piątek, 27 września 2013

Refleksje o pisaniu 4

Co nam daje sekcja literacka?

Albo forum dla młodych adeptów pióra czy też kursy pisania – notka ta dotyczy przede wszystkim sekcji, którą znam najlepiej, w mniejszym stopniu miejsc w rodzaju Weryfikatorium czy strony Nowej Fantastyki (wrzuca się tam teksty, aby inni je ocenili), a w najmniejszym: kursów czy też warsztatów literackich, które ze względu na krótki okres trwania mają odmienną specyfikę, ale i tu sporo punktów wspólnych by się znalazło.

A chodzi oczywiście o problem, czy pisania można się nauczyć. Czy pisarzem trzeba się urodzić, czy może to rzemiosło jak każde inne?

Ja bym odpowiedziała: po trochu jedno i drugie, tzn. uważam sekcje/fora/kursy za pożyteczne, acz niekonieczne; korzystanie z rad kogoś bardziej doświadczonego nie zrobi z beztalencia wydawanego autora, ale utalentowanemu może skrócić drogę do publikacji. W sensie: facet (czy kobita) sam by prędzej czy później doszedł do tego, co robi źle, ale uświadomiony na sekcji, oszczędza czas.

Co więc może nam dać sekcja literacka?
(albo forum albo kurs, nie chce się mi powtarzać)

Po pierwsze – feedback. Nawet jeśli autor z dawanych mu rad nie skorzysta (nie musi), to będzie wiedział przynajmniej, jak jego twórczość jest odbierana. To ważne, zwłaszcza że czasem założenia autora a odbiór czytelnika to dwie zupełnie różne sprawy, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę.

Po drugie – możliwość poprawienia błędów merytorycznych, konstrukcyjnych i językowych. Moje teksty (pochwalę się, a co) są uważane przez wydawców za dopracowane (w sensie, redaktor nie ma przy nich dużo pracy), ale to nie dlatego, że z natury taka genialna jestem, tylko właśnie dlatego, że moje opowiadania i powieści najpierw przechodzą przez sekcję, a tam ludzie wyłapują autorskie wpadki. Taka pomoc naprawdę się przydaje, zwłaszcza że w grupie betareaderów są ludzie znający się na bardzo różnych rzeczach. Jeden zauważy błąd ortograficzny, drugi, że wypowiedź nie pasuje do danej postaci, trzeci, że końcówka jakoś tak szybko się urywa, a czwarty, że skoro w pierwszym rozdziale bohater mieszka na pierwszym piętrze, to w piątym nie powinien zasapany wchodzić po schodach na trzecie.

Po trzecie – motywację do pracy. Większość ludzi, jak sądzę, chętniej pisze (a tym samym i ćwiczy pisanie), kiedy wie, że ktoś kto to przeczyta.

Po czwarte – zorientowanie się, jakie są nasze słabe, a jakie mocne strony, nad czym musimy popracować. Tego nie muszę rozwijać.

Po piąte – istnieje pewna pula typowych dla początkujących autorów błędów (nadużywanie zaimków, źle skonstruowane opisy, gubiące się podmioty), które autor dość łatwo może poprawić – przy czym przez „dość łatwo” rozumiem, że wymaga to jedynie nieco treningu i zwracania uwagi na to, co się pisze. Sekcja pomaga w walce z tego typu niedoróbkami.

Czego natomiast sekcja nam nie da:

Po pierwsze – nie zastąpi zdolności. Amerykańskie z ducha myślenie, że jak ktoś czegoś bardzo chce i włoży dużo pracy, to mu się uda, jest popularne, ale świat tak nie działa, sorry. Jasne, praca i chęci jak najbardziej mają znaczenie, ale u podstaw musi leżeć choćby iskra talentu. Jeśli jej zabraknie i wyrabianie 300% normy nie pomoże.

Po drugie – nie nauczy technik pisania „z wyższej półki”, takich jak budowanie napięcia, tworzenie wiarygodnych postaci itp. czyli tego wszystkiego, na co w literaturze nie ma recepty, co robi się bardziej „na instynkt” niż „na wiedzę”. Sekcja, owszem, może nauczyć jak skonstruować prawidłowy opis, powiedzmy, padającego deszczu, ale już za diabła nie sprawi, że opis będzie wprowadzał odpowiedni nastrój...

Po trzecie – nie zrobi redakcji. Na różnych forach (sekcyjnym też) czasem praktykuje się „rozbiórki tekstu”, tzn. recenzent leci przez opowiadanie zdanie po zdaniu i wyszczególnia błędy, ale najczęściej jest to korekta dość powierzchowna, skupiająca się na tym, co najbardziej rzuca się w oczy. Prawdziwa redakcja zresztą w przypadku najsłabszych tekstów w ogóle nie byłaby możliwa, bo – przypominam – nie da się zredagować czegoś, co de facto wymaga napisania od nowa.

Po czwarte – nie zmieni kiepskiego tekstu w dobry. Zdarzają się autorzy, którzy kombinują na zasadzie: wyślę tekst na forum, tam mi wypiszą błędy, ja je poprawię i – voilà, mam gotowe opowiadanie do publikacji! To naiwność. Niektóre wpadki (np. ortografię) faktycznie można poprawić od ręki, ale nie zmieni się przecież w ten sposób stylu na publikowalny czy konstrukcji postaci na bardziej wiarygodną, nie zbuduje napięcia ani nie sprawi, że drętwe dotąd dialogi nagle zaczną brzmieć żywo.

