piątek, 22 listopada 2013

Refleksje o pisaniu 5

Tym razem o wydawaniu książek własnym sumptem

Po ostatnim Falkonie, kiedy na spotkaniu z Jackiem Komudą padło pytanie „Czy warto wydać sobie samemu książkę, a potem iść z nią do normalnego wydawcy?”, naszła mnie ochota, żeby napisać parę słów o self-publishingu. Nie żebym udawała wielkiego znawcę księgarskiego rynku – bo nim nie jestem – ale po dziesięciu latach pisania i wydawania jakieś tam pojęcie mam. Niemniej proszę czytelników, żeby potraktowali niniejszy wpis bardziej jak garść luźnych refleksji niż jak głęboką analizę zjawiska, jakim jest self-publishing.

Od razu też zaznaczam, że pisząc „self-publishing”, mam na myśli zarówno książki wydawane przez samych autorów, jak i te publikowane przez wydawnictwa z autorskim (współ)finansowaniem – wiem, że to nie to samo, ale problemy generuje podobne, więc pozwolę sobie na pewne uproszczenie.

A teraz do rzeczy: nie jestem przekonana do self-publishingu ani jako czytelniczka, ani jako autorka. I uprzedzając od razu ewentualne zarzuty oburzonych: bynajmniej nie uważam, że wszyscy selfowie to grafomani. Sama znam kilka opublikowanych w tym obiegu książek, które spokojnie mogłyby wyjść np. w Fabryce Słów i  nikt nie zauważyłby różnicy. Jednak w moim przekonaniu lepiej jest wydać książkę normalną drogą, nawet gdyby miało się to wiązać się z dłuższym oczekiwaniem czy koniecznością mozolnego dobijania się do kolejnych wydawnictw. Co ciekawe, mam wrażenie, że spora część selfów publikuje w ten sposób nie dlatego, że zwyczajni wydawcy ich odrzucili, tylko ponieważ nie wiedzą, że można inaczej. Serio. Byłabym bogata, gdybym dostawała 10 zł. za każdym razem, gdy na konwencie podchodzi do mnie człowiek (najczęściej młody) i pyta, ile zapłaciłam za wydanie swoich książek, a po informacji, że nic i że to mnie płacą, robi wielkie oczy, ja zaś zyskuję 10 punktów do zajebistości oraz szacun na dzielni.

Wszystkim tym ludziom oraz innym potencjalnym self-publisherom dedykuję sześć powodów, dla których nie warto samemu wydawać książek:

1. Spora część czytelników jest wobec self-publisherów nieufna, wychodząc z założenia, że lepiej zainwestować pieniądze w autora „sprawdzonego”, czyli takiego, który przeszedł proces selekcji w normalnym wydawnictwie, niż w delikwenta, który wydał książkę, bo go na to stać. I trudno się temu dziwić. Kupowanie książek z normalnego obiegu a kupowanie książek self-publisherów jest trochę jak zakupy w sklepie kontra zakupy na dzikim targowisku. W sklepie możemy wprawdzie dostać towar gorszej albo lepszej jakości, jednak zdecydowana większość oferty jakieś tam podstawowe standardy spełnia. Na targowisku czasem upolujemy fajną „okazję”, ale częściej natkniemy się na straszliwego bubla – bo tych jest więcej.

2. Autor wydany normalnie, nawet jeśli po publikacji wszyscy jego dzieło skrytykują, zawsze może sobie powiedzieć: „OK, ale przecież wydawca przyjął to druku i co więcej, zainwestował własne pieniądze, więc nie mogę pisać aż tak źle”. Self-publisher w podobny sposób pocieszyć się nie może   on nigdy nie będzie wiedział, czy argumentem na „tak” dla wydawcy był wysoki poziom książki, czy może grubość autorskiego portfela.

3. Mało kto robi tą metodą literacką karierę – i to zarówno w sensie finansowym, jak i prestiżowym (wystarczy przejrzeć listy bestsellerów czy utworów w taki czy inny sposób nagrodzonych).

4. Utwory self-publisherów nader często pozbawione są redakcji. Fakt, niektórym książkom i najlepszy redaktor nie pomoże, ale część selfowych powieści mogłaby być lepsza, gdyby przed wydaniem trafiły na kogoś przytomnego, kto powie, co poprawić. I bywa, że całkiem zdolny autor zamiast zbierać zasłużone laury, musi znosić docinki czytelników nabijających się z kiksów językowych czy przeróżnych nielogiczności. Nie jest to najlepszy pomysł na literacki start.

