piątek, 12 grudnia 2014

Hobbit 3, czyli moje kapcie zagrałyby lepiej niż Lee Pace

Podejrzewałam, że trzecia część Hobbita może być kiepska... ale żeby aż tak?
Jest w tym filmie mnóstwo tego, co było już wcześniej, czyli kolejna desperacka szarża na przeważające siły wroga, kolejna armia pojawiająca się niespodziewanie na wzgórzu, kolejny bieg po walących się schodach, kolejna jazda po schodach dziwnym wehikułem etc. – wszystko to oczywiście bardziej efekciarskie, za to zdecydowanie mniej emocjonujące i dziesięć razy głupsze.
Jest też trochę nowości, bo czemu nie, dostajemy więc w pakiecie wiązanym nagły atak czerwi pustyni, desant powietrzny niedźwiedzia oraz konkurs, kto na polu bitwy dosiądzie dziwniejszego zwierzęcia. Serio.
Jest Galadriela z miną „Co ja tu właściwie robię i dlaczego tak mało mi płacą?”, międzyrasowa miłość wyglądająca nieco niestosownie, jak romans ciotki z nieletnim siostrzeńcem, oraz krasnoludy, które po okresie niezdarnych prób wykazania się jakąś indywidualnością, powróciły potulnie do istnienia jako byt zbiorowy.
Są sceny wyglądające jak reklama gry komputerowej i teoretycznie wzruszające momenty, kiedy zdesperowany widza pyta w duchu: długo jeszcze? Niech oni już umrąąąą, prooooszę.
W poprzednich częściach bywało lepiej i gorzej, ale przynajmniej zawsze wiedziałam, która scena w zamierzeniu ma być komediowa, a która nie. W tej po raz pierwszy były momenty, kiedy poważnie się zastanawiałam, czy to tak na serio, czy może dla jaj, bo trójce niebezpiecznie blisko jest do własnej parodii.
A żeby nie było tak ponuro, podobał mi się Bilbo, plączący się w tym wszystkim z zagubioną miną (doskonale potrafiłam wczuć się w jego sytuację) oraz końcowa walka na zamarzniętym jeziorze.
Tyle wrażeń na szybko, więcej w recenzji (jeśli będzie mi się chciało ją napisać).
A, autorem tekstu o kapciach grających lepiej niż Lee Pace jest Krzysiek vel Spike, więc nie miejcie pretensji do mnie. Dla mnie akurat facet, którego rolą jest Zajebiste Wyglądanie na Łosiu, to najmniejszy z problemów tego filmu.


niedziela, 7 grudnia 2014

Constantine, czyli o tym, czemu rozczarował mnie kolejny serial

Od pewnego czasu gryzie mnie sumienie, bo marudzę na różne seriale i marudzę, a tak naprawdę w przypadku większości z nich widziałam pierwszy, góra kilka pierwszych odcinków. Pomyślałam więc, że może gdybym obejrzała więcej, to by mi się spodobało? Zwłaszcza że bywały już precedensy, np. mój ukochany „Hannibal” na początku też mi się wydawał... taki sobie. Oczywiście nie ma sensu, żeby człowiek na wszelki wypadek oglądał wszystko, co mu się nie podoba, bo przy takim założeniu spędziłby życie, męcząc się przed ekranem, niemniej postanowiłam, że przynajmniej jednemu takiemu „niepodobającemu się” serialowi dam szansę i obejrzę tyle odcinków, ile jest dostępnych.
Wybór padł na „Constantine’a”.
To był zły wybór.
Ała.
Po dwóch tygodniach i chyba sześciu piwach wynik starcia wygląda tak:
Dwa pierwsze odcinki obejrzałam w całości, ale to było na początku, więc niewiele z nich pamiętam.
Trzeci próbowałam obejrzeć ze trzy razy, za każdym razem zapominałam, w którym momencie skończyłam, w końcu się poddałam.
Czwarty obejrzałam w całości, uff.
Piąty zaczęłam oglądać, coś mi przeszkodziło, przerwałam i jakoś nie mogłam wrócić.
Z szóstym to samo, tylko tu dotarłam mniej więcej do połowy.
Siódmy patrzy na mnie z wyrzutem... :(
Tak, to jest zły serial. Co więcej, to nie jest serial „tak-zły-że-aż-fajny”, jak „The Strain”. To jest najgorszy rodzaj złego serialu, czyli serial zwyczajnie nudny. Spróbuję poniżej w punktach uporządkować sobie, czemu właściwie nie przypadł mi do gustu. Będzie to nadal nieco nieuczciwe, biorąc pod uwagę, że jednak większości tych odcinków porządnie nie obejrzałam, ale więcej naprawdę nie dam rady...

  1. Problem pierwszy to fabuły poszczególnych odcinków, które są jakieś takie... no, powiedzmy sobie, że są, i to właściwie wszystko, bo niczym się jakoś specjalnie nie wyróżniają. To jestem jeszcze w stanie wybaczyć, rozumiem bowiem, że w czterdziestominutowym odcinku serialu prochu się raczej nie wymyśli.
  2. Problem drugi to efekty specjalnie oraz ogólnie wszystko, co wiąże się z magią, demonami etc., a co wypada trochę obciachowo, trochę nijako, a trochę zabawnie, przy czym nie bardzo wiadomo, czy to jest śmieszność intencjonalna, czy nie. Rozumiem, że to z założenia nie miała być groza (szkoda swoją drogą, w grozie przynajmniej wiadomo, jaki efekt twórcy chcą osiągnąć...), tylko coś w rodzaju przygodówki (?), ale chyba nie o to chodziło?
  3. Problem trzeci to relacje między postaciami. Constantine ma pomocnika, o którym mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie nic powiedzieć, oraz pomocniczkę – ładną dziewczynę, z którą w zamierzeniu twórców chyba powinno go łączyć coś w dwuznacznej relacji niechęć/flirt, wiecie, że niby nie do końca sobie ufają, spierają się, ale jednocześnie w niektórych momentach sprawiają wrażenie, jakby kilka sekund dzieliło ich od wylądowania w łóżku. OK, pomysł nienowy, ale nośny, więc czemu nie – tylko dlaczego to jest tak fatalnie zrobione? Między Constantine’em a Zed nie ma chemii, a ich dialogi sprawiają wrażenie totalnie chaotycznych: w jednej chwili ona ma do niego o coś pretensje, w drugiej patrzy maślanym wzrokiem, bez sensu i żadnego uzasadnienia, ot, jakby jakiś scenarzysta uznał, że „dawno nie było próby flirtu, no to może wrzućmy ją tu”. Nie ma w tym żadnej dynamiki, żadnego napięcia.
  4. Problem czwarty to sam Constantine – w scenariuszu jest to postać raczej sztampowa, z nieodłączną traumą z przeszłości oraz równie nieodłączną bucowatością (teraz jest moda na antybohaterów, co zrobisz). Wiecie, że niby skurwysyn, ale jednak z przebłyskami jakiejś tam przyzwoitości, przy tym to skurwysyństwo jest w dużej mierze deklaratywne, bo – z tego, co obejrzałam i pamiętam – Constantine tylko raz zachowuje się naprawdę jak świnia. Dobry aktor potrafiłby z tego pewnie coś wyciągnąć, ale niestety, serial ostatecznie dobija właśnie gra aktorska, której zazwyczaj się nie czepiam, ale tu zamierzam. Constantine w interpretacji Matta Ryana jest przerysowany, luzacki na granicy karykatury, momentami zachowuje się wręcz, jakby był pijany albo naćpany. Nie wiem, czy to było zamierzone, czy nie, ale tak czy inaczej wyszła postać wyjątkowo irytująca. Nigdy nie byłam wielbicielką Keanu Reevesa i nie uważam filmu z 2005 roku za jakoś szczególnie dobry, ale serio, filmowy Constantine w porównaniu z serialowym to charyzmatyczny, charakterny i dający się lubić facet
Szkoda mi tego serialu. Oryginału komiksowego co prawda nie znam, ale za to bardzo lubię książkowy cykl o Felixie Castorze, który pod wieloma względami jest chyba do „Hellblazera” podobny (co swoją drogą czyni Mike’a Careya geniuszem marketingu – facet dwa razy zarobił na tym samym pomyśle!). Chętnie więc obejrzałabym coś w podobnych klimatach, byle lepiej zrobionego.