A czy sekcja (forum, kurs) może być dla młodego twórcy niebezpieczna?
Do pewnego stopnia tak, ponieważ:

Po pierwsze  początkujący twórcy łatwo dają się „formatować” literackim autorytetom. Ten argument podniósł przy okazji któregoś konwentu Wit Szostak, roztaczając straszliwą wizję autora, który mógłby napisać drugi „Finnegans Wake” ale tłucze kolejną banalną fabułkę o wyprawie na smoka, bo na kursie go nauczyli, że ma być po bożemu i bez żadnych wariacyj. Natrząsam się trochę, ale coś w tym jest, faktycznie sporo autorów zaczyna od tego, że z mniejszym bądź większym powodzeniem próbuje kopiować cudze pomysły na pisanie. Tyle że jest to stan dla młodego autora naturalny i przejściowy, dobry pisarz w pewnym momencie przeorganizuje sobie w głowie zdobyte w ten sposób doświadczenie, część zachowa, jako przydatną, część odrzuci – i pójdzie swoją drogą. A już na pewno takiego pójścia oczekuje się od twórców genialnych (takim zapewne byłby autor drugiego „Finnegans Wake”) – i jeśli ktoś tego nie potrafi, to znaczy, że żadnym geniuszem nie jest...

Po drugie młody twórca nigdy nie wie, na kogo trafi. Internet (tam najczęściej szuka się pomocy) to otchłań, w której można znaleźć wszystko: od sensownej oceny tekstu dokonanej przez kogoś, kto ma pojęcie o języku polskim i literaturze aż po guzik warte porady, w których domorosły recenzent czepia się trochę bardziej metaforycznych wyrażeń (jak to możliwe, że serce skoczyło bohaterowi do gardła???), albo wręcz proponuje zmianę poprawnego zdania na niepoprawne.

Po trzecie młodemu twórcy często się wydaje, że jak już przyjdzie na sekcję, to ktoś go obiektywnie oceni, powie, co ma poprawić, i poprowadzi ku publikacji – i wszystko będzie takie fajne i jasne. Guzik prawda. Obiektywnie można ocenić poprawność językową czy stylistyczną (choć i w przypadku tej ostatniej zostaje pewien margines na degustibus). Reszta to ocena subiektywna. Dlatego zazwyczaj, kiedy wrzucamy tekst na sekcję, dostajemy kilka różnych opinii – i nader często są one sprzeczne. Jeden komentujący końcówką się zachwyci, drugi, przeciwnie, uzna że to najsłabsza część opowiadania. Dlatego autor najczęściej po pierwszym spotkaniu ma potężny zamęt w głowie i nie wie, co poprawiać i czy w ogóle.

Jak sobie z tymi problemami radzić?

(też miało być w punktach, ale chyba się nie da...)

Punkt pierwszy czyli „formatowanie” przez autorytety pomijam – to albo komuś przejdzie, albo nie, natomiast z punktami 2 oraz 3 faktycznie jest kłopot. Bo jak odróżnić krytyka, który naprawdę się zna od tego, który pojęcie o literaturze ma jeszcze mniejsze niż my? I kiedy oraz co w tekście poprawiać? To problem tym większy, że podział nie przebiega prosto na zasadzie: jak krytykuje ktoś, kto się zna, to karnie słuchamy i poprawiamy, a jak ktoś, kto się nie zna, to wszystkie propozycje zmian możemy śmiało wywalić do kosza. Wcale nie. Czasem i komuś, kto nie potrafi sklecić poprawnego zdania, zdarza się zaskakująco trafna uwaga, a literacki autorytet może udzielać rad, które co prawda są bardzo mądre, ale do naszej twórczości nijak nie pasują.

Młodzi autorzy na uwagi krytyczne najczęściej reaguje na dwa sposoby: albo całkowitą uległością i pokornym zgadzaniem się na wszystkie proponowane zmiany albo odwrotnie: obrażaniem się i odmową przyjęcia do wiadomości jakichkolwiek negatywnych uwag. Ani jedno ani drugie nie jest dobre. Chodzi, no... o złapanie pewnej zdrowej równowagi, żeby z jednej strony być otwartym na sensowne propozycje, a z drugiej jednak potrafić obronić jakąś tam swoją literacką wizję.

Złapanie tej równowagi proste nie jest, ale najczęściej przychodzi z czasem. Łatwiej mają autorzy oczytani, z wyczuciem językowym, którzy wiedzą mniej więcej, co chcą osiągnąć. Tacy, którym zdarzają się co prawda babole, ale którzy potrafią odróżnić dobre zdanie od złego, jeśli się im pokaże jedno i drugie. Oni dość szybko orientują się, kto udziela im sensownych rad, a kto nie bardzo, i które zmiany warto wprowadzić.

Jeśli natomiast autor jest całkowicie „zielony”... Cóż, takiemu pozostaje albo wymacywanie drogi na oślep albo ewentualnie znalezienie sobie autorytetu, któremu wierzy się bardziej niż innym. Takim autorytetem może być np. redaktor (niektórzy udzielają się na forum Fahrenheita) czy pisarz, bo są autorzy, którzy czytają i oceniają teksty młodych twórców (ja to robię, ale wyłącznie w ramach sekcji).

Aha, trzeba jeszcze pamiętać, że autor autorowi nierówny – człowiek, który wydał kilka powieści w tradycyjnym wydawnictwie jest jednak bardziej wiarygodny niż selfpublisher, z całym szacunkiem dla tych ostatnich. Zaznaczam też od razu, że autorytetowi warto wierzyć w kwestiach mniej więcej „obiektywnych” czyli takich jak poprawność językowa czy do pewnego stopnia styl oraz konstrukcja, ale już niekoniecznie subiektywnych (fajny/niefajny pomysł, ciekawa/nieciekawa postać, nudne/nienudne), bo to w dużej mierze kwestia gustu.