5. Książki self-publisherów z reguły mają słabą dystrybucję, bo autor albo sam musi zadbać, żeby znalazły się w księgarniach (co proste nie jest), albo uzależniony jest od wydawcy, któremu na sprzedaży szczególnie nie zależy – on przecież już zarobił na autorze.

6. Książki self-publisherów mają również słabą promocję, gdyż jak wyżej: albo autor zadba o nią sam, albo musi liczyć na wydawcę, który reklamowanie autora ma w nosie.

Ponieważ jednak jestem relatywistką i zawsze staram się patrzeć na problem z różnych stron, rozumiem także argumenty tych, którzy na self-publishing się zdecydowali. Powody mogą być różne:

1. Istnieje teoria mówiąca, że „każda dobra książka znajdzie prędzej czy później wydawcę”. Nie jestem pewna, moim zdaniem książka może mieć pecha albo być niezłą, ale zbyt niszową, ale mniejsza z tym – ważne, że nawet gdyby teoria była prawdziwa, to w przypadku, kiedy w grę wchodzi raczej „później” niż „wcześniej”, niektórzy autorzy mogą zwyczajnie stracić cierpliwość. Jestem w stanie zrozumieć zdesperowanego twórcę, który po trzech-czterech latach pielgrzymowania od wydawcy do wydawcy wreszcie decyduje się wydać sam.

2. Nie każdy autor chce od razu robić wielką literacką karierę niektórym wystarcza, że zobaczą swoje dzieło wydrukowane, dostaną kilka pozytywnych recenzji na blogach i/lub zyskają wąski, ale wierny krąg czytelników.

3. Zachęcony pozytywnym odzewem czytelników self-publisher tym chętniej napisze kolejną książkę – i tę być może już uda mu się wydać normalnie.

4. Self-publishing bywa trampoliną do wydania normalnego. Znam przypadki, kiedy autor sam wydawał sobie powieść, zyskiwał popularność, po czym przejmował go zwyczajny wydawca i książka wychodziła jeszcze raz, tym razem z normalną redakcją, dystrybucją, reklamą itp. Zdarza się nieczęsto, ale się zdarza.

Poza tym część argumentów „przeciw” da się zminimalizować przy pomocy odpowiednich działań. I tak:

1. Argument nr 1 można obejść, publikując w normalnym obiegu opowiadania. Wtedy nieufny czytelnik pomyśli sobie: „OK, gość może i wydaje sam sobie książkę, ale wcześniej tekst puściły mu »Nowa Fantastyka« i »Esensja«, więc chyba umie pisać”. Jeśli natomiast tego próbowaliśmy i zostaliśmy odrzuceni, to zastanówmy się, czy koniecznie chcemy uszczęśliwiać świat swoją twórczością. Jedna książka czy opowiadanie z takich czy innych względów mogą mieć pecha, ale jeśli od dłuższego czasu rozsyłamy swoje utwory po wydawcach/czasopismach i nigdzie nas nie chcą, to najprawdopodobniej z naszym pisaniem jest coś nie tak. Wiara w siebie jest miła i generalnie pożyteczna, ale nie zawsze przekłada się na talent czy umiejętności.

2. O redakcję (argument nr 4) można zadbać samemu. Niestety, najczęściej wiąże się to z dodatkowymi kosztami – no chyba że szczęśliwym trafem autor ma akurat znajomego redaktora, który będzie skłonny popracować nad dziełem za darmo. Dobrze byłoby jednak, żeby był to redaktor z prawdziwego zdarzenia, a nie koleżanka, która poprawi, bo w szkole miała piątki z polskiego.

3. Jeśli autor jest pomysłowy i energiczny, to i z promocją (argument nr 5) poradzi sobie we własnym zakresie – bo jeśli decydujemy się wydać sami książkę, to musimy w jakiś sposób zwrócić na nią uwagę czytelników. Najpopularniejszą metodą jest rejestrowanie się na różnych forach i zakładanie tam tematów „Zapraszam do czytania mojej nowej książki!” czy coś w tym rodzaju, jednak to słabo działa (nie wydaje mi się, żeby bywalcy takich miejsc byli zainteresowani dziełami obcych autorów, zwłaszcza takich, którzy przyszli na forum wyłącznie po to, żeby się pochwalić wydaniem). Trzeba więc wymyślić coś innego. Mnie nie pytajcie, co. Nie mam pojęcia – autopromocja nigdy nie była moją mocną stroną. :)

niedziela, 17 listopada 2013

Przedksiężycowi, tom III

Jest już projekt okładki trzeciego tomu "Przedksiężycowych" - książka będzie wyglądała, jak na obrazku obok. Planowana data wydania: 6 grudnia, czyli w sam raz na Mikołaja. :-) A 27 listopada zapraszam na spotkanie przedpremierowe z moim udziałem, w warszawskiej "Grawitacji" będzie można kupić książkę jeszcze przed pojawieniem się w księgarniach.