środa, 3 grudnia 2014

Przebudzenie, czyli o tym, czemu rozczarował mnie nowy King

O Stephenie Kingu mówi się ostatnio w ponurym tonie, że jako pisarz się skończył, że najlepszy okres ma za sobą – i coś w tym jest, faktycznie, nie pamiętam, kiedy ostatni raz książka tego autora mnie naprawdę zachwyciła. Z drugiej strony King nawet w słabszej formie i tak przebija większość innych pisarzy, a jego ostatnie dzieła czytałam jeśli nie z wielkim entuzjazmem, to przynajmniej z przyjemnością. Aż do „Przebudzenia”, które doczytałam do  połowy i nie mam ochoty czytać dalej.
O Kingu mówi się też, że pisze rozwlekle, że jego powieści bardzo wolno się rozkręcają – na początku mamy obszerne, obyczajowe w tonie opisy małomiasteczkowego życia, a potem dopiero nadciąga Zło i zaczyna się horror. Wcześniej odruchowo się z takimi opiniami zgadzałam, ale właśnie przy okazji „Przebudzenia” przyszło mi do głowy, że przecież to nie do końca prawda – i nie mam bynajmniej na myśli książek takich jak „Carrie” czy „Wielki marsz”, gdzie wyraźnie widać, że King potrafi się streszczać, jeśli chce, ale klasyczne pozycje jak: „Lśnienie”, „Smętarz dla zwierzaków”, „Miasteczko Salem” czy „Christine”.
            Każda z tych książek, owszem, rozkręca się wolno i w każdej jest sporo tła obyczajowego. Ale też w każdej od początku albo niemal od początku wiadomo, że jest jakieś zagrożenie i co ważniejsze, z czym prawdopodobnie będzie się ono wiązać. W „Christine” już w pierwszych akapitach czytelnik dostaje informację, że samochód Arniego jest dziwny i będą z nim problemy, w „Lśnieniu” to samo można powiedzieć o hotelu „Panorama”, w „Miasteczku Salem” nie wiemy co prawda, że chodzi o wampiry (przepraszam za spojler, jeśli ktoś nie czytał), ale ponury dom Marstenów jest widomym dowodem, że miasteczko, do którego wraca bohater, nie jest zwyczajnym miasteczkiem. O „Misery” (bohater budzi się odkrywa, że jest a) poważnie ranny, b) uwięziony przez wariatkę) nawet nie wspomnę...
Czegoś takiego brakuje mi w „Przebudzeniu”, które rozpoczyna się od spotkania najzupełniej zwyczajnego, mało ciekawego chłopca z najzupełniej zwyczajnym (pomijając hysia na punkcie elektryczności) mało ciekawym pastorem. Brakuje tu haka, na który złapałoby się zainteresowanie czytelnika, brakuje czegoś, dla czego chciałoby się ciągnąć tę lekturę. Czytamy o dzieciństwie głównego bohatera, jego przyjaźni z pastorem, rodzinie oraz kolegach – ot, małomiasteczkowe życie. Jasne, King jest dobry w opisywaniu takiego życia, ale, kurczę, gdybym chciała poczytać sobie obyczajówkę, nie sięgnęłabym po tego autora, zwłaszcza że nawet jak na obyczajówkę to jest takie sobie, bo nic się tu ciekawego nie dzieje.
Pierwszym wydarzeniem wykraczającym nieco poza opis przeciętnej rzeczywistości jest wypadek żony oraz synka pastora, opisany z makabrycznymi szczegółami jak zwisające na policzku oko. To smutne, oczywiście, kiedy komuś ginie bliska rodzina, ale przyznam szczerze, że nadal nie poczułam się jakoś szczególnie zainteresowana, co będzie dalej. A potem główny bohater dorasta, spotyka swoją pierwszą dziewczynę, zaczyna grać w zespole i ćpać – i znowu, życie jak życie, niezbyt udane, jakie ma tysiące ludzi i jakie tysiące razy zostało opisane w lepszych książkach, więc DLACZEGO JA TO, NA LITOŚĆ BOSKĄ, CZYTAM I DLACZEGO KTOŚ TO WYDAŁ JAKO HORROR?
Pierwsze sygnały, że faktycznie mamy do czynienia z horrorem pojawiają się gdzieś w połowie (sugestie, że sztuczki pastora z elektrycznością mogą być w jakiś sposób niebezpieczne). Ale dla mnie było za późno, bo do tego momentu King zdążył mnie już zmęczyć i kiedy odłożyłam powieść na półkę, nie chciało mi się do niej wracać. Nie, nie czytało mi się tej pierwszej części bardzo źle, King jest na tyle sprawnym rzemieślnikiem, że nawet nudnawe fragmenty potrafi podać tak, że da się je czytać bez bólu. Ale „da się czytać bez bólu” to za mało, zwłaszcza jeśli mamy do czynienie książką jednego z najpopularniejszych pisarzy, zwłaszcza jeśli ciekawsze pozycje czekają w kolejce. Nie wiem, może jeszcze kiedyś do „Przebudzenia” wrócę – ale chyba nieprędko. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Grudniowe aktualności

W grudniu nic się nie dzieje (znaczy, święta są i sylwester, ale to inna sprawa), więc będzie krótko:
Z dobrych wiadomości: skończyłam wreszcie zapowiadany od jakiegoś czasu kryminał bez zawartości fantastyki, który nosi roboczy tytuł "Łaska".
Ze złych wiadomości: nie mam pojęcia, kto i kiedy to wyda. Znaczy, jedno wydawnictwo, powiedzmy, wyraziło wstępne zainteresowanie, ale nie wiem, czy nie rozmyślą się jeszcze po zobaczeniu produktu finalnego, więc się nie chwalę, żeby nie zapeszyć.

wtorek, 18 listopada 2014

Katowickie Targi Książki - od 21 do 23 listopada

Poniżej wklejam program targów, które odbędą się w najbliższy weekend - a ściślej biorąc, wklejam punkty programu prowadzone przez Śląski Klub Fantastyki, na które serdecznie w imieniu swoim oraz klubu zapraszam.

sobota:
10:00-11:00
Spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem prowadzi Krzysztof Wójcikiewicz
13:00-14:00
Panel dyskusyjny: Jak  napisać nieczłowieka?
14:00-15:00
Panel dyskusyjny o literaturze młodzieżowej
15:00-16:00
Spotkanie autorskie z  Robertem Wegnerem prowadzi Klaudia Heintze
16:30-17:30
Panel dyskusyjny „Literatura  dobra i zła": Robert Wegner i Andrzej Pilipiuk

niedziela:
10:30-11:30
Spotkanie autorskie z  Jakubem Ćwiekiem prowadzi Klaudia  Heintze
11:30-12:30
Katalog fantastycznych środków, czyli co sprawia, że fantastyka jest tak pociągająca dla czytelnika?
11:30-12:30
Spotkanie autorskie z  Krzysztofem Piskorskim prowadzi Krzysztof Wójcikiewicz
14:00-15:00
Spotkanie z Anetą  Jadowską, prowadzi Anna Gołębiowska
14:00-15:00
Spotkanie Autorskie z Anną Kańtoch, prowadzi Klaudia Heintze
15:00-16:00
Skąd się wzięła fantastyka


Ja wezmę udział w sobotnim panelu o literaturze młodzieżowej oraz oczywiście będę na własnym spotkaniu w niedzielę. ;)

Więcej punktów programu można znaleźć tu.

niedziela, 9 listopada 2014

Interstellar

Idąc w sobotę do kina, byłam otwarta na różne możliwości – trochę miałam nadzieję na znakomity film (wiadomo, Nolan), a trochę przygotowywałam się na rozczarowanie (pierwsze opinie, o jakich słyszałam, były raczej chłodne). I po seansie mam mieszane uczucia – „Interstellar” arcydziełem nie jest, ale z drugiej strony nie jest też tak zły, jak mogłyby to sugerować niektóre recenzje.
Poniżej moje wrażenia w punktach.

Warstwa wizualna wypada zdecydowanie na plus (wiem, wszyscy o tym piszą). Znakomite są sceny kosmiczne, ale i te dziejące się na umierającej Ziemi nie pozostają daleko w tyle i mogą zachwycić posępnym pięknem.
Dramatyzm – tu jest pół na pół, bo nie wypalają sceny w zamyśle twórców najbardziej dramatyczne, czyli wszystko to, co wiąże się z wątkiem ojciec/córka. Za bardzo ckliwe to jest, strasznie sztampowe (z nieśmiertelnym „wiedziałam, że wrócisz, bo obiecał mi to mój tatuś”), żeby serio mogło wzruszyć. Niemniej na obrzeżach tego wątku jest parę robiących wrażenie momentów, np. ten, gdy bohaterowie po raz pierwszy na własnej skórze odczuwają skutki dylatacji czasu. Sceny akcji też wypadają całkiem nieźle.
Postacie – film tak bardzo koncentruje się na głównym bohaterze, Cooperze, oraz jego córce, Murphy, że na pozostałych nie starczyło już pomysłu. Dr Mann jest niemal karykaturą, Romilly i Doyle tłem, zaś Amelia Brand to najpierw energiczna, złośliwa pani doktor, a potem jeleniookie dziewczątko wygłaszające natchnionym głosem bzdury o tym, że trzeba zaufać sile miłości czy coś, jakby nagle ktoś podmienił jej osobowość – tyle że nie o podmianę oczywiście chodzi, tylko o to, że to jedna z tych postaci, które nie mając własnego charakteru, zachowują się tak, jak od nich wymaga w danej chwili scenariusz. Ot, w jednej scenie potrzebne było jedno, a w innej drugie i nikt nie zadbał, żeby to się ze sobą jakoś kleiło. Albo syn głównego bohatera – jest, bo pewnie miał być kontrastem do bystrej, niepokornej Murph, ale poza tym to osobowość płaska jak deska, nijaka do tego stopnia, że pod koniec nasz dzielny pilot chyba sam zapomina, że miał jeszcze drugie dziecko. Serio. Znaczy, rozumiem, że więź ojca z córką może być silniejsza niż z synem, zwłaszcza jeśli dziewczynka bardziej rodzica przypomina, jasne, ale żeby o drugie dziecko nawet po powrocie nie zapytać?
Dialogi – niedobre dialogi, bardzo niedobre dialogi. Długie, pretensjonalne, pseudogłębokie, auć.
Naukowość – podobno element „science” jest tu całkiem solidnie zrobiony. Nie wiem, nie znam się, wiem tylko, że zarówno wormhole, jak i obce planety oraz przede wszystkim czarna dziura wyglądają odpowiednio imponująco.
Fabuła – całkiem niezła, jeśli ktoś nastawia się na film rozrywkowy. Szkoda tylko, że główną niespodziankę daje się zdecydowanie za wcześnie przewidzieć, ale niech tam.
Dziury logiczne – są, co ma nie być, ale znowu – nie ma ich więcej niż w przeciętnym rozrywkowym SF, więc jakoś szczególnie nie narzekam.

Zdecydowanie najlepszym elementem zatem jest warstwa wizualna, a najgorszym – dialogi. Reszta waha się od „dobre” poprzez „takie sobie” aż do „słabe, ale w sumie mogło być gorzej”. I średnia wypadałaby całkiem nieźle, gdyby nie to, że poszczególne elementy chwilami nijak do siebie nie pasują. Ot, na przykład motyw „ducha w bibliotece”, który w filmie w stylu Spielberga byłby uroczym pomysłem, w zestawieniu z ambicją »robimy poważne kino „science”« wypada... no głupio jednak trochę. „Interstellar” to taki groch z kapustą: tu próba zrobienia czegoś w stylu „Odysei kosmicznej” i sceny konsultowane z astrofizykiem, tu czysta rozrywka wraz z przypisanymi jej głupotkami oraz szczypta „amerykańskich rodzinnych wartości”, a wszystko to mocno doprawione dialogami jak z telenoweli. Mimo wszystko jednak warto film obejrzeć, choćby dla paru naprawdę pięknych, robiących wrażenie scen.

A na koniec zostawiłam sobie jedną irytację – dlaczego, u licha, w filmie wmawia się nam, że Matthew McConaughey (rocznik 1969) jest równolatkiem Jessiki Chastain (rocznik 1977), hę? W „True Detective” było to samo: Michelle Monaghan (1976) grała żonę Harrelsona (1961), teoretycznie będącą w tym samym wieku co mąż. To jakaś amerykańska fobia, że facet 40+ na ekranie jest OK, ale starszej kobiety już nie można pokazać, bo to przynosi pecha, czy jak?


piątek, 7 listopada 2014

Rzeki Londynu

W ramach ożywienia bloga wklejam recenzję, która ukazała się w Esensji. :)

„Rzeki Londynu” miały być niesamowitym odkryciem, oryginalnym urban fantasy i przede wszystkim znakomitą książką – tak przynajmniej twierdzili znajomi, polecający mi pierwszy tom cyklu Bena Aaronovitcha. Tymczasem powieść lekko rozczarowuje, bo jest – no cóż – tylko dobra.