Wszystkim natomiast, i tym zielonym i bardziej doświadczonym autorom, dobrze robi uspokojenie się przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji w kwestii tego, co dalej robimy z ocenionym tekstem. To ważne, bo zazwyczaj po spotkaniu sekcyjnym czy weryfikacji tekstu na forum autor jest strasznie nabuzowany emocjami, gotów nosić na rękach tych, którzy go pochwalili, a oburzać się na krytykujących (jak on mógł napisać, że końcówka słaba, przecież ja prawie płakałem, jak ją pisałem!). W takim stanie do niczego sensownego nie dojdziemy, najpierw trzeba odetchnąć, oczyścić umysł i przemyśleć proponowane zmiany, a potem dopiero przyjąć te, które nam pasują, odrzucić natomiast te, które uważamy za niepotrzebne. To się da zrobić, serio. W przypadku poprawek językowych w razie wątpliwości pomaga oczywiście słownik ortograficzny czy podręcznik do gramatyki, w przypadku poprawek innych – np. wyobrażenie sobie na spokojnie, jak wyglądałby nasz tekst z proponowaną zmianą. Ja często mam tak, że w pierwszej chwili nie chcę poprawiać niczego, bo moja wersja wydaje mi się najlepsza, a dzień-dwa później po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że przynajmniej część zaproponowanych zmian jest sensowna i na wprowadzeniu ich tekst zyska.

A, i jeszcze jedno – niedobrym pomysłem jest doszukiwanie się u krytykujących różnych niskich motywów w stylu: „skopał mój tekst, bo mnie prywatnie nie lubi” albo, co gorsza, „skopał, bo jest zazdrosny i sam chciałby tak pisać”. Krytykujący nie musi mieć racji, ale choćby na zasadzie domniemania niewinności przyznajmy mu przynajmniej tyle, że krytykuje „uczciwie” tzn. dlatego, że mu się nie podobało, a nie z innych, pozaliterackich powodów. Doszukiwanie się takich powodów to zamykanie się na argumenty drugiej strony. Są autorzy, czasem nawet znani, którzy zupełnie serio uważają, że chwalą ich znawcy, a jak ktoś krytykuje, to znaczy, że hejter, idiota albo zazdrośnik. Jako strategia chroniąca pisarskie ego jest to z psychologicznego punktu widzenia nawet sensowne; człowiek myślący w ten sposób może przeżyć całe życie w miłym przekonaniu, że jest pisarzem idealnym, bo przecież zastrzeżenia do jego twórczości mają jedynie ci, których i tak nie warto słuchać. Ale na coś takiego pozwolić sobie mogą autorzy, którzy i bez cudzych rad piszą co najmniej dobrze, dla początkującego twórcy przyjęcie podobnego sposobu myślenia oznacza, że delikwent niczego od nikogo się nie nauczy, a nie tego przecież chcemy, kiedy idziemy na sekcję, wchodzimy na forum literackie czy płacimy za kurs.  




czwartek, 26 września 2013

Chwalę się nagrodą...



...a konkretnie Nagrodą Literacką im. Jerzego Żuławskiego,  którą we wtorek otrzymało Czarne. Złote Wyróżnienie przypadło Łukaszowi Orbitowskiemu za Widma, a Srebrne Wyróżnienie Robertowi M. Wegnerowi za Niebo ze stali. Ponadto bonusowo od wnuczki Jerzego Żuławskiego dostałam także śliczny ekslibris z biblioteki pisarza, który wygląda jak na załączonym obrazku.





A poniżej parę fotek z Warszawy:  

Ja, zagubiona na Placu Zamkowym






















Podczas Gali, Nagroda w pudełku


Widok z naszego hotelowego okna

poniedziałek, 16 września 2013

Tajemnica Diabelskiego Kręgu - przerwa na reklamę



Powoli zbliża się premiera „Tajemnicy Diabelskiej Kręgu” czyli mojej pierwszej powieści dla młodzieży. Z tej okazji – dzięki nieocenionej Cintryjce – na pasku z boku pojawiła się nowa zakładka, a w niej udostępnione przez grupę wydawniczą Foksal fragmenty oraz ilustracje.

Ja zaś postaram się książkę zareklamować... Znaczy, jak powszechnie wiadomo, moje umiejętności autopromocji są nader nikłe, ale spróbuję, co mi tam.




Co w książce powinno być:

-atmosfera „młodzieżowego horroru” tzn. sporo grozy, ale bez przesadnej brutalności;
-tajemnice i zagadki, nie tylko kryminalne;
-napięcie (główna bohaterka prowadzi śledztwo w sprawie znikających z klasztoru nastolatków);
-sympatyczna protagonistka;
-trochę humoru, żeby złagodzić ewentualną ponurość;
-parę zaskakujących zwrotów akcji;
-jeden pomysł, z którego jestem szczególnie dumna :-);
-historia alternatywna: w Polsce lat 50-tych lądują anioły;
-magia.

Całość w zamierzeniu ma być trochę w klimacie „Labiryntu Fauna” (przy założeniu, że ten byłby naprawdę filmem dla dzieci) oraz staroświeckich powieści dla młodzieży (seria o Panu Samochodziku).

