który z ukrycia niszczy jej życie aż wreszcie nieszczęśnica zaczyna podejrzewać u siebie chorobę psychiczną. Aby taką historię uprawdopodobnić, autor ułatwia sobie życie, czyniąc ze swojego psychola np. świetnego hakera, a ofierze każąc zlekceważyć kwestię zmiany zamków po tym, jak ukradziono jej torebkę z kluczami. Za to finał przynosi satysfakcję, która w pewnej mierze wynagradza sztampowość pomysłu i nikłe prawdopodobieństwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz