niedziela, 29 grudnia 2013

Pięć dziwnych nocy wigilijnych

W ramach (po)świątecznego prezentu w dziale "Zabawki do poczytania" pojawiło się nowe opowiadanie, niedługa historia utrzymana w klimacie bożonarodzeniowej grozy (pierwodruk w magazynie Opowieści Niesamowite 1/2013). Miłej lektury. :)

piątek, 27 grudnia 2013

Lifting bloga

Ponieważ, jak wiadomo, w święta ludzie głównie się nudzą (a przynajmniej ja się nudzę...), w ramach rozrywki zrobiłam "Zabawkom..." mały lifting. Opowiadania w antologiach wrzuciłam na jedną stronę plus dodałam tam trzy najświeższe (z "Pożądania", z "Roku po końcu świata" oraz z "Science fiction po polsku 2"). W zakładkach książkowych natomiast wykasowałam nieaktywne linki, a zamiast tego pododawałam fragmenty recenzji - w ramach podpimpowania sobie ego tych co bardziej pozytywnych... :-)

Mam nadzieję, że nowa, lekko zmodyfikowana wersja przypadnie Wam do gustu.

Pozdrawiam poświątecznie i przednoworocznie,

A.

piątek, 20 grudnia 2013

Pierwszy fanfik do mojej twórczości!

Autorem jest Marcin Pawełczyk, kolega z sekcji literackiej i klubu, a fanfik pokazuje, jak mógłby wyglądać świat "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu", gdybyśmy oglądali go oczami dorosłych, a nie dzieci. ;)

Za zgodą Marcina zamieszczam tekst:


Żałoba po Stalinie

Rysiek Poznański stał skołowany na środku ulicy. Nie wiedział, co to wszystko ma znaczyć.
Wielka wojna skończyła się ledwie osiem lat temu. Hitler kaput! – krzyczał z euforią jak inni. Przyszli komuniści, wyzwolili nas od burżujów i obszarników i wszystko miano zbudować na nowo – nowy lepszy świat. Były wybory, komuniści wygrali, a w lasach nadal byli partyzanci, tyle że teraz już nie z Niemcem walczyli, a z Władzą Ludową. 
Rysiek nie był głupi, czuł pismo nosem, zapisał się do partii. Nie chciał być wśród przegranych – rozstrzelanych, internowanych, czy co tam jeszcze.
I wtedy z nieba spadły anioły! Trzy dni po tym, jak zapisał się do partii! Poczuł się jak Judasz. Ojciec go wyklął, nikt z rodziny z nim nie rozmawiał. Musiał się wyprowadzić z domu, jako partyjny znalazł miejsce w hotelu robotniczym. Chciał się powiesić, ale samobójcy – matka mówiła – idą prosto do piekła. Myślał wtedy, może dobry Bóg wybaczy, że się zaparł, że do partii zapisał. Wszak Piotrowi i trzy zaparcia wybaczył?!
Komuniści mówili, że to żadne anioły, tylko agenci kapitalistów, łudzący proste proletariackie umysły. Zabobonem od WIELKIEJ IDEI chcący odwieść i z powrotem w kajdany poddaństwa zakuć z pomocą księży. 
W kraju wrzało. Nie wiedział, co robić, ale żyć jakoś trzeba było i z legitymacją, mieszkając w hotelu robotniczym, został z komunistami.
Wybuchło powstanie narodowo-religijne. Bóg miał się objawić w gromach. Apokalipsa. Upadło i to szybko.
Może skrzydlaci to naprawdę byli agenci Zachodu? Wszystko szło ku dobremu. Przezwyciężano problemy, Stalin wiecznie żywy, prowadzący ku świetlanej przyszłości…

WÓDZ – OJCIEC – ZMARŁ!
Równo rok po likwidacji powstania.
Szepty w fabryce. Domysły. Ryszard Poznański był naprawdę bardzo skołowany. Nie wiedział, co myśleć, co robić. Dostał zadanie, ale… 
Z tą żałobą miał kupę szczęścia. Ulice były puste, ani ludzi, ani samochodów. Nikt nie zaczepiał ani nie trąbił na umęczonego Ryszarda.
Ruszył, by się napić; wszystko zamknięte, został mu jeszcze jeden lokal – „U Celiny”.
„U Celiny” otwarte. U niej zawsze było otwarte. Święto, nie święto, Celinie byś nie wytłumaczył, musieliby ją zamknąć, aby i lokal był nieczynny, co mogło zresztą się zdarzyć z powodu naruszenia żałoby. 
Zajrzał i już miał się wycofać, gdy dostrzegł w kącie samotnie pijącego Gustawa.
„On pije, to i ja sobie chlapnę, a co?!” – z tą myślą ruszył w głąb pomieszczenia. Celina szybko jak szczur, do którego zresztą była podobna tak z twarzy, jak i ruchów, szybko podążyła za nim. Na tacce miała całe menu: butelkę czystej, ogórki w słoiku, chleb i musztardę. 
Ryszard wybrał ćwiarteczkę, a po chwili, a gdy już płacił, dobrał jeszcze ogórka. Celina schowała pieniądze do fartucha.
– Jakby co, tylko krzyknąć. – Odeszła za ladę.
Gustaw polał ze swojej flaszki do obu musztardówek robiących za kieliszki. Wypili w milczeniu. Ryszard przełamał ogórka i się nim podzielił. W odpowiedzi na to Gustaw znów polał. Miał przytępiony wygląd i nieobecne oczy, ale wiedział, co robi. Teraz wódka płynęła z ćwiarteczki Ryszarda i to po samiutkie brzegi.
Machnęli naraz całość i przegryźli ogórkiem. Paliło, ale nie tak jak lewizna, co mordę wykrzywia i bóle brzucha powoduje. Trunek u Celiny dawał ogień, który grzeje, a nie taki, co niszczy wzrok. 
Rysiek nie wytrzymał siedzenia w ciszy.
– Odważny z ciebie chłop, Gustaw. Ja, gdyby było pusto, to bym nie wszedł. A jak milicja obywatelska wejdzie sprawdzić, kto żałoby nie dochowuje, co powiesz? 
Gustaw otrząsnął się jak przebudzony i smutno spojrzał na Ryśka, jakby dopiero teraz go zauważył. 
– Milicja? Żałoba? Eee… Jak mi ojciec zmarli, piłem, aż mnie wynieśli i pod płot fabryki położyli.
Ryśka zatkało. Przypomniał sobie: było, jak mówił. On sam nie miałby takiego dobrego wytłumaczenia. Zaschło mu w gardle.
– To ty Josefa jak ojca traktował?! No, ja też! Wszak to ojciec nas wszystkich. – Podrapał się po karku. – Ludziska mówią, że anioły go zabiły. – Przeklął się w myśli. „Skrzydlaci, pacanie, skrzydlaci!”
– Eee tam, anioły. Widziałem, jak sąsiadów wyprowadzali z takim jednym. Lali go pałami skutego, żadnych cudów nie odprawił. Do wozu władowali wszystkich, i tyle.
– Racja, to przecież przebierańcy, agenci burżujów. Udają świętych, a ku niewoli i zatraceniu nas chcą prowadzić. – Rysiek leciał prawie jak z ulotki, z żarliwością w głosie. Rozlał ze swojej ćwiarteczki i chlapnął, nie czekając.
– Pora na mnie. – Wstał szybko i ruszył ku wyjściu.
Celina patrzyła na niego chytrze tymi swoimi oczami gryzonia. Gustaw tak żałobę obchodzi, ona, komunistka prześladowana jeszcze za sanacji, też pewnie by się wyłgała. Zaczęłaby piszczeć, że żałoba to wymysł księży, a wódz na pewno by nie chciał, aby ludzi od pracy odrywać i takie tam. Piszczałaby, aż by poszli.
Przy ścianach budynków przemykał do hotelu. Po wódce zawsze miał jaśniejszą myśl i łatwiej podejmował decyzje. Ktoś mógłby się śmiać, ale nawet chwyt i krok miał pewniejsze. Jak nie chlapnie, to ciągle o coś zahacza, a tak idzie dziarsko. W jednym z okien zobaczył światło. Nie było jeszcze tak późno, aby świecić i energię marnować. Po chwili zorientował się, że za bardzo się rusza to światło. Świece, obraz. Znał ten obraz! Anioł Stróż przeprowadzający dzieci nad dziurawą kładką. Jaki idiota coś takiego wystawił do okna, i to obstawione świecami?!
Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że to mieszkanie Jasiaka, był tam miesiąc temu na wódce!
Zimny pot wystąpił mu na plecy. Rzucił się ku klatce schodowej i po kilka stopni naraz wbiegł na piętro. Szarpnął klamkę – otwarte. Wparował do środka. Jasiak klęczał na środku pokoju, w rękach miał jakąś dużą książkę otwartą do czytania, ale oczy kierował ku górze. Gapił się z nabożnym skupieniem w okno, jakby na coś czekając. 
– Ty głupi ciulu – krzyknął Rysiek, mówiąc jednocześnie szeptem. Jak mu się taka sztuka udała? To musiał być cud.
Jasiak powoli obrócił się ku niemu. I najspokojniej w świecie z niebiańskim uniesieniem obwieścił:
– Stalin nie żyje. Cykl planety się obrócił. Pan to sprawił, a cudem jest w naszych oczach.
Zszokowany Rysiek nie wiedział, co odrzec na takie bzdury. Ale był lekko wypity, umysł mu pracował na wysokich obrotach.
– Coś ci się pochranżoliło, świętoszku. Twój Bóg mówi o miłości i przebaczaniu, a nie o zabijaniu, a te cykle planet to jakieś burżuazyjne molnomularstwo! Pewnie ci przebierani skrzydlaci nasrali ci głupot do głowy… i tyle! – Teraz już się nie hamował, krzyczał.
– Głupiś – zaperzył się Jasiak. – Słudzy Pana są już wśród nas. – Nagle coś go tknęło i spokorniał. – Dobrze mówisz, że o miłości nauczał Pan. Ale Antychryst musiał być pokonany. Świat materialny nic nie wart. Powłoka cielesna to proch. Jestem po to, by dać świadectwo prawdzie! 
– Materia nic nie warta?! – zdenerwował się Rysiek. Szybko się rozejrzał i stwierdził: – To ja zabieram ten radioodbiornik, coś na niego prawie rok składał. I co powiesz?!
Jasiak zgrzytnął zębami, lecz wystawiając obraz w oknie, był gotów na męczeństwo. Radia szkoda, ale… niech bierze! 
– Bierz, nażryj się!
Słysząc to, a i jeszcze jakieś hałasy z ulicy, Rysiek capnął radio i wyskoczył z nim na klatkę. Już słyszał podkute buty na parterze. Szybko pobiegł w górę. Ledwie zdążył. Cupnął na czwartym piętrze przy wejściu na strych i czekał z sercem pod gardłem.
Raz, dwa się uwinęli. Poznański nie miał odwagi wyglądać przez okienko, ale słyszał jak wywlekli Jasiaka, a po chwili odjeżdżający pojazd spod budynku.
„Jak mogłem nie usłyszeć ryku silnika?” – wyrzucał sobie. Odczekał do zmierzchu. Na szczęście nikt ku strychowi nie szedł. Pod osłoną nocy chyłkiem podążył do swojego hotelu. Radio zdeponował u Miruckiego na portierni, chłop nigdy nie zadawał pytań, a i mało mówił, bo w czasie wojny, jak go opatrywali, odgryzł sobie z bólu kawałek języka. Sam Rysiek poszedł do kibla. Zamknął się w środku, chwilę nasłuchiwał, czy aby kogoś nie ma w sąsiedniej kabinie. Nie było. Wyciągnął kartkę złożoną w czworo, a z kieszeni koszuli ołówek.
„Dałem radę” – pomyślał z dumą.
Wystraszył się, gdy towarzysz Niepsuj nakazał: „Przejdziecie po ulicach i sprawdzicie, jak ludzie żałobę obchodzą. Niepolitycznie, aby milicja chodziła i sprawdzała. Będzie pojawiać się tylko do interwencji. Jak cię zatrzymają, to masz innych w areszcie za język ciągnąć, co tam myślą.” 
Rysiek bał się tego zatrzymania i aresztu. Ale zadaniu podołał, a zatrzymania uniknął.

            Lokale na mieście pozamykane,
            czynne „U Celiny”.
            Ludzi nie ma.
            Gustaw był.
            Oświadczył, że on upija się w żałobę.
            Po ojcu rodzonym też pił.
            U Jasiaka obraz.
            Zatrzymany, nie zdążyłem głosić

I tu się zawahał. Czy o radiu pisać?
A może by tak na prezent ślubny dla towarzysza Niepsuja?! To była myśl, na poły genialna – ucieszył się Poznański.


Marcin Pawełczyk

wtorek, 17 grudnia 2013

Wielka promocja dla leniwych!

Dziś i tylko dziś czyli 17 grudnia w sklepie Powergraphu można kupić książki (papierowe, ebooki, pakiety itp.) po okazyjnej cenie z 40% rabatem. Jeśli komuś brakuje prezentu na święta, to dobra okazja, żeby go kupić. ;)

piątek, 13 grudnia 2013

Filmowo - grudniowo 2


Nawet mi się podobało – piszę nawet, bo zdecydownie nie jestem targetem filmu o wielkich robotach i potworach. Najwyraźniej jednak mam w sobie odrobinę wewnętrznego dwunastolatka, bo potrafiłam szczerze się cieszyć wszystkimi tymi scenami, kiedy robot wali potwora z piąchy po pysku albo bierze tankowiec i... no właśnie. Cóż, rozrywka niekoniecznie musi być mądra, czasem wystarczy, że jest efektowna – a ta jest. Na plus zaliczam jeszcze Charliego Hunnama, którego bardzo lubię. Żeby jednak nie było tak różowo: fabuła trzyma się tu konwencji jak pijany płotu, bohaterowie są odpowiednio bohaterscy oraz mają „głębię”, którą w przeciętnym hollywoodzkim filmie zapewnia „trauma z przeszłości”, przerysowani naukowcy wprowadzają niezbędne „elementy komiczne”, a wszystkie ważniejsze „zwroty fabularne” można bez pudła przewidzieć na kwadrans przed ich pojawieniem się (wiadomo, kto się z kim pokłóci, kto pogodzi i oczywiście kto na końcu przeżyje, a kto nie, ba, wiadomo nawet, jakie mniej więcej słowa padną w konkretnych scenach). Serio, uważam, że nawet przy przyjętym założeniu (hej, kręcimy film o robotach i potworach, więc proszę wyłączyć mózgi!) dałoby się wprowadzić do „Pacific Rim” odrobinę oryginalności czy zaskoczenia. Z drugiej strony cała ta sztampa podana jest na tyle zręcznie, że w czasie seansu nie boli i w połączeniu z malowniczością poszczególnych scen daje całość zaskakująco sympatyczną.

Recenzje czytałam raczej niepochlebne, ale film nie jest taki zły. Co prawda to, co według scenarzystów miało być główną niespodzianką, było oczywiste od początku, a intryga w pewnym momencie chyba trochę pogubiła się w kolejnych zakrętach, ale oglądałam z zainteresowaniem prawie do końca. Prawie, bo finał, gdzie jest już praktycznie sama nawalanka, szczerze mnie wynudził. Na plus: ładna Japonia, parę humorystycznych scen oraz goła klata Hugh Jackmana nader hojnie prezentowana widzom. Na minus... Szczerze mówiąc, nie wiem, czy największym problemem tego filmu nie jest przypadkiem fakt, że Volverine chyba za bardzo nie nadaje się na pierwszoplanową postać kina akcji. W grupie innych X-Menów (nawet na czwartym planie jak w „Pierwszej klasie”) błyszczy charyzmą, ale jako samotny bohater okazuje się kolejnym gburowatym twardzielem z tajemniczą przeszłością, który, jakżeby inaczej, wcale-nie-jest-tak-wredny-jak-by-się-wydawało. Filmów o tego typu postaciach było mnóstwo i ten nie jest ani specjalny lepszy, ani gorszy niż większość z nich.

Zaczyna się jak trochę jak obyczajówka, wiecie, o modnym ostatniu dorastaniu czterdziestolatków, zderzeniu młodzieńczych marzeń z szarą rzeczywistością dorosłych i takie tam. Lecz ponieważ od początku film jest cokolwiek mało poważny, a poza tym zrobił go przecież Edgar Wright, twórca „Wysypu żywych trupów” oraz „Hot Fuzz”, widz spodziewa się, że być może wymienione wyżej problemy nie są jednak głównym tematem. I faktycznie: w pewnym momencie następuje nagły zwrot akcji, taki z przytupem, powiedziałabym. Nie zdradzę więcej, żeby nie popsuć przyjemności tym, którzy chcieliby film zobaczyć. A warto, bo choć nie jest to komediowy poziom „Wysypu...” i „Hot Fuzz”, to „The World’s End” i tak zapewnia prawie dwie godziny dobrej zabawy.


Obejrzałam dzień po dniu najpierw drugą część „Igrzysk śmierci”, a potem drugą część „Hobbita” – i heretycko powiem, że „Igrzyska...” podobały mi się bardziej. Jasne, nie mają aż TAK fenomenalnych efektów czy krajobrazów jak film Jacksona, a w fabule momentami straszą dziury logiczne, ale za to mają sympatyczniejszych i bardziej wielowymiarowych bohaterów (Jennifer Lawrence jest absolutnie rewelacyjna, ale pozostali aktorzy też potrafią stworzyć interesujące postacie) i podczas oglądania budzą zdecydowanie więcej emocji. Hobbit za to... Po obejrzeniu pierwszej części narzekałam, że sporo scen czy wręcz konkretnych ujęć lub kwestii dialogowych wydaje mi się trochę przesadnymi nawiązaniami do „Władcy Pierścieni”, jakby twórcy doszli do wniosku, że to, co sprzedało się dziesięć lat temu, sprzeda się i teraz. W drugiej części było tego na szczęście mniej, choć też się zdarzało – ale niech tam, tym razem byłam już przygotowana. Rok temu marudziłam też, że „Hobbit” nie wie, czym właściwie chciałby być: czy komedią familijną śmieszącą dzieciaki smarkaniem w hobbita, czy może poważnym i epickim filmem dla dorosłych. W drugiej części na
szczęście fabuła jest bardziej wypośrodkowana, nie ma już z jednej strony odjazdów w stronę żartów à la wczesna podstawówka, a z drugiej – w stronę przygniatającego patosu. Powinno to filmowi wyjść na dobre, ale, kurczę, po namyśle chyba jednak wolę poprzednią część. W pierwszym „Hobbicie”, owszem, zdarzały się momenty, kiedy z zażenowania miałam ochotę wpełznąć w kinie pod fotel, ale zdarzały się też sceny chwytające za serce, dla których warto było do tego kina pójść. W „Pustkowiu Smauga” wszystko jest jakieś takie... letnie, nic tu szczególnie nie irytuje, ale też nic w sumie nie zachwyca. Jako przygodówka sprawdza się nieźle: jest parę malowniczych scen i dużo biegania (zwłaszcza w drugiej połowie), co czwarty z krasnoludów nawet daje się odróżnić od reszty (pozostali to „ten gruby”, „ten w śmiesznej czapce” itp), a dwóch plus oczywiście Bilba szczerze polubiłam – więc jest ok. Choć nie wiem, czy najciekawszym przeżyciem podczas seansu nie było przypadkiem tłumaczenie elfickich dialogów na polski via czeskie napisy...

środa, 11 grudnia 2013

Książkowo - grudniowo


Mam problem z tą książką, bo to w dużej mierze ciąg dalszy „Upiorów”, które czytałam, lecz niewiele z nich pamiętam (pamięć mam dobrą, ale krótką, jak to mówią). Co prawda śledztwo jest nowe (morderca polujący na policjantów, którzy zawiedli i nie wyjaśnili przydzielonej im sprawy), jednak autor co rusz odwołuje się do wydarzeń z wcześniejszych książek, a kilka wątków to bezpośrednie kontynuacje – kto więc zdążył zapomnieć, o co w poprzednich tomach chodziło, ten może mieć niejaki kłopot ze zrozumieniem intrygi, zwłaszcza że ta jest wielowątkowa i dość skomplikowana. Ponadto motywacja ujawnionego pod koniec mordercy nieszczególnie mnie przekonała, a Nesbo trochę zirytował, bo kilkakrotnie stosuje ten sam chwyt, w niemal identyczny sposób zwodząc czytelnika (za pierwszym razem jest to fajne, za trzecim już niekoniecznie). Poza tym jednak powieść trzyma poziom, Nesbo wciąż wie, jak budować napięcie i tworzyć ciekawych bohaterów. Jest to więc pozycja godna polecenia, choć raczej dla fanów serii.

Trzecia i moim zdaniem najlepsza część „Teatru węży”, która ładnie domyka wątki, pozostawiając jednak parę furtek do ewentualnej kontynuacji. Pora więc na małe podsumowanie, za co ogólnie lubię ten cykl. Po pierwsze, świat, który łączy w sobie pełne rozmachu dark fantasy z elementami jak ze staroświeckiej powieści grozy i odrobiną steampunku, po drugie - intrygujący główny bohater (mam słabość do takich typów), po trzecie wreszcie fakt, że to jest zwyczajnie bardzo dobrze napisane. Teksty o Krzyczącym dają czytelnikowi mnóstwo frajdy, jaka zazwyczaj związana jest z czystą rozrywką (efektowna magia, napięcie, tajemnice itp.), a z drugiej strony jest w nich coś więcej. Zazwyczaj w tego typu utworach zagrożenie dla bohatera jest bardzo umowne: autor udaje, że może mu zrobić krzywdę, czytelnik udaje, że to tak na serio... Tu zagrożenie jest przez cały czas realne, do tego stopnia zresztą, że w pewnym momencie wręcz bałam się wrócić do lektury. W zasadzie wszystkie teksty o Krzyczącym, nawet te, które kończą się dobrze, są posępne, a przynajmniej mocno melancholijne, co niespecjalnie pasuje do definicji „czystej rozrywki”. A wracając do „W mocy wichru” – bonusowo, prócz tego, o czym pisałam wyżej, czytelnik dostaje tu naprawdę fajnie, wiarygodnie poprowadzony wątek romansowy. Pomarudzić mogę właściwie tylko na jedno – mianowicie nie przepadam za Anavri. Wiem, że biorąc pod uwagę czynniki, jakie ją ukształtowały (urodzenie, wychowanie), ta dziewczyna ma wszelkie prawo taka być, ale i tak przez cały czas miałam ochotę nią potrząsnąć, mówiąc: „Weź ty się wreszcie ogarnij...”.

Kocham kryminały, a kryminały typu „zamknięta przestrzeń, trup i ograniczona liczba podejrzanych” wielbię w szczególności. A jednak „Głowy Niobe” mimo najszczerszych chęci nie zdołałam skończyć. Starałam się, naprawdę, pełznąc niczym żołnierz przez okopy wroga, by wreszcie skapitulować na jakieś 150 stron przed końcem. Nie wiem, może przykładam do tej książki złą miarę, bo sporo wskazuje, że to miała być powieść humorystyczna, nie należy więc oczekiwać szczególnej logiki czy prawdopodobieństwa, ale coś takiego powinno przynajmniej bawić, prawda? Tymczasem „humor” ogranicza się tu do zachowań postaci, które zamknięte sam na sam ze zwłokami wyczyniają z nimi dziwaczne rzeczy (brakuje tylko, żeby odciętą głową zagrali w piłkę) oraz żenujących dowcipasów głównego bohatera, Mario Ybla. Ten miał być chyba kimś w rodzaju ironizującego Philipa Marlowe’a, ale autorce wyszedł jedynie antypatyczny, bucowaty cham (czy może chamowaty buc, wszystko jedno), w dodatku z syndromem Kaja, tego z bajki Andersena. Kajowi, przypominam, do oka wpadł okruch lodu, przez co chłopiec wszystko postrzegał jako nieładne. Ybl cierpi na to samo, co w kryminale jest nawet niezłym pomysłem, ale, na Boga, taką „brzydotę świata” trzeba jakoś opisać: posępnie, z nastrojem, pomysłowo, no jakkolwiek ciekawie. Tymczasem w „Głowie Niobe” polega to na bezustannym powtarzaniu, że na korytarzach cuchnie pastą do podłóg, starszy pan śmierdzi, a jedna z bohaterek ma tłuste włosy. Aha, i oczywiście w mniemaniu głównego bohatera wszyscy prócz niego są idiotami. Ybl nie zamierza słuchać cudzych pomysłów na to, kim może być morderca i w jaki sposób dobiera ofiary, nawet gdyby od tego miało zależeć jego życie – bo po co, przecież z założenia ludzie to debile i gdzie im tam do niego. Serio, chyba żadnej innej postaci literackiej tak serdecznie nie życzyłam gwałtownego zejścia, najlepiej w jakichś wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach.

Krótka, do tej pory w Polsce niepublikowana powieść, zamieszczona w wydaniu specjalnym Nowej Fantastyki. Tym razem Zelazny bawi się konwencją kryminału i grozy (przede wszystkim grozy, i to zarówno literackiej, jak i filmowej), a przy tym funduje czytelnikom strasznie fajną, wciągającą opowieść z mnóstwem zwrotów akcji i przesympatycznymi bohaterami, którymi są... zwierzęta. Zelazny był mistrzem takich pozornie prostych, a przecież mocno przewrotnych pomysłów; był też mistrzem dialogów i tworzenia w jednym-dwóch zdaniach przekonujących postaci. Podobało mi się tu właściwie wszystko. Zresztą, czyż można nie kochać książki, w której pies obiecuje kocicy, że postawi jej drinka z kocimiętki? ;)


Koncepcyjnie to książka zapożyczona mocno u Dicka („Człowiek z Wysokiego Zamku”), ale i tak mi się podobało, choćby dlatego, że autor stawia mniej na pomysł, a bardziej na niepokojąco duszny klimat rzeczywistości, która rozłazi się w szwach, i nie daje przy tym ostatecznych odpowiedzi – możemy jedynie domyślać się, co właściwie się wydarzyło i kim tak naprawdę jest główny bohater. A napisane to jest oszczędnym, eleganckim, a przy tym nastrojowym językiem. Kilka scen wręcz mnie zauroczyło (np. duchy widziane w załamaniu światła na kroplach deszczu). I właściwie jedynym problemem, jaki mam z „Osamą”, jest to, że moim zdaniem ta powieść nie pasuje do Uczty Wyobraźni, brakuje jej bowiem rozmachu i oryginalności poprzednich pozycji  z serii. Jeśli jednak ktoś nastawi się na lekturę bardziej kameralną, nie powinien być zawiedziony.

środa, 4 grudnia 2013

Filmowo - grudniowo


Nie wiem, może gdybym obejrzała to w kinie, zdanie miałabym odmienne, ale oglądany na małym ekranie film jest słaaaby. Fabuła jest boleśnie przewidywalna, Kirk na dowódcę czegokolwiek nadaje się jak ja do baletu, a mimo tego z niepojętych powodów szefostwo się gościem zachwyca i „wierzy w jego potencjał”. Spock, który był jasnym punktem pierwszej części, tutaj przypomina niemrawy klocek i nawet jakby zbrzydł (chlip), a teoretycznie emocjonujące momenty albo pozostawiały mnie doskonale obojętną, albo wręcz budziły lekkie zażenowanie. Film ratuje do pewnego stopnia  Benedict Cumberbatch, ale obawiam się, że to jedyna zaleta. Jedynka mi się podobała, bo była zabawna, w dwójce humoru jest tyle, co życia w reanimowanych zwłokach. Trójkę chyba sobie daruję.

Niesamowity film, i to pod kilkoma względami: przede wszystkim wizualnym oraz emocjalnym. „Grawitacja” została stworzona po to, żeby oglądać ją w 3D, każdy inny rodzaj seansu w drastyczny sposób ją zuboży. Poza tym dawno nie zdarzyło mi się, żebym tak przejmowała się perypetiami bohaterów; wczucie się w akcję było tu niemal fizyczne i kiedy Matt i Ryan obijali się o kolejne części stacji, byłam święcie przekonana, że wyjdę z kina z siniakami. Co ciekawe, dziełu Cuaróna udaje się być jednocześniej efektownym i mniej więcej realistycznym. Jest tu parę hollywoodzkich z natury chwytów, ale nawet one rozegrane są inteligentnie i tak, że nie psują, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej podkreślają siłę oddziaływania „Grawitacji”. Naprawdę piękny, przejmujący i po stokroć wart zobaczenia film.