Ocena, na ile mi to wyszło, należeć będzie do czytelników.
Kto chce się przekonać? ;)

niedziela, 15 września 2013

Agatha Christie - urodzinowy ranking


Dziś przypada 113 rocznica urodzin Agathy Christie – autorki, której książki towarzyszyły mi przez sporą część dzieciństwa i wszystkie lata nastoletnie i do których po dziś dzień z sentymentem lubię wracać. Jej kryminały są zbudowane precyzyjnie jak szwajcarskie zegarki, co niektórzy zresztą poczytują za wadę. Bo w „prawdziwym życiu” te misterne mordercze plany zaraz by się posypały, bo bohaterowie jak z gry planszowej (Pułkownik z Indii, Który Zabił Tygrysa), bo wszystko to sztuczne i przesadnie wymyślne.
Trochę prawdy w tym jest, fabuły Christie faktycznie są mało... hm, życiowe i aby cieszyć się lekturą, trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza pewne elementy konwencji. Ot, choćby taki, że mordercy są tu zaskakująco opanowani i w pięć minut po popełnieniu swojego pierwszego zabójstwa potrafią zachowywać się jak gdyby nigdy nic, a z dziesięciu podejrzanych każdy miał motyw, by zabić. O świadkach, którzy w ważnych chwilach zawsze spojrzą na zegarek, już nie wspomnę.
Zarzuty można mnożyć, ale dla mnie siła Christie tkwi właśnie w tym, że autorka we wszystkie te sztuczne konstrukcje potrafiła tchnąć życie. Jej książki to spory kawał historii Anglii: od okresu tuż po pierwszej wojnie światowej, poprzez lata dwudzieste-trzydzieste (emancypacja kobiet, czas zabawy i dobrobytu), drugą wojnę światową i ciężkie czasy powojenne (kartki, upadek arystokratycznych rezydencji) aż po lata sześćdziesiąte i początek siedemdziesiątych. Jeśli wczytać się dobrze, to poza warstwą kryminalną znajdzie się w tych powieściach sporo fajnych spostrzeżeń społeczno-obyczajowych, bardziej lub mniej poważnych. Jak słowa pewnej zdeklasowanej arystokratki, która narzeka, że „to straszna bieda, kiedy człowiek nie może sobie pozwolić na podkuchenną”.
Christie cenię też za poczucie humoru i dystans do swoich pomysłów, najlepiej chyba widoczny w postaci Ariadny Oliver, autorki kryminałów, która pojawia się w niektórych książkach (najczęściej u boku Herkulesa Poirot) i jest swoistym alter ego samej Christie. Nieprawdą jest też, że Christie nie potrafiła tworzyć pełnowymiarowych bohaterów. Fakt, większość jej postaci jest raczej prosta, czasem wręcz na granicy karykatury (Herkules Poirot) albo dość sztampowa – niemniej i te potrafią się w określonej konwencji obronić. A zdarzało się angielskiej autorce wymyślać naprawdę ciekawe niebanalne osobowości – o czym za chwilę.

Z okazji urodzin Agathy Christie wrzucam ranking dziesięciu moich ulubionych powieści tej autorki.

10. I nie było już nikogo 
Albo „Dziesięciu Murzynków”, w którejś wersji, zdaje się, występowali też Indianie. Mniejsza z tym. Niezależnie od tytułu to chyba najsłynniejsza powieść Agathy Christie. Faktycznie, pomysł jest świetny, a fabuła zbudowana bardzo precyzyjnie, niemniej to książka jednorazowa, niemalże „kryminał w stanie czystym” czyli sama intryga, pozbawiona właściwie ciekawego tła i smaczków, z równie jednorazowymi bohaterami, których jedyną rolą jest jak najszybciej umrzeć. Dlatego tylko miejsce dziesiąte.





9. Śmierć na Nilu 
Niby nic szczególnego, bo podobnych książek Christie napisała sporo, a jednak w tej jest coś, co bardzo lubię. Może klimat egzotycznej wycieczki wzdłuż Nilu, może specyficzny nastrój tragedii wiszącej od początku nad bohaterami. Zasługuje na miejsce dziewiąte.








8. A.B.C. 
Jeden z najlepszych pomysłów Christie, niestety, i tutaj, podobnie jak w „Murzynkach”, ciekawa intryga kryminalna zdominowała nieco pozostałe elementy. Niemniej: solidna ósma pozycja.









7. Zakończeniem jest śmierć 
Czyli mój ulubiony kryminał „pozaseryjny” tzn. taki, w którym nie występuje żaden ze sztandarowych detektywów Christie. Nie może zresztą, gdyż akcja „Zakończeniem jest śmierć” toczy się w Starożytnym Egipcie. Tym razem intryga jest taka sobie, ale wyrównują to z nawiązką nietypowe, bardzo ładnie przedstawione realia, solidna szczypta humoru oraz rewelacyjna postać bystrej i złośliwej seniorki rodu.






6. Tajemnicza historia w Styles 
Trochę oszukuję, bo pierwotnie miała tu być „Pora przypływu”, ale ponieważ nie pasowałaby mi okładką (nie znalazłam wydania z tej serii), zmieniłam ją na „Tajemniczą historię...”, którą też bardzo lubię. To pierwsza detektywistyczna powieść Agathy Christie i od razu bardzo udana, z dopracowaną intrygą i zaskakującym rozwiązaniem z gatunku tych, które pozornie wydają się bardzo proste, a jednak tak trudno na nie wpaść. Mamy tu okazję poczytać, jak wyglądały początki pobytu Herkulesa Poirot na wyspach oraz jak żyła brytyjska klasa średnia (wyższa? średnio-wyższa? hm...) na początku dwudziestego wieku, co dla współczesnych czytelników ma już spory posmak egzotyki. 



5. Zbrodnia na festynie 
Lubię tę książkę ze względu na klimat przemijania, którego symbolem jest stara pani Folliat, niegdyś bogata właścicielka ziemska, dziś mieszkająca w domku ogrodnika na terenie swej dawnej posiadłości. A z melancholijnym nastrojem kontrastuje beztroska zabawa, która niespodziewanie zmienia się w tragedię... Ponadto występuje tu przezabawna jak zwykle Ariadna Oliver, w ramach tytułowego festynu organizująca Polowanie na Mordercę, a że mam do niej sporo sympatii, wrzucam na miejsce piąte.





4. Zabójstwo Rogera Ackroyda 
Wiem, Czechow był pierwszy (że pozwolę sobie na lekki spojler), ale i tak jest to jedna z najbardziej oryginalnych fabuł Agathy Christie. Świetna intryga i mistrzowskie wodzenie za nos czytelnika.









3. Morderstwo odbędzie się... 
Sama nie wiem, dlaczego ta akurat książka znalazła się tak wysoko w rankingu. Częściowo chyba z powodu nietypowego, a bardzo intrygującego początku (morderstwo zapowiedziane w gazecie). Częściowo z powodu świetnie oddanego klimatu małego miasteczka w czasach tuż powojennych (te czarnorynkowe machlojki!) oraz z uwagi na nader zgrabne połączenie posępnej atmosfery zagrożenia z humorem. Ponadto panna Marple jest tu absolutnie bezbłędna: pozornie nieszkodliwa i niezbyt mądra staruszka, a w rzeczywistości bystra obserwatorka obdarzona detektywistycznymi zdolnościami.




2. Morderstwo w Orient Expressie 
Jedna z najbardziej znanych powieści Christie i zarazem jedno z najbardziej zaskakujących rozwiązań kryminalnej intrygi (fakt, że strasznie przekombinowane, ale jak już pisałam, nie o prawdę życiową w tych książkach chodzi). A do tego klaustrofobiczny klimat uwięzionego w śniegu pociągu, czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej.







1. Morderstwo w Mezopotamii 
I wreszcie miejsce pierwsze. Wiem, że to nietypowy wybór, bo Christie wymyśliła kilka bardziej oryginalnych fabuł, ale ja właśnie do „Morderstwa...” mam największą słabość. Ze względu na niezwykle klimatyczną scenerię (wykopaliska archeologiczne na terenie tytułowej Mezopotamii), narratorkę, czyli siostrę Leatheran, która jest uosobieniem pielęgniarskiej solidności i rozsądku (proszę zwrócić uwagę, jak fajnie, poprzez drobiazgi, pokazany jest jej charakter). A przede wszystkim ze względu na panią Leidner, ofiarę morderstwa, która jest najlepszą kobiecą postacią stworzoną przez Christie: niejednoznaczną, skomplikowaną i tym bardziej tajemniczą, że jej osobowość poznajemy głównie z relacji pozostałych bohaterów – a ona dla każdego była kimś innym. Ponadto scena, w której Herkules Poirot rozpoczyna swoją opowieść słowami „Bismillahi ar rahman ar rahim”, a siostra Leatheran docenia lekceważone wcześniej piękno Wschodu, to chyba najbardziej nastrojowy moment w całej twórczości angielskiej autorki.  

czwartek, 12 września 2013

Refleksje o pisaniu 3


Co dzieje się z tekstem w wydawnictwie/redakcji?

Ja oceniam nadsyłane propozycje w Esensji, ale ona jest specyficzna, bo raz, że przychodzi do nas nieprzesadnie dużo tekstów, a dwa, że mamy sporą ekipę oceniających. Dzięki temu możemy sobie pozwolić, żeby każde nadesłane opowiadanie przeczytały co najmniej dwie osoby. I to przeczytały porządnie, nie „po łebkach”. W wydawnictwach nie jest już tak różowo, tam zdarza się, że jednego dnia przychodzi kilka powieści, i nikt nie ma czasu, żeby nad jedną ślęczeć kilka dni. Najczęściej redaktor odpowiedzialny za przyjmowanie do publikacji czyta z uwagą początek, a jeśli ten z jakiegoś powodu jest zniechęcający (bo rażące błędy, bo narracja kuleje, bo pomysł wygląda na sztampowy), to resztę co najwyżej tylko przegląda, z nastawieniem  „no dobra, zobaczę, czy dalej też jest źle”. Dlatego zrobienie dobrego wrażenia początkiem jest takie ważne. Jeśli ktoś kombinuje na zasadzie: „Ok, pierwsze trzydzieści stron jest słabe, ale to taka rozbiegówka, za to na trzydziestej pierwszej jest taki zwrot akcji, że czytelnikowi z wrażenia gacie spadną”, to źle kombinuje. Do  trzydziestej pierwszej strony redaktor już nie dotrze, albo dotrze, przerzucając od niechcenia kartki – i z dużym prawdopodobieństwem przegapi nasz wspaniały pomysł. Nie znaczy to, że każdy tekst musi koniecznie zaczynać się od zalecanego przez Hitchcocka trzęsienia ziemi, można zacząć i od opisu przyrody, jeśli tak nam pasuje, ale powinien on być dopracowany, klimatyczny, no, przede wszystkim - w ten czy inny sposób - zachęcający do dalszej lektury.

A dlaczego tekst może zostać odrzucony? Możliwości jest sporo i wcale nie wszystkie wynikają z tego, że autor to beztalencie.

- Można zostać odrzuconym ze względu na, hmm... nieumiejętność posługiwania się językiem polskim? Kiepska ortografia i interpunkcja, skopana gramatyka, błędy stylistyczne (mylenie podmiotów, nieprawidłowe związki frazeologiczne, budowanie zdań nieskładnych albo wręcz niezrozumiałych), używanie słów, których znaczenia nie znamy – jeśli tekst szwankuje na tym najprostszym poziomie, to - poza odesłaniem autora do słownika i książek - niewiele da się zrobić.