Być może to kwestia wygórowanych oczekiwań, trudno jednak ich nie mieć, kiedy człowiek przed lekturą nasłucha się ochów i achów, a potem okazuje się, że książka nie dorasta do otaczającego ją rozgłosu. Ciekawe zresztą, ile w tym rozgłosie autentycznego zachwytu czytelników, a ile pracy speców od reklamy? Bo tym, co dziwi mnie najbardziej, jest nawet nie fakt, że rzesze ludzi uznały tę powieść za rewelacyjną – to w końcu rzecz gustu, lecz fakt, że „Rzeki Londynu” niczym szczególnym się nie wyróżniają, można więc zapytać: dlaczego właściwie ta książka, a nie inna z tego samego gatunku?
Owszem, tym razem główny bohater nie jest prywatnym detektywem, tylko zwyczajnym (na początku przynajmniej) policjantem, co daje okazję do zaprezentowania kilku zabawnych scenek „z codziennego życia stróżów prawa”. Dość nietypowym dla gatunku akcentem jest również fakt, że Peter Grant ma ciemny odcień skóry – miło, że ktoś wreszcie sobie przypomniał, iż Londyn to wielokulturowy tygiel. Trudno jednak uznać to za wielką oryginalność, zwłaszcza że wszystkie pozostałe elementy idealnie wpisują się w konwencję – mamy więc miasto, w którym obok ludzi egzystują istoty z legend oraz istnieje magia (z jakiegoś powodu to prawie zawsze jest Londyn – co to miejsce w sobie ma?), śledztwo, sporo humoru oraz połączenie wątku kryminalnego z, powiedzmy, wątkiem przygodowym.
Wszystko to zostało naprawdę dobrze napisane, Aaronovitch, nawet jeśli nie jest genialnym autorem, na pewno jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Problem w tym, że ja to już czytałam, zazwyczaj w lepszym wydaniu. Być może nie dużo lepszym, ale jednak lepszym.
Peter Grant niewątpliwie daje się lubić, lecz Harry Dresden zajmuje w moim sercu pierwsze miejsce, fabuła „Rzek Londynu” jest całkiem ciekawa, niemniej intrygi Mike’a Careya wciągają bardziej, stolica Wielkiej Brytanii w wersji „magicznej” została ładnie pokazana (wielkie brawa za scenę, w której bohater podróżuje w przeszłość miasta), jednak wolę Londyn z powieści Kate Griffin, klimat… Ok, z klimatu „Rzek Londynu” rozliczać nie będę, bo Aaronovitch wyraźnie stawia bardziej na humor – niemal co drugie zdanie to jakiś dowcip, najczęściej udany. Może dlatego właśnie książka cieszy się tak wielkim powodzeniem?
Problem być może tkwi również w tym, że jestem fanką kryminałów, a tymczasem „Rzeki Londynu”, choć wątek śledztwa jest na ich kartach bardzo ważny, pisane są bardziej jak przygodówka. Autor – celowo czy też nie, nie potrafię powiedzieć – rezygnuje z podkreślania tajemniczości zbrodni, zaś niektóre kwestie wyjaśniają się zdecydowanie zbyt szybko i zbyt łatwo, zanim czytelnik zdąży się nimi poważniej przejąć. Brutalnie mówiąc: moim zdaniem w wątku morderstwa nie ma wystarczającej dozy napięcia. To niekoniecznie musi być wadą, urban fantasy z natury balansuje na granicy powieści detektywistycznej oraz przygodowej – ja akurat wolę, kiedy więcej jest tej pierwszej, ale wielu czytelników preferuje drugą opcję.
Wygląda więc na to, że jedynym zarzutem, jaki mogę postawić „Rzekom Londynu” jest to, że nie są aż tak dobre, jak się spodziewałam. Cóż, reklama co prawda pomaga w sprzedaży, ale czasem niespodziewanie zwraca się przeciwko wydawcom, bo takie rozczarowanie trudno potem czymś zrekompensować. W moim przypadku skutek był taki, że choć wrażenia po lekturze pierwszego tomu miałam generalnie pozytywne, po drugi jeszcze nie sięgnęłam.

sobota, 1 listopada 2014

Listopadowe aktualności

21 - 23 listopada będę na Targach Książki w katowickim Spodku, dokładnego programu jeszcze niestety nie znam.

Poza tym 25 listopada w siedzibie klubu  w ramach sekcji literackiej odbędzie się otwarte dla ludzi z zewnątrz spotkanie z Jakubem Ćwiekiem, więc gdyby ktoś był zainteresowany, to zapraszam. :-) Spotkanie rozpocznie się o 16:30 i potrwa do 17:00.

(O kryminale już nawet nie wspominam, bo go kończę od dwóch miesięcy i skończyć nie mogę, ale - odpukać - może w listopadzie wreszcie się uda.)

środa, 29 października 2014

Jedwabnik, czyli ostatnio przeczytane

Ciekawe, że chyba wszystkie opinie, jakie czytałam, mówią, że „Jedwabnik” jest lepszy niż „Wołanie kukułki” – otóż moim zdaniem nie, jest słabszy, co prawda niewiele, ale jednak. Najpierw długo nie dzieje się w książce prawie nic, ot, znika pisarz, detektyw gada z ludźmi i gada, a autorka opisuje to, co zna znakomicie, czyli środowisko autorów oraz wydawców (dlaczego ja nigdy na żadnym spotkaniu z wydawcą nie dostałam szampana???). I tu od razu uwaga – otóż Rowling ma ten rzadki dar, który mają tylko najbardziej popularni pisarze (jak King), że potrafi ciekawie pisać o niczym, strony lecą, nic się na dobrą sprawę nie dzieje, a i tak człowiekowi chce się czytać dalej. Wszystko to prawda, niemniej wolałabym, aby na tych pierwszych stronach więcej było intrygi i tajemnicy, wtedy powieść byłaby jeszcze lepsza.
Potem zdarza się morderstwo i ono dla odmiany jest strasznie przekombinowane. Dziwaczne upozowanie zwłok oraz ewidentny związek z ostatnią powieścią zaginionego autora budzą ciekawość, jak Rowling zagadkę rozwiąże. Niestety, wyjaśnienie jest – zwłaszcza w zestawieniu z oryginalnością zbrodni – dość banalne, motywacja zabójcy też nie do końca mnie przekonała. Plus malutki minusik za to, że związek pomiędzy treścią książki a życiem okazał się mieć mniejsze znaczenie niż się spodziewałam.
Wszystko to są zastrzeżenia lekkiego kalibru, pod względem konstrukcji intrygi oraz prowadzenia akcji Rowling (czy też Galbraith) i tak plasuje się znacznie powyżej średniej tego, co jest w księgarniach. Lubię jej zagadki, lubię klimat tych historii, podoba mi się wreszcie, że autorka najwyraźniej wie, o czym pisze.
Nie przepadam natomiast za Cormoranem, co jest o tyle dziwne, że to typowa postać „do lubienia”, facet ciężko doświadczony przez życie, ale wciąż skłonny walczyć, inteligentny, dumny i uparty. Zazwyczaj sympatyzuję z bohaterami o takim zestawie cech, jednak w tym przypadku jakoś nie zaskoczyło i zastanawiałam się, dlaczego właściwie nie. Może powodem jest to, że detektyw Rowling ma mnóstwo cech kliszowatego bohatera noir, ale nic z jego uroku, może fakt, że coś mi w tej postaci zgrzytało. Bo autorka z jednej strony opisuje Cormorana jako mężczyznę, delikatnie mówiąc, mało atrakcyjnego fizycznie (jednonogi, z nadwagą i włosami na głowie przypominającymi włosy łonowe (!), wyglądający na starszego niż jest naprawdę), a z drugiej strony połowa przewijających się przez powieść kobiet koniecznie chce się z tym człowiekiem przespać.
Nie twierdzę przy tym, że kaleki mężczyzna nie mógłby liczyć na zainteresowanie płci przeciwnej, wiem też, że niektóre kobiety wręcz lubią brzydkich facetów, ale to raczej wyjątki, nie reguła. Zresztą sam Cormoran mówi w pewnym momencie, że lecą na niego tylko kobiety w pewnym charakterystycznym typie – a potem nagle się okazuje, że ten typ jest tak powszechny, że nieszczęśnik musi się opędzać od zainteresowanych jak od much. I żeby to zainteresowanie jeszcze rodziło się jakoś później, w toku dłuższej znajomości, można by je tłumaczyć tym, że Cormoran niedostatni fizycznej atrakcyjności nadrabia urokiem osobistym. Ale nie, jedna dziewczyna ledwo naszego detektywa poznała, już ociera się niedwuznacznie i jest gotowa wskoczyć mu do łóżka, druga widzi go po raz pierwszy na przyjęciu i cierpi, bo przyszedł z inną, a ona miała nadzieję, że to będzie „jej” facet. Nie wspominając o napalonej klientce oraz ex-dziewczynie cud urody, gotowej wrócić na jedno skinienie Cormorana (ok, to na upartego może być tylko jego pobożne życzenie). Po prostu nie wierzę. I nie bardzo podoba mi się, jak to jest opisane – niby Rowling zdaje sobie sprawę, że jej bohater momentami zachowuje się jak kompletny buc, ale z drugiej strony jest w opisie tych relacji jakaś ironiczna pobłażliwość, jakby autorka zachęcała czytelników, aby się wraz z nią z tych biednych kobiet pośmiali, coś w rodzaju: patrzcie, jakie głupie baby, myślały, że chłopa sobie złapią, a on biedaczek tak musi kombinować, żeby się wykręcić. No więc sorry, ale mnie to niespecjalnie bawi.
Nawiasem mówiąc, czy mnie się zdaje, czy sekretarka Cormorana TEŻ wydaje się nim w pewnym stopniu zainteresowana? Bo chwilami miałam silne wrażenie, że widmo romansu nieśmiało wychyla się zza horyzontu... Mam szczerą nadzieję, że Rowling nie pójdzie tą drogą, bo dalsze tomy oczywiście przeczytam.


piątek, 17 października 2014

Niektórzy klasycy powinni zostać zapomniani?

Nie ukrywam, że przeczytałam tę książkę głównie dlatego, że nawiązania do niej pojawiły się w serialu „True Detective”, który to serial bardzo mi się podobał. I przyznaję też, że od początku miałam złe przeczucia, bo Chambers to niby klasyk, ale jakiś taki... przykurzony i nieco zapomniany. Do sławy Poego czy Lovecrafta mu daleko i po lekturze właściwie się temu nie dziwię.
Z czterech luźno ze sobą powiązanych opowiadań składających się na „Króla...” podobało mi się tylko pierwsze, w którym autor całkiem zgrabnie wygrywa motyw niewiarygodnego narratora. Niepewność, co tu jest prawdą, a co wytworem chorego umysłu faktycznie nadaje tekstowi fajny rys niepokoju, choć i tu już widać, że Chambers ma skłonność do wrzucania w historię elementów z czapy. Takim elementem są zaaprobowane przez rząd komory śmierci dla samobójców (jakaś historia alternatywna?) – pomysł sam w sobie bardzo dobry, szkoda tylko, że niepowiązany z resztą opowieści.
Drugie opowiadanie jest chyba najsłabsze – i żeby nie być gołosłowną, spróbuję je streścić. Otóż jest sobie czwórka przyjaciół: trzech artystów i dziewczyna, w tym jeden z artystów z dziewczyną tworzą parę i mieszkają ze sobą (chyba) bez ślubu, co jak na koniec XIX wieku jest bardzo śmiałym rozwiązaniem. Artysta ten jest jednocześnie zdolnym chemikiem, który odkrył właśnie roztwór zamieniający żywe organizmy w marmurowe rzeźby i teraz z nim eksperymentuje, zamieniając kwiaty, rybki czy królika. W pewnym momencie dziewczyna artysty wyznaje, że tak naprawdę kocha nie jego, tylko drugiego artystę, który jest jednocześnie narratorem całej historii i z tego wyznania (???) aż dostaje ciężkiej gorączki. Artysta-narrator wcześniej czuł do dziewczyny miętę, ale teraz dręczą go wątpliwości, mówi o jakichś zobowiązaniach (nie wiem, nie ogarniam, wszystko to jest irytująco mętne) – w każdym razie wychodzi na to, że z jakiegoś powodu nie chce/nie może tej miłości odwzajemnić. Przy okazji artysta-narrator też się rozchorowuje (wtf???), a kiedy odzyskuje przytomność, trzeci artysta z paczki mówi mu, że ten pierwszy oraz dziewczyna nie żyją: ona rzuciła się do basenu z roztworem i zamieniła w rzeźbę (bo ukochany jej nie chciał? diabli wiedzą...), on natomiast strzelił sobie w serce. Tym sposobem artysta-narrator zostaje spadkobiercą kumpla, zaś trzeci artysta ma sny, które w założeniu miały zapewne budować atmosferę Niepokoju i Tajemnicy. Po czym artysta-narrator przyjeżdża do odziedziczonego domu, gdzie się okazuje, że zamienione w rzeźby istoty, w tym dziewczyna, wracają do życia, the end. Końcówka – w zasadzie przecież szczęśliwa – nijak ma się do wcześniejszych prób sugerowania jakiegoś zagrożenia, a psychika postaci (zwłaszcza narratora i dziewczyny) jest iście księżycowa, to dramat z życia Marsjan, gdzie zrozumienie, czego ci ludzie nawzajem od siebie chcą i jakie motywacje nimi kierują, przekracza zdolności przeciętnego Ziemianina. Aha, zapomniałabym, jest jeszcze tytułowy „Król w Żółci”, książka, którą w pewnym momencie czyta narrator i która nic wspólnego z resztą fabuły nie ma.
Podobnie mętne jest opowiadanie trzecie – narrator tradycyjnie czyta „Króla...”, czuje niepokój, idzie do kościoła, żeby „doznać ukojenia”, tam zaczyna go prześladować dziwny organista, na końcu zaś... eee... przed bohaterem otwiera się brama do świata z czytanej książki? Chyba. Też jest to mętne, ale opowiadanie od biedy broni się, ponieważ jest krótkie i na upartego wszystkie te niejasności można wytłumaczyć po prostu tak, że kiedy człowiek przeczyta „Króla...” to zaczynają się wokół niego dziać dziwne rzeczy.
Niestety, wyjaśnienie to nie działa w przypadku opowiadania czwartego, gdzie bohaterowie też oczywiście czytają „Króla...”, ale dopiero pod sam koniec, gdy „dziwne rzeczy” hulają już na całego. Znowu ucieknę się do streszczenia. Otóż jest sobie malarz, który pewnego dnia, malując modelkę, widzi przez okno pracowni odrażającego z wyglądu człowieka. Zaraz potem jego obraz psuje się, nabierając dziwnych barw, a modelka opowiada sen, jaki kiedyś miała – w tym śnie odrażający człowiek (nawiasem mówiąc, stróż z pobliskiego kościoła) powoził karawanem, zaś w trumnie leżał żywy jeszcze malarz. Wkrótce narrator dowiaduje się, że paskudny cieć jest czymś w rodzaju żywego trupa (odpadają mu palce, jak mocniej ścisnąć), a modelka wyznaje bohaterowi miłość. On co prawda zainteresowany specjalnie nie jest (rozpoznajemy schemat, prawda?), ale całuje ją jakoś tak odruchowo i ma nadzieję, że dziewczyna się znudzi, zanim dojdzie do poważniejszych deklaracji. Potem sam malarz ma sen z karawanem, dziewczyna daje mu w prezencie znalezioną gdzieś broszę z dziwnym symbolem, zaś bohater słyszy w głowie pytanie: „Czy znalazłeś już Żółty Znak?” Następnie oboje czytają „Króla w Żółci” i wpadają na to, że Żółtym Znakiem jest właśnie brosza – jednak jest za późno, po broszę przychodzi cieć-zombi, dziewczyna umiera (chyba ze strachu, bo innego powodu jako żywo nie ma), zombie jak to zombie zaczyna się rozkładać, a bohater-narrator, po spisaniu rzeczonej historii, również szykuje się na śmierć – i też nie wiadomo właściwie, czemu. Z wrażenia? Z imperatywu narracyjnego?
Nie pytajcie, kim właściwie był gnijący stróż, czemu akurat ci bohaterowie, a nie dowolni inni dostali „Żółty Znak”, o co chodziło ze snem o pogrzebaniu żywcem (żadna z postaci w ten sposób nie skończyła) itp. Opowiadanie to kilka „strasznych” motywów wrzuconych w tekst bez większego ładu i składu, po czym zlepionych pretekstową fabułą, akcję popychają do przodu zbiegi okoliczności oraz bezsensowne zachowania postaci, a całość zdecydowanie bardziej irytuje ogólną mętnością, niż niepokoi. Jeśli chodzi o grozę, polecam Poego albo Lovecrafta, Chambersa można sobie darować – chyba że ktoś, jak ja, jest fanem serialu.

  

piątek, 10 października 2014

Serialowo - październikowo

Po kilku odcinkach, które były przede wszystkim nudne, a na drugim miejscu dopiero głupie, już myślałam, że nie doczekam się w finale moich ulubionych facepalmowych motywów. Na szczęście ostatni odcinek pod tym względem nie zawiódł, albowiem gdyż:
Po pierwsze dowiadujemy się z niego, że dziesięcioletnie mniej więcej dziecko w czasie wampirzej apokalipsy najbezpieczniejsze będzie u boku ojca, który zmierza właśnie do gniazda krwiopijców, żeby zabić ich Mistrza. W rezultacie tego mały dostaje srebrny mieczyk i instruowany jest, jak obciąć komuś głowę. Taaa...
Po drugie dowiadujemy się, że wystarczy wyrzucić z balkonu jedną osobę i już wampiry w Nowym Jorku mogą hasać spokojnie, nikt nie wprowadzi stanu wyjątkowego, kwarantanny ani nic, bo reszta świata tradycyjnie miasto olewa.
Po trzecie wspomniany dzieciak, rzekomo inteligentny oraz nad wiek dojrzały, udaje atak astmy, żeby wrócić do potencjalnie niebezpiecznego domu po pozostawiony tam album ze zdjęciami. Po co mu on, nie wiadomo, wcześniej chłopak nie wydawał się przesadnie sentymentalny czy przywiązany do starych fotek, ale taki już urok tego serialu, że postaci robią nie to, co wynikałoby z ich charakteru, tylko to, co pozwala popchnąć do przodu fabułę.
Po czwarte tatuś chłopaczka oczywiście symulowanym atakiem astmy się przejmuje i leci do domu po inhalator (czy takie urządzenie nie powinno być dostępne w pierwszej z brzegu aptece?), potem oczywiście zabiera dzieciaka do środka, zamiast powiedzieć coś w rodzaju: „Ok, ja ci ten inhalator przyniosę, a ty poczekaj w samochodzie”, zaś kiedy orientuje się, że dziecku chodziło o zdjęcia, zajmuje się... ich oglądaniem, zamiast brać nogi za pas. Nikogo chyba nie zdziwi, że właśnie w tej chwili wpadnie do domu zwampirzona była żona? Rozumiem, że scenarzyści chcieli w ostatnich scenach skonfrontować Epha oraz jego przemienioną ex, ale naprawdę można było doprowadzić do tego spotkania na mnóstwo innych, sensowniejszych sposobów, zamiast ciągnąć łańcuch tak idiotycznych zachowań.
Dodajmy do tego raczej kuriozalną Ostateczną Rozgrywkę z wąpierzami (no, prawie ostateczną, będzie przecież drugi sezon) oraz budzące nerwowy chichot próby dodania dramatyzmu poprzez pokazywanie, jak pod wpływem Traumatycznych Wydarzeń bohaterowie popadają w nałogi, a otrzymamy w rezultacie jeden z najgorszych seriali, jakie zdarzyło mi się widzieć: źle napisany, z kiepskimi efektami specjalnymi (Mistrz wygląda jak przerośnięty goblin zrobiony z plasteliny przez obdarzonego mroczą wyobraźnią przedszkolaka) i absolutnie pozbawiony napięcia. Dlaczego coś takiego zostało przedłużone na drugi sezon – nie mam pojęcia, ratuję się jedynie myślą, że być może część widzów ogląda „The Strain” tak, jak ja, tzn. dla czystej radochy zobaczenia czegoś, co jest tak niewiarygodnie złe.
A w drodze na Copernicon obejrzałam sobie do końca porzucony niegdyś „Helix”. I jak to czasem zmienia się perspektywa, bo po „The Strain” „Helix” wcale nie wydaje się taki kiepski. Jasne, fabuła składa się głównie z klisz, a bohaterowie-naukowcy zachowują się momentami, jakby grali w „Prometeuszu”, ale i tak do poziomu „The Strain” temu daleko. Ponadto „Helix” wygrywa tym, że – abstrahując od poziomu scenariusza – jest całkiem nieźle zrealizowany. Znaczy, jeśli twórcy „Helixa” wymyślą sobie malowniczo-straszną scenę, to ta scena niezależnie od jej sensowności zazwyczaj faktycznie jest malowniczo-straszna, podczas gdy próby robienia tego samego w „The Strain” kończą się co najwyżej głupawką u widza. Można sobie testowo porównać dwie sceny: otwierającą z „Helixa” oraz jedną z ostatnich z pierwszego odcinka „The Strain” (tę w kostnicy, z wstającymi ciałami). Obie oparte są na tym samym pomyśle skontrastowania radosnej muzyczki z horrorową akcją, ale o ile w „Helixie” daje to naprawdę fajny creepy efekt, o tyle w „The Strain”, gdy ożywione wąpierze rzucają się na patologa, wygląda to tak, że całości brakuje tylko podpisu „group hug”.
„Helix” w ogóle ma dobrze dobraną muzykę i jest ładny, powiedzmy, kolorystycznie (te chłodne wnętrza i dla kontrastu czerwone ubrania epidemiologów), efekty komputerowe za to wypadają kiepsko, ale na szczęście nie ma ich dużo. W dół ciągną też powiązania między bohaterami i zwroty akcji jak z brazylijskiej telenoweli oraz stosowne do tego dialogi, nie wspominając już o tym, że wszyscy (może z wyjątkiem Hiroshiego) mają osobowości płaskie jak deski do prasowania. Pod tym względem wolę jednak „The Strain”, bo Eph to postać co prawda koncertowo skopana, ale przynajmniej mająca na starcie jakiś potencjał, który gdzieś tam w nielicznych momentach przebłyskuje, podczas gdy dr Farragut nigdy żadnego potencjału nie miał, facet od początku pomyślany był jako przerośnięty skaut, mówiący frazesami i zbolałą miną wyrażający troskę o wszystkich wokoło. Czy warto serial oglądać? Moim zdaniem nie, chyba że ktoś naprawdę bardzo lubi horrory i naprawdę nie ma nic lepszego do zrobienia – u mnie zadziałały oba te czynniki.
Ponadto obejrzałam pierwszy odcinek „Gotham” i daleka jestem od zachwytu. Na komiksach się co prawda nie znam (przeczytałam w życiu cały jeden), więc może czegoś nie łapię, ale kurczę, przecież ten serial niewiele różni się od dowolnej produkcji typu „nowy glina w skorumpowanym mieście” – widziałam to wiele razy i naprawdę nie mam ochoty po raz kolejny, niezależnie od tego, czy w tle plącze się małoletni Batman, czy nie. Ukłonem w stronę komiksu jest tu, jak mniemam, fakt, że charaktery postaci są rysowane bardzo grubymi kreskami – jak ktoś jest zły, to niemal karykaturalny, jak dobry, to tak, że szlachetność mało mu uszami nie wycieka. Starałam się polubić Gordona, naprawdę, bo generalnie jestem zwolenniczką miłych facetów, ale po prostu się nie dało, gość jest tak nudny, że oczy mi się na sam jego widok zamykały. Poza tym drętwe dialogi, zero wzruszeń (przy morderstwie rodziców Batmana nic we mnie nie drgnęło), a jeśli chodzi o fabułę... no, jakaś tam jest, ale jak dotąd nie znalazłam w niej nic ciekawego. Może potem się rozkręca, nie wiem.

Na szczęście jest jeszcze „Homeland”, który po resecie w postaci pozbycia się Brody’ego (nareszcie!) chyba złapał drugi oddech, bo zaczyna się bardzo fajnie – zwłaszcza scena wywlekania z samochodu robi spore wrażenie. Poza tym Carrie tradycyjnie ma problemy, jest egocentryczna i raczej... nieszczególnie sympatyczna (co nie zmienia faktu, że i tak ją lubię), a Quinn dla odmiany nietradycyjnie zaczyna się łamać, co jest o tyle dziwne, że wcześniej kreowany był na faceta, na którym zabijanie nie robi większego wrażenia. Nie rozumiem więc, czemu akurat teraz, ale niech tam, jest interesująco, a to najważniejsze.

poniedziałek, 6 października 2014

Copernicon oraz Imladris

Byłam ostatnio na dwóch konwentach: Coperniconie oraz Imladrisie. Copernicon, oprócz tego, że odbywa się w absolutnie uroczym Toruniu, okazał się bezkonkurencyjny w kwestii opieki nad autorami. Kiedy przyjechałam, organizatorzy już dzwonili z pytaniem, czy potrzebuję transportu z dworca (powiedziałam, że nie, ale troskę doceniłam), w hotelu czekała osoba pomagająca przy akredytacji (bo akredytacja dla autorów była właśnie w hotelowym holu, co eliminowało konieczność stania w kolejce), sam hotel okazał się bardzo elegancki, a jakby tego wszystkiego było mało, przed poszczególnymi punktami programu do uczestników dzwonił ktoś z organizatorów z pytaniem, czy o swoich punktach pamiętają, czy nie trzeba ich do sali zaprowadzić itp. :). Poczułam się jak prawdziwy VIP i momentami miałam wręcz napady paniki (Ratunku! Co ja tu robię, to wszystko jest dla znacznie lepszych autorów niż ja!).
Do teraz uczucia mam mieszane, bo z jednej strony było mi cholernie przyjemnie, a z drugiej wciąż gryzie mnie sumienie, bo generalnie jestem zwolenniczką tego, żeby autorzy brali udział w konwentach jak wszyscy inni uczestnicy, tzn. płacili normalnie za akredytację, noclegi i przejazd. Wiem, wychodzę w tym momencie na hipokrytkę, ale co poradzę, że pieniędzy nie mam, a pokusie bycia na konwencie czasem trudno się oprzeć. Chyba mam słaby charakter albo coś... :(
Drugim konwentem był Imladris, kameralny, podobny nieco w stylu i klimacie do konwentów sprzed dziesięciu lat, co obudziło we mnie sentymentalne wspomnienia. A z drugiej strony było tam parę ciekawych nowych rozwiązań, np. rozsyłane mailem kody, które trzeba było wydrukować i pokazać przy wejściu, dzięki czemu proces akredytacji zajmował tyle, co zeskanowanie kodu plus wydanie plakietki oraz programu. Bardzo dobry pomysł.
Nie jestem natomiast pewna, co myśleć o spotkaniach autorskich na wzór worldconowych, tzn. nie publiczność na sali i autor przepytywany przez prowadzącego, tylko swobodna rozmowa przy stoliku z grupą 5-10 osób. W przypadku autorów wygadanych to pewnie fajny pomysł, ale jeśli nieśmiały, małomówny autor trafi na nieśmiałych, małomównych uczestników takiego spotkania... powiedzmy, że było to dziwne i nieco surrealistyczne przeżycie („No, powiedz coś!” Chwila niezręcznego milczenia: „Nie, ty coś powiedz” :-) Na szczęście moi dyskutanci, oprócz tego, że introwertyczni, okazali się też grupą przeuroczych, bardzo sympatycznych ludzi, więc wspomnienia mam generalnie pozytywne – ale drugi raz chyba na takie spotkanie namówić się nie dam.
Rewelacyjnym pomysłem okazało się też, żeby do paneli brać nie tylko autorów, ale po prostu fanów, którzy na danym temacie się znają, w rezultacie czego w niektórych dyskusjach nie było ani jednego szerzej znanego nazwiska, za to uczestnicy naprawdę wiedzieli, o czym mówią. To jest tak proste i genialne, że zastanawiam się, jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł. Czemu organizatorzy innych konwentów tak bardzo upierają się, że dyskutować muszą przede wszystkim autorzy? Znaczy, ok, znane nazwiska pewnie przyciągają większą publiczność, niemniej dobieranie panelistów z klucza wyłącznie autorskiego prowadzić może do tego, co przeżyłam swego czasu na Dniach Fantastyki, kiedy to grupa osób twardo zgadywała odpowiedzi na pytania w rodzaju: „Dlaczego w polskich legendach bardzo popularny jest motyw diabła”. I jeśli ktoś chciałby w tym momencie zapytać, co ja właściwie na Imladrisie robiłam w panelu o kolonizacji światów, to informuję, że nic, byłam tam przez przypadek (wiem, moja wina, mogłam powiedzieć organizatorom, że się na tym kompletnie nie znam). Moi dwaj dyskutanci, PWC oraz Toudi, z których żaden pisarzem nie jest, okazali się o niebo bardziej kompetentni.

piątek, 3 października 2014

Domenic Jordan w wersji audio :)

4 listopada nakładem wydawnictwa Storybox ukaże się audiobook "Diabła na wieży", a miesiąc później, 2 grudnia, audiobook "Zabawek diabła". Okładki na załączonych obrazkach - Domenic Jordan wygląda na nich co prawda trochę jak chory na gruźlicę Dorian Gray, ale kruki za to są ładne. ;>



środa, 1 października 2014

Październikowe aktualności

3 października będę w Kędzierzynie Koźlu na Nocy z Fantastyką, która zaczyna się o godzinie 17:00, a kończy o 19:00 (jak widać, krótka ta noc ;). Spotkanie odbędzie się bibliotece, w filii nr 5 przy ulicy Damrota 32. Poza mną będą jeszcze Michał Cholewa, Frantiska Vrbenska (czeska autorka fantastyki) oraz Elżbieta Gepfert i Piotr W. Cholewa. Więcej informacji tu.
A następnego dnia, w sobotę, wybieram się do Krakowa na Imladris.
Będę na następujących punktach programu:
14:00 - 14:30 - spotkanie autorskie
15:00 - 15:30 - spotkanie z laureatami nagrody im. Janusza A. Zajdla
17:00 - 18:00 - panel: Kolonizacja nowych światów

Poza tym kończę książkę, kryminał bez elementów fantastyki. Jak już go napiszę, będę się zastanawiać, co z nim dalej zrobić.




środa, 17 września 2014

The Strain, odcinek 10

W odcinku dziesiątym „The Strain” złoty medal za najgłupsze zachowanie przypadł szczurołapowi & hakerce. Na co oni właściwie liczyli? Że zadziała plan „Wejdę sobie tak po prostu do siedziby Bardzo Złego i Bardzo Bogatego faceta z laską, którą tenże facet doskonale zna, i na pewno nikt się nie zorientuje”? Mam nieodparte wrażenie, że to kolejny motyw z cyklu „Wymyśliłem fajną scenę, ale nie wiem, jak do niej doprowadzić”, bo właściwie po co Dutch tam idzie? Mam uwierzyć, że to jedyne miejsce, z którego da się ten internet naprawić? Plus gdzie właściwie są ci jej „ludzie”? Czy oni nie powinni aby pracować z nią nad naprawieniem internetu, skoro pracowali nad zepsuciem?  

Eph zirytował mnie tym razem tylko rządzeniem się w nie swoim domu, co absurdalnie podpiera autorytetem CDC – że niby szefostwo „uczyniło go odpowiedzialnym” za sytuację w mieście, czy jakoś tak. LOL, po pierwsze, facet został zawieszony w obowiązkach służbowych i nawet aresztowany, a po drugie, nawet gdyby wciąż był szefem Kanarka czy jak mu tam, to nijak nie dawałoby mu prawa decydowania, kto może, a kto nie może przebywać w domu Setrakiana. Nie żeby reakcja hakerki, obrażającej się jak pięciolatka i dzielnie ruszającej w pełen wąpierzy mrok, była wiele mądrzejsza...

Plus motyw z internetem ogólnie budzi, delikatnie mówiąc, moje wątpliwości  – serio da się wyłączyć/zwolnić internet w wielkim mieście i to na dłuższy okres czasu (co najmniej kilka dni)? No dobra, nie znam się na tym, niech więc będzie, ale działający internet czy nie, to nadal jest gigantyczna metropolia leżąca na zaludnionym cywilizowanym kontynencie, a nie dziewiętnastowieczna osada w Appalachach, gdzie wystarczy popsuć jedyny telegraf, żeby odciąć mieszkańców od świata. Do tej pory w mieście powinien być wprowadzony stan wyjątkowy, wojsko na ulicach, diabli wiedzą co... Bo przecież już chyba ktoś poza naszymi milusińskimi się zorientował, że to nie jest „zwykła” epidemia, prawda? Ganiające po mieście wąpierze, walające się tu i ówdzie zwłoki o mocno nieludzkiej biologii, nagły wzrost dziwnych ataków & zabójstw – to powinno, jak mniemam, dać komuś do myślenia?

niedziela, 14 września 2014

Copernicon + The Strain

Jak już pisałam, 19-20 września będę na Coperniconie. A oto mój konwentowy plan:

piątek o 21:00 - panel "Seks w imię fantastyki...?"
sobota o 11:00 - spotkanie autorskie
sobota o 12:00 - panel "Damsel in Distress czy SFP (Strong Female Protagonist)? - o kobietach w literaturze fantasy"
sobota o 13:30 - dyżur autorski
sobota o 14:00 - panel "Fantastyczni idole"
sobota o 15:00 - warsztaty literackie

Jeśli ktoś czuje się zainteresowany, zapraszam!

A tymczasem w ósmym odcinku mojego ulubionego ostatnio „The Strain” bohaterowie zachwycają się, że być może są na dobrej drodze do wynalezienia LEKU na wampiryczną zarazę ponieważ udało im się wyciągnąć robala z ciała zainfekowanego. Co ma jedno wspólnego z drugim, nie wiem. I nie, z tym optymizmem nie poczekali nawet, żeby zobaczyć, czy wyciągnięcie robala cokolwiek dało (hint: nie dało). Poza tym tradycyjnie urządzenia elektroniczne działają, kiedy scenarzystom jest wygodnie, a bohaterowie zachowują się czasem idiotycznie, ale... przyznaję, że nad tym odcinkiem akurat nie mam sumienia się znęcać, bo był najsensowniejszy z dotychczasowych, może dlatego, że najwięcej w nim było akcji, stąd ewentualne głupie zachowania można było wytłumaczyć paniką, stresem etc.
Jednej tylko sceny się czepnę, a mianowicie tej, kiedy Vas strzela do zainfekowanego Jima - w zamierzeniu miało to chyba pokazać, że facet jest twardzielem, który robi to, co trzeba, kiedy inni nie potrafią, nawet jeśli jest to wysoce nieprzyjemne i nawet jeśli potem wszyscy mieliby go znienawidzić (do czasu, oczywiście). Jeśli taka była idea, to sorry, ale nie wyszło, akurat w tym przypadku moja sympatia jest po stronie Epha i Nory, a Vas wychodzi na bezdusznego buca i w dodatku idiotę. Przecież, na litość boską, nie trzeba było Jima zabijać już, teraz, natychmiast, do przemiany w wąpierza było mu daleko (nie wiadomo, ile to trwa, bo serial podaje sprzeczne informacje, ale na pewno nie jest to kwestia minut, a co najmniej godzin, jeśli nie dni). Spokojnie mogli gościa zabrać ze sobą, a decyzję co do jego losu podjąć później, nie mówiąc już o tym, że zarażony, chętny do współpracy człowiek byłby na wagę złota przy próbach ustalenia, jak postępuje zwampirzenie, czy coś może je ewentualnie spowolnić/cofnąć skutki/uratować przyszłe ofiary/cokolwiek.
I nie, zastrzelenie Jima nie przyśpieszało ucieczki całej reszty, bo można się było spodziewać, że kumple stygnącego trupa zareagują raczej histerią/złością (a więc będzie więcej wrzasków zamiast konkretnego działania), a nie stwierdzeniem: „O, zabiłeś naszego przyjaciela, ok, to może chodźmy już stąd.”

W dziewiątym odcinku za to dostałam po głowie stwierdzeniem, że Eph i Nora kochali zmarłego tragicznie Jima Kenta. Nie lubili, tylko kochali, właśnie tak. W pierwszej chwili lekko opadła mi szczęka, w drugiej pomyślałam sobie, luz, widać Amerykanie mają dla słowa „kochać” szersze zastosowanie niż Polacy i określają tak np. sympatię żywioną do kolegi z pracy. Ale nie, bo później Eph oznajmia, że widok robala pod skórą kumpla „był najgorszym momentem jego życia”. Rozumiem, że odejście ukochanej żony zabierającej ukochane dziecko, dokonanie pierwszego w życiu zabójstwa (co z tego, że na zarażonym), tudzież dowiedzenie się, że wampiry istnieją i zamierzają opanować świat, zniósł lepiej. Ok, różni ludzie mogą mieć różne skale traumatycznych wydarzeń, ale jednakowoż trochę się zdziwiłam.
Nawiasem mówiąc, po co właściwie Eph i Nora zostali sami w domu ex-żony Epha? (nie przyjmuję do wiadomości oczywistej odpowiedzi: żeby się mogli ze sobą przespać). Żeby spalić zwłoki Matta? Niby Setrakian gdzieś tam twierdzi, że palenie zarażonych jest konieczne, niby część trupów bohaterowie faktycznie palą, ale też sporą część zostawiają, jak leżą, i nikt się nimi jakoś specjalnie nie przejmuje. Zresztą nawet jeśli musieli te zwłoki spalić i to tak, żeby dzieciak nie widział, mogli to zrobić od razu, wysyłając np. dzieciaka razem ze staruszkiem do samochodu, żeby tam poczekali, podczas gdy reszta zajmie się trupem – wyniesienie na tyły domu i podpalenie jednego martwego faceta nie powinno chyba zająć dużo czasu?
            Tu pojawia się inny problem, a mianowicie, czy te robale po śmierci nosiciela w końcu obumierają czy nie? Bo jeśli nie, jeśli po odcięciu wąpierzowi łba i rozchlapaniu „krwi” robale rozpełzają się, to żadne palenie zwłok nie pomoże, tu trzeba całą chałupę sfajczyć albo przynajmniej porządnie zdezynfekować. A jeśli obumierają, po co palić trupa?
            Ogólnie mam wrażenie, że scenarzyści mają problem jak niektórzy początkujący autorzy, tzn. wymyślają jakąś „fajną” scenę, ale już nie zastanawiają się nad tym, jak sensownie połączyć ją z resztą fabuły, uzasadnienia albo w ogóle brakuje, albo pojawia się jakieś mętne tłumaczenie typu: „Twój ojciec musi zrobić to, co musi zrobić” (co w kontekście przespania się z koleżanką z pracy brzmi przezabawnie).
Niemniej i tak jest lepiej niż w pierwszych odcinkach, może dlatego, że, jak zgaduję, od początku to miała być raczej przygodówka post-apo w stylu „grupa uzbrojonych po zęby sprawiedliwych idzie przez wymarłe miasto, po drodze kopiąc wampirze tyłki”* i kiedy serial wreszcie dotarł do tego etapu, twórcy poczuli się trochę swobodniej. Wcześniej fakt, że pozytywni bohaterowie to epidemiolodzy, tylko ich krępował, bo cały czas trzeba było pilnować, żeby Eph i Nora nie zrobili niczego mającego choć trochę sensu (serial skończyłby się wtedy po trzech odcinkach). Teraz zawód bohaterów w większości sytuacji nie ma znaczenia, ważne jest, że pozytywni mają pistolety na srebrne kule i tak malowniczo obcinają wąpierzom głowy. Mam wrażenie, że od ósmego odcinka serial leci głównie schematami z kina klasy B, np. świeżo upieczony wąpierz w samochodzie-więźniarce nie jest w stanie trafić w „dobrego” gościa, choć ten siedzi naprzeciwko i jest unieruchomiony, ale w znajdującego się znacznie dalej „złego” bez trudu trafia, wystrzeliwując ssawkę przez niewielkie okienko itd. Owszem, nadal to wszystko jest mądre inaczej, ale przynajmniej już tak nie irytuje.
A żeby nie było, że nic mi się w „The Strain” nie podoba, to przyznam, że jestem wielką fanką peruki Coreya Stolla. Te sterczące we wszystkich kierunkach włosy mają... pewien urok. :-)



*Trochę przesadzam, wiem. Ale tylko trochę.

piątek, 12 września 2014

e-bookowe wznowienie "Trzynastego anioła"

Dzisiaj premierę ma e-book "Trzynastego anioła" z nową lepszą okładką (na obrazku obok) oraz nowym lepszym blurbem (poniżej), za który dziękujemy Cintryjce.
Wydane przez Powergraph, oczywiście.

Kryminał w konwencji urban fantasy, w którym w niebanalnej scenografii rozgrywa się dynamiczna, precyzyjnie rozplanowana intryga.

Aniołowie zostawili Arlenowi magię, Tangarze - technikę. Granicą jest rzeka Getteim. Ludzka pomysłowość nie zna jednak żadnych granic - Aimeric Tyren wybudował na rzece miasto, w którym łączą się obie rzeczywistości, a technika współistnieje z magią. Budowniczy umarł, a jego dziełu grozi Apokalipsa. Zapobiec jej może tylko jego syn, Meric Tyren, jeżeli zdoła odnaleźć anioła o imieniu Joel. Pomogą mu w tym prywatny detektyw o anielskim imieniu i jego asystentka - kobieta uwięziona w ciele dziecka.