Znaczy, mam nadzieję przynajmniej, że będzie to 27.11 w "Grawitacji", gdyby się coś miało zmienić, dam znać.

Zapraszam!

piątek, 15 listopada 2013

Książkowo - listopadowo


Zaczyna się nieźle, bo od seryjnego mordercy wykańczającego całe rodziny, liczyłam więc na porządny thriller, jednak im dalej, tym było gorzej. Napięcie z początkowych stron rozpływa się w kolejnych opisach Straszliwych Traum oraz Dziecięcych Nieszczęść, a co gorsza, nagle pojawia się metafizyczne mambo-jambo vel ględzenie o starych duszach prześladowanych przez negatywną energię czy jakoś tak. Właśnie, a propos traum: w tej książce niemal każdy ma za sobą jakieś straszliwe przeżycia, jedyny wyjątek to policjantka – główna bohaterka, która dla odmiany jest niezaspokojona seksualnie i na każdego faceta patrzy pod kątem ewentualnego przelecenia. Cóż, jest to przynajmniej oryginalne, choć czasem jednak trochę irytujące. Do końca dojechałam tylko siłą rozpędu.


Po „Smoku Griaule’u” myślałam już, że Lucius Shepard nie jest autorem dla mnie, jednak trójpak „Modlitewnik...” był pozytywnym zaskoczeniem. Autor pisze gawędziarsko, skupiając się na klimatycznych drobiazgach, co jest i słabością, i siłą jego prozy. Słabością, bo nie ukrywam, że w paru momentach miałam uczucie nieco przesadnej rozwlekłości (np. pierwszej połowie „Viatora” dobrze by zrobiło lekkie przycięcie). Siłą, bo to literatura oparta nie na akcji, a na nastroju, senna, leniwa i melancholijna opowieść (czy raczej: trzy opowieści, choć kilka motywów jest wspólnych) mówiąca o świecie, w którym spod zwyczajności zabitych dechami miasteczek wyziera zupełnie inna rzeczywistość, fascynująca i pełna grozy zarazem, jak dotknięcie na ulotną chwilę jakiejś odwiecznej tajemnicy. Właśnie w takich momentach Shephard jest najlepszy, bo fragmenty czysto fantastyczne wypadają już odrobinę słabiej. Całość zdecydowanie warta przeczytania.

Przeczytałam tę książkę błyskawicznie (króciutka zresztą jest) i z przyjemnością, jednak po lekturze niewiele mam do napisania. Owszem, czytało się fajnie, owszem, jest tu ładny, trochę nostalgiczny nastrój – jak to u Gaimana – i jest sporo malowniczej magii, ale to wszystko jakieś takie... jednorazowe, mało w sumie angażujące, a przede wszystkim powtarzające motywy znane z wcześniejszych dzieł brytyjskiego pisarza. Poza tym nie mam pewności, dla kogo właściwie ta powieść jest: starszym może wydawać się zbyt prosta, wtórna i błaha (mimo kilku celnych przemyśleń o życiu czy dorosłości), z kolei dzieciakom mogą przeszkadzać wstawki z dorosłym narratorem, mała aktywność dziecięcego bohatera (chłopiec jest ciągle ratowany przez starszych i mądrzejszych) czy fakt, że magia opiera się tu bardziej na nastroju niż na jasnych regułach jak w powieści przygodowej. Może więc to książka dla dorosłych, którzy wciąż pielęgnują swoje wewnętrzne dziecko? To by miało sens, choć naprawdę wolałabym, żeby Gaiman wreszcie napisał książkę dla dorosłych, kropka.












„Sapkowski na czwórkę” tak mogłabym podsumować tę książkę, czyli słabiej niż w pięcioksięgu i opowiadaniach, ale zdecydowanie lepiej niż w „Żmii”. Czyta się dobrze, język wreszcie pasuje do świata i postaci (w „Żmii” nie pasował), jest ciekawie i miejscami zabawnie (choć wielu zapadających w pamięć one-linerów nie ma), znajdzie się też parę malowniczych, klimatycznych scen. Na co więc można narzekać? Chyba tylko na fabułę, która momentami sprawia wrażenie zmierzającej donikąd; niby jakieś ramy konstrukcyjne są, ale to bardziej kilka luźno powiązanych „przygód wiedźmina na szlaku” niż pełnoprawna powieść. Mimo to jednak warto.