- Albo ze względu na kiepską konstrukcję. Czyli: pojedyncze zdania są ok, autor potrafi pisać po polsku, ale zakończenie urywa się nagle i bez sensu, fabuła ma dziury logiczne, a narracja jest monotonna. Powieść jest przegadana albo przeciwnie: autor tak oszczędza na słowach, że człowiek nie wie, o czym właściwie czyta. Albo szwankuje styl, nie pod względem „poprawności”, tylko ogólnie pojętej „zgrabności”, bo może być i tak, że w zdaniu w zasadzie błędów nie ma, ale całość brzmi... niefajnie, dziwacznie, a nawet głupio i „źle się czyta”. Tutaj ocena bywa już subiektywna, bo granica między grafomańskim rozbuchaniem a poetyckim językiem jest cienka, nielogiczności do pewnego stopnia można usprawiedliwiać konwencją, a zakończenie, które dla jednego będzie urwane, ktoś inny może uznać po prostu za otwarte. Niemniej, nad tego typu zarzutami warto przynajmniej się zastanowić – może oceniający się czepia, a może wcale nie?

- Język i konstrukcja są ok, ale naszemu dziełu brakuje szczypty oryginalności, nic w tekście nie porywa, nie wzrusza i nie zaciekawia jakoś szczególnie. Ot, powieść czy opowiadanie jak dziesiątki innych. Jednym słowem: napisaliśmy klasycznego „średniaka”, z tych, o których już wspominałam. Wtedy można liczyć na to, że trafimy akurat na redaktora lubiącego daną konwencję. Wielbiciel mrocznych klimatów może wziąć nawet bardzo przeciętną grozę, antyfan prawdopodobnie ją odrzuci.

- Może się okazać, że nie mieścimy się w profilu wydawnictwa. Czasem bywa to spowodowane gapiostwem autora (wspomniane wysłanie horroru do wydawnictwa wydającego romanse), ale bywa i tak, że to wydawnictwo ma problem z komunikacją. Np. na stronie wisi informacja, że chętnie przyjmują fantastykę, ale tak naprawdę zainteresowani są jedynie, powiedzmy, grozą, bo im wyszło, że to sprzedaje się najlepiej.

- Możemy zwyczajnie nie trafić w gust redaktora. W Esensji pecha ma często groteska czy surrealizm oraz krwawe kawałki typu „ręka, noga, mózg na ścianie”. Zwyczajnie brakuje u nas osób, które coś takiego by lubiły.

- Tekst jest dobry, a nawet bardzo dobry, ale wydawca dochodzi do wniosku, że „to się nie sprzeda”. Powody mogą być różne: bo niemodna tematyka, bo niszowe, bo zbyt dziwaczne, a nawet zbyt trudne/ambitne.

- Tekst jest dobry, ale tak się składa, że niedawno wydawnictwo/czasopismo dostało dzieło o podobnej tematyce, tylko lepsze. Wtedy tego słabszego (choć wciąż niezłego) nie opłaca się brać. W Esensji coś podobnego zdarzyło się parę razy i za każdym było mi autora trochę żal...

Tyle powodów na szybko przyszło mi do głowy, a pewnie, gdyby dłużej pomyśleć, znalazłoby się jeszcze kilka.

Jeszcze w kwestii krążącego tu i ówdzie mitu, że utalentowani autorzy nie mogą przebić się na rynku, ponieważ wydawcy publikują głównie kolegów, po znajomości. Pomijając być może  jednostkowe przypadki – bzdura. Wydawcy nie są masochistami ani samobójcami. Wydawcy chcą zarobić (albo, w przypadku pasjonatów, po prostu wydać dobrą literaturę), dlaczego więc, u licha, mieliby inwestować w kiepskie dzieła „krewnych-i-znajomych-królika” zamiast w dobre innych autorów? Z mojego doświadczenia wynika, że znajomość z wydawcą tak naprawdę daje autorowi dwie rzeczy: po pierwsze, prawdopodobnie odpowiedź dostaniesz szybciej, po drugie: w razie odmowy możesz liczyć na wyjaśnienie „dlaczego” zamiast obłej formułki w stylu: „Niestety, nie jesteśmy zainteresowani nadesłaną propozycją” albo zgoła braku odpowiedzi. Takie wyjaśnienie jest dla autora bardzo ważne, bo to w końcu różnica, czy odrzucili nas, bo okazaliśmy się zbyt ambitni, czy może dlatego, że nie potrafimy pisać... W fantastyce niejaką przewagę mają więc autorzy, którzy udzielają się w fandomie, jeżdżą na konwenty i w razie czego mogą wydawcę złapać i wypytać – a nuż pamięta, dlaczego książki nie chciał.

poniedziałek, 9 września 2013

Refleksje o pisaniu 2


Pomysł czy poprawność językowa?

Co jest ważniejsze? Co decyduje o publikacji? Niektórzy twierdzą, że pomysł, a od poprawiania błędów jest redaktor, inni – że ważniejszy jest język, bo co komu ze świetnego pomysłu, jeśli powieści/opowiadania nie da się czytać?

Ja bym odpowiedziała tak: do pewnego poziomu decyduje poprawność, bo tekst literacki przede wszystkim musi być „redagowalny”, czyli taki, który - mniejszym bądź większym nakładem redaktorskiej pracy - da się doprowadzić do stanu publikowalności. Redaktor, owszem, może tekst poprawić, na tym polega jego praca, ale przecież nie napisze go za autora od nowa. Nawet najbardziej genialny pomysł świata  nie uratuje opowiadania, w którym przerobić trzeba każde zdanie.

Jeśli jednak nasze dzieło poziom „redagowalności” osiągnęło, ważniejszy staje się pomysł. Wielu wydawców, mając do wyboru sztampowy, choć idealnie poprawny językowo tekst, lub tekst wymagający większej pracy redaktora, lecz oryginalny – wybierze ten drugi.