środa, 10 września 2014

Mała zmiana planów - spotkanie we Wrocławiu

Nastąpiła mała zmiana planów - w najbliższą sobotę będę nie na Asuconie, tylko we Wrocławiu na spotkaniu z laureatami nagrody im. Janusza A. Zajdla. Znaczy, konkretnie, spotkanie ze mną odbędzie się 13 września o godz. 16:00 a spotkanie z Krzyśkiem Piskorskim dzień wcześniej, o 19:00.

Na oba spotkania zapraszam do Ośrodka Kultury Fantastycznej na ulicy Kościuszki 35E (IIp).

A w niedzielę z kolei o 12:00 będę w Chrzanowie na rozstrzygnięciu kolejnej edycji konkursu literackiego Pigmalion Fantastyki, organizowanego w ramach Chrzanowskich Dni Fantastyki - jestem tam jurorką, pozostali jurorzy to Michał Cholewa oraz Paweł Majka.

Nie sądzę, żeby ktoś z przysyłających teksty na konkurs czytał tego bloga, ale jeśli tak i jeśli ktoś pożąda wiedzy, dlaczego jego opowiadanie odrzuciliśmy/wybraliśmy do finału, może pisać na anneke(małpa)poczta.onet.pl - spróbuję odpowiedzieć. ;) Znaczy, mogę się podzielić własnymi wrażeniami, za wrażenia pozostałych jurorów nie odpowiadam. :-)

poniedziałek, 8 września 2014

Polcon 2014 oraz nowy numer NOL-a

Na początku od razu się pochwalę – moje opowiadanie „Człowiek nieciągły” wygrało w kategorii opowiadanie, w związku z czym mam teraz cztery statuetki Zajdla, które na półce wyglądają tak, jak na zdjęciu. :-)





A wrażenia z konwentu mam bardzo pozytywne. Co prawda niewiele punktów zaliczyłam, bo głównie siedziałam i poprawiałam książkę, niemniej to, co zdołałam zobaczyć, przypadło mi do gustu.

Co mi się podobało na tegorocznym Polconie:

- ZERO kolejki do akredytacji!
- Kiedy się akredytowałam, zabrakło informatorów konwentowych. Być może dziwnie wygląda wymienianie tego w pozytywach, ale ja się ucieszyłam, bo nie lubię tych cegieł – w zupełności wystarczą mi kartki z tabelką programową i mapką okolicy. Informatory zazwyczaj tylko zajmują miejsce w plecaku i do niczego się nie przydają.
- Porządna mapka, porządnie pooznaczane sale, wszędzie łatwo było trafić.
- Był internet, yay!
- Gżdacze (przynajmniej ci, których ja spotykałam) byli ogarnięci i wiedzieli, co robią.
- Budynki konwentowe znajdowały się blisko siebie, dzięki czemu nie trzeba było przebiec połowy miasta, żeby dostać się z prelekcji na prelekcję.
- Z konwentu blisko było na rynek, a tym samym i do knajp w centrum.
- Bielsko jest prześliczne i pełne niespodzianek, np. wchodząc w boczną uliczkę niedaleko rynku, można znaleźć prywatne muzeum im. W. Reymonta, prowadzone przez człowieka, którego pasją od lat jest RĘCZNE PRZEPISYWANIE książek tegoż autora. Do tego facet ma talent plastyczny: robi okładki oraz ilustracje, maluje zainspirowane literaturą obrazy itp. Polecam, człowiek jest bardzo sympatyczny i jeszcze bardziej ekscentryczny. Wstęp do muzeum za darmo, można zostawić datek.
- Wystawienie akredytacji oraz części stoisk na zewnątrz – sprawdzało się, zwłaszcza że przez większość czasu była ładna pogoda.
- Na Gali Zajdlowej dziewczyna śpiewała piosenki z filmów („Hobbit” oraz „Piąty element”) – nie żebym się na tym znała, ale moim zdaniem wyszło znakomicie. Poza tym gala była zdumiewająco... prosta, bez wodotrysków, pomysłów w stylu odgrywania scenek, wprowadzania ludzi przebranych za coś tam itp. Takie atrakcje, owszem, bywają bardzo fajne, ale niestety mają też tendencje do niespodziewanego wykrzaczania się w połowie imprezy, co już fajne nie jest, podczas gdy szlachetna prostota przynajmniej pozwala gładko przejść przez całość (trochę wpadek było, ale to drobiazgi).
- Przedstawienie po gali zatytułowane Kiedy Cthulhu poznał Atlach-Nachę” – trochę melancholijne, a trochę zabawne, z zastrzeżeniem, że to mocno czarny humor.

Co mi się nie podobało:

- Nie udało mi się wejść na prowadzoną przez kumpla z klubu prelekcję o „Grze o tron” z punktu widzenia Lannisterów, chlip – sala była ewidentnie za mała i ludzie się nie mieścili (nie żebym miała pretensje do organizatorów, bo czasem trudno przewidzieć, która prelekcja będzie miała dużą, a która małą publikę).

I to chyba tyle, więcej minusów nie pamiętam.

Poza tym jest już nowy numer NOL-a, a w nim opowiadania: Małgorzaty Binkowskiej, Szymona Gonery, Katarzyny Kubackiej oraz Andrzeja Trybuli, a także wstępniak autorstwa Kasi, który sam w sobie jest ciekawym tekstem. ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Wrześniowe aktualności

We wrześniu będę na trzech konwentach. Pierwszym jest oczywiście Polcon, który w tym roku odbędzie się w dniach 4-7 września w Bielsku-Białej, w następny weekend powinnam wpaść na Asucon w Katowicach, a  jeszcze później, czyli 19 września wybieram się do Torunia na Copernicon.

Na Polconie wezmę udział w dwóch panelach: o literaturze młodzieżowej oraz urban fantasy, jest już nawet program, ale tabelka w exelu mnie przerasta i nie bardzo potrafię doczytać, kiedy właściwie te panele są. Tak czy inaczej dobra wiadomość: w obu bierze udział Kuba Ćwiek, co oznacza, że a) będzie mnóstwo ludzi i będę mogła sobie wyobrażać, że przyszli tam dla mnie :) b) nie będę musiała się odzywać. :)

Na Coperniconie też mam ze trzy panele plus spotkanie autorskie (nie wiem jeszcze, kiedy)  plus podobnie jak na tegorocznej Avangardzie poprowadzę z Agnieszką Hałas warsztaty literackie. Osoby chętne proszone są o nadsyłanie do 16 września krótkich tekstów lub fragmentów (do 10 tys. znaków) na adres: anneke(małpa)poczta.onet.pl

Na wszystkich tych konwentach osoby chętne mogą mnie łapać pomiędzy punktami programu. Można także napisać wcześniej i umówić się, jeśli ktoś sobie życzy, hmm, no nie wiem, pochwalić mnie albo skrytykować osobiście czy coś. :-)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Zajdel 2013 - powieści

Nominowane opowiadania za mną, przyszła pora na powieści. Jak wcześniej, swoją z oczywistych względów pominęłam i skupiłam się na pozostałych. Oto garść wrażeń po lekturze:

1. O „Sezonie burz” już pisałam, teraz będzie krótka powtórka:  no więc nadal nie wiem, czy to jest dobra książka, czy nie. Znaczy, pod pewnymi względami niewątpliwie jest: czyta się ją lekko i z ciekawością (czyli tak, jak się powinno czytać rozrywkową przygodówkę), niektóre sceny potrafią rozbawić, inne wzruszyć, a całość przywołuje miłe wspomnienia powrotu do czasów, kiedy człowiek po raz pierwszy zachwycał się sagą. Gdyby z powieścią na takim poziomie przyszedł do wydawnictwa debiutant, prawdopodobnie zostałby przyjęty z otwartymi ramionami. Jednak to nie jest książka debiutanta, a Andrzeja Sapkowskiego i jak na tego autora „Sezon burz” jest... może nie tyle słaby (do „Żmii” mu daleko), co jednak słabszy niż inne wiedźmińskie teksty. Fabuła jest literackim Frankensteinem pozszywanym z różnych kawałków, godnych zapamiętania onelinerów nie ma wiele, humor czasem lata niebezpiecznie blisko ziemi (te pierdzące strażniczki, auć), zaś sam główny bohater momentami sprawia wręcz antypatyczne wrażenie – choć to ostatnie być może jest celowym zabiegiem, skoro akcja „Sezonu...” dzieje się przed „Wiedźminem”, czyli w czasach, kiedy Geralt nie był jeszcze tak ludzki jak w późniejszych opowiadaniach czy sadze. Tak czy inaczej: nie jest to mój zajdlowy faworyt, ale jeśli wygra, płakać nie będę.

2. Z „Holocaustem F” miałam chyba największy problem, bo z hard SF z różnych powodów mi nie po drodze. Mówiąc uczciwie: po prostu czasem (często?) mam problem ze zrozumienie tekstów z tego gatunku. „Holocaust” nie jest wyjątkiem, choć wydaje mi się – powtarzam, WYDAJE SIĘ – że jednak mniej więcej zrozumiałam, o co w nim chodzi. Co ciekawe, gubić się zaczęłam nawet nie tyle w technicznych szczegółach, co w całym tym religijnym mambo-jambo, którego im dalej w fabułę, tym było więcej. Niemniej to, co ogarnęłam, mi się podobało. Jeśli chodzi o czynnik „Wow, ale to fajnie wymyślone!”, książka zostawia konkurencję daleko w tyle, wyobraźnia autora, rozmach wizji, doprecyzowanie tego wszystkiego – to naprawdę robi niesamowite wrażenie. Niektóre sceny same w sobie warte są Zajdla, inne z kolei trochę przynudzają (nie bijcie, ale nigdy nie lubiłam bitew, jedyną, jaka kiedykolwiek mi się podobała, była bitwa pod Brenną u Sapkowskiego). Zabrakło też trochę, sama nie wiem, może uczuć? W każdym razie jakoś nie potrafiłam przejąć się losami głównego bohatera. Może dlatego, że facet jest tak kompletnie inny i z mojego punktu widzenia „nieludzki”, że trudno się w niego wczuć, choć z drugiej strony taki np. Watts potrafi opisywać równie „nieludzkich” bohaterów w sposób zdecydowanie bardziej emocjonujący, więc jednak się da. Trudno mi oceniać tę książkę, co nie zmienia faktu, że spora część mnie chciałaby, żeby „Holocaust F” wygrał – byłoby to docenienie czegoś nowego i świeżego na polskim rynku, a to, jak myślę, byłoby z korzyścią zarówno dla nagrody, jak i dla powieści.