Mam słabość do tego cyklu z kilku powodów. Pierwszym jest sympatyczny główny bohater, Harry Dresden, mag o mentalności rycerza spieszącego na pomoc damom w opałach (literacki ewenement, czyli bardzo dobrze zrobiony bohater zdecydowanie pozytywny), drugim styl z dużą ilością humoru (Dresden mówiący po łacinie, której nauczył się na kursach korespondencyjnych, ujął mnie szczególnie), a trzecim fakt, że jeśli chodzi o poziom skomplikowania oraz „fajności” intryg, seria trzyma równy, wysoki poziom. Poza tym miło przeczytać tę powieść w nowym, lepszym tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Polecam cały cykl.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Konkurs - rozstrzygnięcie

Napisałam, że rozstrzygnięcie konkursu będzie w poniedziałek po powrocie z Falkonu, pora więc wywiązać się z obietnicy.
Nie przewidziałam jednak, że uczestnicy będą wymieniać zarówno książki, które czytałam, jak i te, których nie znam (jakieś zaćmienie miałam) i że ciężko mi przyjdzie porównać jedne z drugimi, dlatego zdecydowałam, że nagrody będą dwie: jedna dla uczestnika, który wymienił książkę, którą czytałam i z którym się zgadzam, oraz druga dla uczestnika, który przekonał mnie opisując książkę nieznaną.

Jeden egzemplarz "Tajemnicy..." wędruje do Pawoliny, a drugi do Misiaela.

Zwycięzcom gratuluję i od razu proszę o podanie adresu do wysyłki (na adres: anneke@poczta.onet.pl) oraz informację, czy książki mają być z autografem/dedykacją (jakąś konkretną?).

Dzięki wszystkim za tak szeroki odzew i wzięcie udziału w zabawie. :)

środa, 6 listopada 2013

Tajemnica Diabelskiego Kręgu - konkurs


Jak widać na załączonym zdjęciu, "Tajemnica..." jest już do kupienia w Empikach (zdaje się nawet, że leży na nowym Sapkowskim :-), z tej okazji więc ogłaszam mini-konkurs. Pytanie brzmi: "W której książce młodzieżowej motyw wybrańca został najbardziej oryginalnie wykorzystany?" Odpowiedzi (tytuł + krótkie uzasadnienie) proszę wpisywać w komentarze. Autor tej, która wyda mi się najciekawsza/najbardziej przekonująca, dostanie ode mnie egzemplarz "Tajemnicy...".
Czas: powiedzmy do poniedziałku w przyszłym tygodniu, bo wtedy wracam z Falkonu i we wtorek mogę już zwycięzcy książkę wysłać.

Mam nadzieję, że przynajmniej parę osób się skusi i coś napisze, bo inaczej książki będą mi zalegać w szafie. :P

piątek, 1 listopada 2013

Listopadowe aktualności


6 listopada będzie miała miejsce premiera "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu". Z tej okazji Uroboros ogłosił konkurs, w którym można wygrać egzemplarz książki.
Szczegóły tu.

7 listopada o godzinie 18:00 zapraszam wszystkich do CENTRUM KULTURY KATOWICE im. KRYSTYNY BOCHENEK (pl. Sejmu Śląskiego 2) na spotkanie z autorami z Katowic oraz okolic.

Będą:
1. Romuald Pawlak
2. Michał Cholewa
3. Anna Głomb
4. Tomasz Przewoźnik
5. Paweł Ciećwierz
6. moi :-)

A dzień później, czyli 8 listopada, wyjeżdżam do Lublina na Falkon. Planowane punkty programu:
sobota, godz. 12:00, "Nieporadnik młodego autora" (z Agnieszką Hałas);
niedziela, godz. 21: 00, "Warsztaty literackie" (również z Agnieszką).
Uwaga: na warsztatach w ramach zachęty przewidziane są drobne upominki dla najbardziej aktywnych uczestników. :)

Pod koniec listopada natomiast z okazji planowanej na 6 grudnia premiery 3 tomu "Przedksiężycowych" będę prawdopodobnie w Warszawie. Dokładny termin do ustalenia.

A na zachętę początek "Tajemnnicy..."