Ostrzegam jednak przed pokładaniem nadmiernych nadziei w genialności własnego pomysłu. Istnieje pewna grupa autorów – zazwyczaj młodych – którzy tak głęboko wierzą w oryginalność swojej wizji, że uznają, iż w związku z tym warstwę językowo-stylistyczną mogą już całkiem sobie odpuścić. Problem jednak w tym, że pomysły naprawdę genialne zdarzają się bardzo rzadko. Najczęściej to, co siedemnastoletni autor uważa za niezwykle odkrywcze, w oczach czytelnika starszego o lat dziesięć jest „tylko” dobre, albo wręcz sztampowe – i co wtedy?

Opowiadanie czy powieść to taki trochę system naczyń połączonych, jeśli jeden element wyraźnie szwankuje, pozostałe muszą być na odpowiednio wysokim poziomie, żeby zrekompensować niedoróbki. A ponieważ autor zazwyczaj nie wie, co mu wyszło dobrze, a co źle (może jedynie podejrzewać), warto zadbać, żeby wszystkie elementy były przynajmniej na przyzwoitym poziomie. Trzy literówki nikomu nie zaszkodzą, ale trzysta już może. Nie słyszałam jeszcze o przypadku, by redaktor odrzucił tekst tylko i wyłącznie ze względu na złą interpunkcję, ale odczapistycznie powstawiane przecinki mogą stać się przysłowiową kroplą przepełniającą czarę. Bo wyobraźmy sobie, że do wydawnictwa przychodzą dwie powieści, obie oparte na fajnym pomyśle, z ciekawymi bohaterami i dopracowaną fabułą. Różnią się jednak tym, że pierwsza jest dopracowana pod względem językowym i wymaga od redaktora jedynie lekkiej kosmetyki, w drugiej natomiast szaleją literówki, orty, a interpunkcja jest życzeniowa – wszystko to niby drobiazgi, lecz pierwszą książkę redaktor będzie poprawiał przez tydzień, a drugą przez miesiąc. Jak sądzicie, które dzieło ma większe szanse na publikację?

Idealny tekst, który wysyłamy do wydawnictwa/czasopisma, powinien wyglądać „jak książka”, tzn. tak, że bierzemy go do ręki i podczas lektury czujemy się, jakbyśmy czytali wydaną literaturę – a mam tu na myśli nie tylko brak błędów, ale też układ tekstu, akapity itp. Wiadomo jednak, że mało kto ten ideał osiąga i żaden wydawca nie będzie wymagał czegoś takiego od autora – zwłaszcza początkującego. Nie trzeba być doskonałym, wystarczy... no, trzymać pewien poziom.

Jak więc poprawiać i na co zwracać uwagę?

Błędy roboczo podzieliłam na:

- takie, które widać jeszcze PRZED rozpoczęciem lektury, czyli: posklejane wyrazy, zdania rozpoczynające się małymi literami, spacje przed znakami przestankowymi, przedziwny zapis dialogów (punktory zamiast myślników albo coś w tym rodzaju). Są to niedoróbki biorące się najczęściej z lenistwa (autorowi nie chciało się przejrzeć swojego tekstu po napisaniu) albo z niewiedzy (np. autor nie wie, jak się zapisuje dialogi – bo o straszliwej możliwości, że ktoś może nie wiedzieć, iż zdanie należy zaczynać wielką literą, wolę nie myśleć). Ani jedno, ani drugie nie świadczy dobrze o autorze. A że takie akurat „kfiatki” poprawia się dość łatwo, tym bardziej wstyd, kiedy twórca tego nie zrobi.

- drobne błędy, czyli literówki, orty, interpunkcja czy brak znaków diakrytycznych przy polskich literach. Tu z poprawianiem jest już gorzej, bo są autorzy (czasem bardzo utalentowani), którzy mimo wielokrotnego czytania zwyczajnie tych nieszczęsnych literówek nie widzą. Albo mają problem z interpunkcją czy ortografią. Bywa, a wordowskie sprawdzanie pisowni nie wszystko wyłapie. W takich przypadkach należy zrobić, co można (o metodach wyłapywania błędów za chwilę), a potem zdać się na los. Generalnie niezbyt duża ilość podobnych „wpadek” nie powinna zaszkodzić. To są błędy, owszem, dość irytujące przy lekturze, ale jednocześnie „łatwo poprawialne” przez redaktora (czasem wystarczy jedno kliknięcie), jeśli więc pozostałe elementy dzieła są na wysokim poziomie, wydawca często przymknie oko na to, że z uporem piszemy żaba przez „rz”.

- poważniejsze błędy, czyli skopana gramatyka i kulejący styl. O ile literówkę/orta/przecinek redaktor poprawi bez problemu, o tyle naprawianie kiepskiego zdania czy wręcz całego fragmentu wymaga już zdecydowanie większego nakładu pracy. Dlatego to chyba najpoważniejszy rodzaj błędów i jeśli powieść/opowiadanie zostaje odrzucona/e z uwagi na „słaby język”, to najczęściej właśnie z tego powodu.

Co można zrobić, żeby uniknąć błędów?

- porównać stronę wydanej książki ze stroną własnego tekstu. Nie treść, oczywiście, ale ogólny układ. To działa, serio, sama tak zrobiłam dziesięć lat temu. Można dzięki takiemu porównaniu odkryć wiele fascynujących rzeczy, np. że istnieje coś takiego, jak wcięcie akapitowe, albo że po kreskach dialogowych dajemy spację, a potem dopiero wypowiedź bohatera. Poprawianie podobnych drobiazgów może się wydawać głupotą, ale naprawdę warto, bo po takim zabiegu nasze dzieło od razu zaczyna wyglądać lepiej. A tworząc kolejny tekst, już prawdopodobnie poprawiać nie będziemy musieli, bo przyzwyczaimy się do prawidłowej pisowni.