3. „Cienioryt” z kolei kojarzył mi się z jednej strony z „Trzema muszkieterami” a z drugiej z „Fechmistrzem”. Nie znam się jakoś specjalnie na powieściach płaszcza i szpady, ale na tyle, na ile mogę się wypowiadać, książka w konwencję wpisuje się idealnie: jest tu i potoczysty, gawędziarski styl, jest gorący klimat Serivy (wzorowanej na miastach hiszpańskich), jest wreszcie główny bohater, mistrz szpady, który najlepsze lata może i ma za sobą, ale wciąż jest przeciwnikiem, którego nie należy lekceważyć. A do tego autor dodaje element oryginalny, jakim jest pomysł na świat, który dzieli się z grubsza na „nasz”, słoneczny, oraz na świat cieni, który nie do końca jest odbiciem tego pierwszego. Z tego podziału wynikają specyficzna magia, powieściowa intryga, a nawet poniekąd relacje międzyludzkie (zetknięcie się dwóch cieni w słońcu skutkuje pomieszaniem osobowości i wspomnień osób cienie rzucających). Fajnie to wszystko jest wymyślone i fajnie napisane – gdyby istniała kategoria „rozrywka sprawiająca przy czytaniu mnóstwo radości” „Cienioryt” byłby zdecydowanie moim pierwszym kandydatem.

4. Przyznaję, unikałam jak mogłam czytania „Szczęśliwej ziemi”, nie dlatego, że twórczość autora jest taka zła, tylko wręcz przeciwnie, jest aż za dobra – bo głównym celem autora jest chyba wpędzenie nieszczęsnych czytelników w depresję i Łukaszowi świetnie to wychodzi. W każdym razie ja po lekturze każdej kolejnej jego książki czuję się trochę tak, jakby przejechała po mnie ciężarówka, i ostatnia powieść nie jest wyjątkiem. Tak, to jest znakomita literatura, o rząd długości (albo i więcej) lepsza niż reszta nominowanych tekstów. Nie, nie oznacza to, że „mi się podobała”, nie jestem pewna, czy takie określenie w ogóle ma jakikolwiek sens w kontekście twórczości tego autora (co swoją drogą prowokuje pytanie, czy czytanie powinno być przyjemne i po co czytać coś, co zamiast przyjemności sprawia ból – ale to inny temat). Teraz w ramach instynktu samozachowawczego usiłuję o „Szczęśliwej ziemi” zapomnieć. Ale nie sądzę, żeby mi się udało.

Jeszcze się zastanowię, ale najprawdopodobniej głosować będę tak:

  1. Szczęśliwa ziemia
  2. Cienioryt
  3. Holocaust F
  4. Sezon burz

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Dwie recenzje "Światów równoległych" + The Strain

Mamy już dwie recenzje "Światów równoległych", obie na szczęście pozytywne. :-)

Pierwszą można przeczytać na portalu Poltergeist.

A drugą w magazynie Fahrenheit.






A w najnowszym odcinku The Strain...
Łowca wampirów uświadamia swoją dzielną drużynę, że nie muszą latać od domu do domu z mieczem i obcinać wąpierzom głowy – wystarczy, że uśmiercą Mistrza, a wtedy wampiryczna zaraza sama wygaśnia. Ok, to ma niewątpliwie więcej sensu, ale czemu facet wpadł na to dopiero TERAZ? Miał kilkadziesiąt lat na to, żeby się przygotować do walki i rozsądny plan wymyśla w ostatniej chwili, po tym, jak najpierw upierał się przy idiotycznym?
Pozytywni bohaterowie tradycyjnie doznają okresowych napadów amnezji (raz pamiętają, że mają dowody na poparcie tego, że nie są bandą wariatów, raz nie), zasada „olej ciało, łap mordercę” nadal działa – wampir uśmiercony przez Gusa najwyraźniej leży na ulicy i nikt się nim nie przejmuje, podczas gdy Gus siedzi w ciupie. Ok, luz, przyzwyczaiłam się.
Zastanawiam się też, po co właściwie wampiry upierają się przy usunięciu ciała akurat Redferna, skoro do tej pory w Nowym Jorku takich zmutowanych zwłok powinno być już całkiem sporo (wąpierze się rozmnożyły, a nie są jakieś super-trudne do zabicia). Ale czego się można spodziewać po Złych, którzy w celu podbicia Ameryki sprowadzili niepotrafiące przekraczać płynącej wody wampiry akurat do Nowego Jorku? Nie do dowolnego większego miasta w środku USA, tylko właśnie do Nowego Jorku, który – niespodzianka, niespodzianka – leży częściowo na wyspach oddzielonych od kontynentu rzekami, a więc jest naturalnym miejscem, w którym można zatrzymać rozprzestrzenianie się zarazy.
Tradycyjnie też dostajemy kolejne sceny, w których człowieka opowiadającego o zagrożeniu uznaje się z marszu za wariata. Wyobraźmy sobie np. taką sytuację: do córki przychodzi spanikowana matka, mówiąc, że w domu, gdzie pracuje jako niania, zalęgło się Straszliwe Zło i że w związku z tym ona zabrała stamtąd dzieci i nie zamierza więcej domu się zbliżać. Jaka jest na coś takiego możliwa reakcja?
a)      Córka uznaje matkę za wariatkę, olewa ją i pcha się z dzieciakami do wyżej wymienionego domu.
b)      Córka wierzy matce, uzbraja się przeciwko Straszliwemu Złu i leci po księdza.
c)      Córka co prawda nie wierzy w Straszliwe Zło, ale uznaje, że w domu najprawdopodobniej faktycznie dzieje się coś niedobrego i w związku z tym jest ostrożna, nie pcha się tam z dzieciakami, tylko na początek idzie sprawdzić, co i jak w towarzystwie np. paru silnorękich sąsiadów albo coś w tym rodzaju.
Nie wymagam od bohaterów seriali reakcji b (to byłaby przesada), niemniej c wydaje mi się dość rozsądną opcją – zwłaszcza jeśli o zagrożeniu opowiada ktoś, kogo nie mamy powodów uznawać za wariata. Tymczasem bohaterowie The Strain ze zdumiewającą regularnością wybierają wersję a. Rozumiem, że robienie z postaci idiotów ułatwia scenarzystom pracę, ale bez przesady.

(nawiasem mówiąc, córka niani, jakkolwiek głupia, była także zdecydowanie najładniejszą dziewczyną w serialu i za zamordowanie jej tak szybko twórcy mają u mnie sporego minusa) 


wtorek, 19 sierpnia 2014

Ostatnio obejrzane 2

 Obejrzałam początek "Extant", serialu, w którym znajdziemy między innymi: tajemniczą ciążę z kosmosu, duchy na stacji kosmicznej, dziecko-robota w stylu małego Damiena oraz niezbędne w tego typu produkcji spiski&sekrety. Brzmi znajomo? Powinno, bo "Extant" to kompilacja motywów przewijających się przez film czy literaturę, łatwo doszukać się inspiracji "Dzieckiem Rosemary" czy swojskim "Solaris". I to nawet niespecjalnie mi przeszkadzało, ograne wątki mogą być ciekawe, jeśli je dobrze napisać i potem nakręcić. Ale z tym jest problem, bo niby dzieją się tu straszne rzeczy, ale atmosfery zagrożenia jakoś się nie czuje. Nie ma klimatu, który w serialu z pogranicza SF i grozy jest tak ważny. I dialogi, bardzo niedobre dialogi, zwłaszcza w scenach małżeńskich/rodzinnych pani astronautki i jej męża. Banalne, nijak nie poruszające - a jest ich naprawdę dużo. Ostatecznie jednak gwoździem do trumny okazała się główna bohaterka. Lubię Halle Berry, ale na tę postać najwyraźniej nikt nie miał pomysłu i ten brak momentami aż boli. Kobieta wygłasza adekwatne do sytuacji kwestie, czymś tam się martwi i czegoś się boi, ale jest w tym wszystkim tak absolutnie płaska, że bardziej już chyba nie można. I nie jest to wina aktorki, raczej scenariusza. Drugoplanowe postaci lekarki czy współpracownicy męża mają w trzech scenach więcej życia i charakteru niż główna bohaterka przez trzy odcinki. Mimo całego mojego zamiłowania do tajemnic - zdecydowanie nie.

A w moim ulubionym ostatnio "The Strain" kolejne dziwności. Mianowicie:
FBI aresztuje faceta na podstawie filmiku z kamery (ciągnął po korytarzu worek z ciałem, czy może samo ciało, już nie pamiętam), nie kłopocząc się przy tym takimi detalami jak np. szukanie rzeczonych zwłok, zbadanie ich, sprawdzenie, jak właściwie delikwent zginął itd. NO BO PO CO.

Aresztowany też się nie popisuje: podczas przesłuchania mógłby powołać się na świadków, którzy wiedzą, jak w rzeczywistości wyglądało "zabójstwo" (hint: zamordowany zmutował w wąpierza i zaatakował), może pokazać filmik z sekcji, na którym widać, że ofiara raczej człowiekiem już nie była, może w końcu odesłać agentów, żeby sami sobie te zwłoki obejrzeli. Niczego takiego nie robi, bo... eee... musi wypełnić rolę standardowego Niewinnie Prześladowanego Bohatera, czy coś w tym rodzaju. Chyba.

Czy w USA jest tak niski poziom zaufania do służb publicznych? Serio pytam, bo opcja "dzieje się coś dziwnego/groźnego - dzwoń po policję" nikomu nie przychodzi tu do głowy. Jakiś potwór wpada do domu opieki i morduje staruszków? Radź sobie sam. W kanałach spotykasz monstra? Radź sobie sam. Twoi współpracownicy zostają napadnięci i zamienieni w wampiry? Radź sobie sam. Ktoś zaatakował twojego kolegę z pracy? Radź sobie sam. Idt.

Do kobiety przychodzi ex-mąż i ostrzega, żeby uciekała wraz z dzieckiem z miasta, bo lada moment wybuchnie tu straszna zaraza. Ok, facet może i nie był najlepszym mężem świata (stąd ex), ale - jeśli dobrze zrozumiałam - nie miał też wcześniej skłonności do fantazjowania i ogólnie był raczej normalny, wypadałoby więc przynajmniej go wysłuchać. Tymczasem kobieta faceta olewa i jeszcze ma pretensje, że straszy ją i dziecko. Aha, facet to główny bohater, epidemiolog, podobno dobry w swoim zawodzie. Ale kto by tam wierzył epidemiologowi jak gada o zarazie, prawda?

Zdziwniej i zdziwniej, jak powiedziała Alicja.