Pod względem czystej „fajności” pojedynczych momentów film jest świetny, mnóstwo tu scen efektownych i/lub klimatycznych. Do tego oczywiście niezbędne w każdym blockbusterze elementy komediowe, udane i zręcznie wplecione w akcję (czasem mam wrażenie, że w Hollywood odkryli jakiś algorytm do wrzucania takich dowcipów). Tyle że satysfakcjonujące elementy nie chcą ułożyć się w satysfakcjonującą całość. Ta historia jest boleśnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu („atakują nas źli, musimy ich pokonać” – serio?). I naprawdę wolałam, kiedy w poprzednich częściach „złym” był Loki, przynajmniej chłopak ma jakąś motywację a nie „chcę zniszczyć świat, bo tak”. Można argumentować, że się czepiam, większość filmów superbohaterskich to proste kawałki i nie o oryginalność w nich chodzi, ale zazwyczaj udaje mi się choć trochę przejąć bohaterami, a w „Thorze” – ni chuchu. Jedynie sceny z Lokim potrafią wywołać jakieś emocje (zaczyna mi się podobać Hiddleston, ratunku!).  W sumie więc druga część „Thora” to kolorowa guma do żucia dla oczu, malownicza, miejscami szczerze zabawna nawalanka, o której za parę dni nie będę pamiętać.
A propos tego ostatniego, z rozmów poseansowych:
Ja: Mam problem z tymi wszystkimi avengersowymi filmami, bo po dwóch dniach zapominam, o co w nich chodziło...
Cydienne (z niezmąconym spokojem): Dlatego właśnie należy oglądać je po sześć razy.

Szczerze mówiąc, nawet mi się nie chce o tym filmie pisać. Nie dlatego, żeby był zły, tylko dlatego, że jest tak bardzo przeciętny. Niby wszystko jest tu na swoim miejscu: młody i przystojny bohater, któremu powinniśmy kibicować, efektowne sceny akcji, momenty „wzruszające” oraz malownicze kosmiczne scenerie – i na pewnym poziomie to jest zrobione naprawdę nieźle, z mechaniczną sprawnością made in Hollywood. Nie ma w tym jednak serca ani duszy, o odrobinie oryginalności nawet nie wspomnę. Co gorsza, nie ma też humoru i dystansu, który czasem potrafi uratować podobne produkcje. Po „Dystrykcie 9” spore rozczarowanie – Neilla Blomkampa stać na znacznie więcej.


Obejrzałam, bo miałam nadzieję, że to BĘDZIE zły film. I zawiodłam się, „Miasto...” faktycznie jest kiepskie, ale nie w sposób, na jaki liczyłam. A dla ścisłości: myślałam, że będzie zabawnie, a było tylko nudno. Książki broniły się do pewnego stopnia humorem, a czytelnik mógł sobie wyobrażać, że Jace jest naprawdę przystojnym chłopakiem. W filmie zabawnie dialogi zostały mocno zredukowane, zaś aktor grający Jace’a... yyy... powiedzmy, że pod względem urody wolę już sparklącego Edwarda (nie sądziłam, że kiedyś to napiszę). A jako wisienka na czubku tego niezbyt świeżego tortu Jonathan Rhys Meyers w roli kiepskiej podróby Voldemorta oraz Vadera w jednym. Szkoda oczu.

niedziela, 1 grudnia 2013

Grudniowe aktualności

Garść najnowszych wiadomości:

  • W dniach 5-8 grudnia będę w Jastrzębiej Górze na Nordconie.
  • Szóstego grudnia do księgarni trafi trzecia (i ostatnia) część "Przedksiężycowych". Przedpremierowo można książkę kupić w sklepie Powergraphu. Jest też już dostępny cały pakiet.
  • Jest pierwsza recenzja "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu". Inne opinie można poczytać tu.
  • I jeszcze jedna recenzja, tym razem antologii "Science Fiction po polsku 2", w której znajduje się moje opowiadanie "Miasteczko".
  • Na portalu FUNtastyka wystartował konkurs, w którym główną nagrodą jest "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" z moim autografem. Zachęcam do udziału!