- po napisaniu przeczytać własny tekst, najlepiej kilka razy, poprawiając przy okazji błędy. Koniecznie! Niektórzy radzą, żeby między jednym czytaniem a drugim dzieło odleżało kilka tygodni, ale to już jest moim zdaniem wymaganie od autorów przesadnego heroizmu. Autor to stworzenie z natury niecierpliwe, wiadomo, niech więc zamiast kilku tygodni będzie kilka dni. Powinno wystarczyć.

- przeczytać dzieło na głos. Działa, aczkolwiek raczej w przypadku krótszych tekstów, bo przy dłuższych można zachrypnąć. ;)

- znaleźć dobrego betareadera, który poprawi nam literówki oraz inne wpadki. Taką betą może zostać zaufana koleżanka/kolega; pomocy można też szukać na forach poświęconych pisaniu albo w sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki – choć to opcja raczej dla miejscowych. 

- przejrzeć tekst przy pomocy modułu sprawdzania pisowni w Wordzie (zakładka: „Narzędzia” u góry ekranu, a potem „Pisownia i gramatyka”).  Można w ten sposób wyłapać sporo błędów, choć nie wszystkie, niestety (Word nie rozróżnia wierzy od wieży ani morze od może). Tylko pamiętajmy, aby przez cały czas kontrolować, co program nam podkreśla i na co chce to poprawić – absolutnie nie polecam bezmyślnego klikania „zmień”, bo Word jest głupi i jego propozycje bywają czasem... dziwne.

UWAGA! Tym bardziej nie pozwalamy, żeby Word „domyślał się”, co chcemy napisać i poprawiał za nas. Autokorekta to zło. Jeśli jej nie wyłączymy, może się okazać, że w naszym fantastycznym opowiadaniu zamiast hobbitów są hoplici, a zamiast internetu internat. :)

I jeszcze jedna uwaga – w mniemaniu wielu początkujących autorów teksty dzielą się na dobre i złe. Te pierwsze każdy wydawca opublikuje z pocałowaniem ręki, drugie natomiast należy poprawiać, aż znajdą się kategorii pierwszej. To nieprawda. W rzeczywistości sporo propozycji przychodzących do wydawnictw czy czasopism to tzw. „średniaki”. Opowiadania/powieści poprawnie napisane, z jakimś tam pomysłem i przemyślane pod względem konstrukcji. Teksty, w przypadku których właściwie nie ma się do czego przyczepić, a jednocześnie... takie sobie, niewyróżniające się niczym szczególnym.  Podobne kawałki są „na granicy publikowalności”, tzn. można je puścić albo nie, w zależności od tego, które oko oceniający akurat przymknął. I bywa tak, że betareaderzy tekst chwalą (bo w sumie wszystko jest ok), a potem od wydawcy autor dostaje negatywną odpowiedź. Niekoniecznie musi to znaczyć, że ktoś tu zwariował, że koledzy łżą albo redaktor się nie zna. Czasem znaczy to właśnie, że człowiek napisał „średniaka” i miał przy tym pecha.







niedziela, 8 września 2013

Refleksje o pisaniu



Zastanawiałam się, czy pisać tę notkę, czy nie. Na „nie” było sporo argumentów, choćby takich, że wszystko, co tu znajdziecie, już gdzieś ktoś powiedział/napisał, nie są to więc porady jakoś szczególnie odkrywcze. Z drugiej strony widzę po różnych forach i konwentach, że młodzi (niekoniecznie wiekiem) autorzy wciąż zgłaszają się z tymi samymi wątpliwościami i pytaniami, być może więc ma sens powtórzenie od czasu do czasu czegoś, co dla „doświadczonych” jest oczywiste, a dla „początkujących” wcale nie.

Dziś będzie więc krótka notka o tym, jak wysłać książkę do wydawnictwa albo opowiadanie do czasopisma.

Krok pierwszy: wybieramy WŁAŚCIWE wydawnictwo/czasopismo, bo nie ma przecież sensu wysyłać romansu do kogoś, kto wydaje horrory, albo odwrotnie. Jak takie wydawnictwo/czasopismo znaleźć? Jeśli piszemy fantastykę, najprościej jest przejrzeć przygotowywaną co roku przez Ausira listę (tegoroczna tu), gdzie znajdziemy spis powieści i opowiadań fantastycznych wraz z informacjami, kto je opublikował. Lista ma tę zaletę, że zawiera pozycje wydane w poprzednim roku, a więc jest mniej więcej aktualna (wydawnictwa i czasopisma znikają w dzisiejszych czasach szybciej niż lasy tropikalne). Jeśli nie piszemy fantastyki... hmm, na podobnych zasadach można sprawdzić na stronach „Esensji”, co niedawno z danego gatunku się ukazało i gdzie, albo szukać pomocy na forach typu Weryfikatorium.

Warto przy tym zapoznać się nie tylko z profilem wydawnictwa/czasopisma, ale też z tym, na jakiej zasadzie ono działa, żeby uniknąć wpadek w rodzaju pytania, ile za tekst płaci „Esensja” (hint: nie płaci w ogóle) czy narzekania, że najnowszego numeru naszego ulubionego internetowego magazynu nie mogliśmy znaleźć w kiosku.

Krok drugi: kiedy już mamy listę wydawnictw/czasopism, otwieramy sobie ich internetowe strony i szukamy zakładek z informacjami dla debiutantów. One się różnie nazywają (najczęściej: „Wydaj u nas”, „Współpraca”, „Dla autorów”), ale prawie każde wydawnictwo taką ma. Np. esensyjna zakładka dla autorów wygląda tak. Taką zakładkę trzeba przeczytać, a następnie zastosować się do zawartych w niej instrukcji. Czyli jeśli wydawca życzy sobie pierwszy rozdział tekstu + konspekt, to nie wysyłajmy mu całości (choćby tak było dla nas wygodnie) itp. To nie jest tak, że powieść/opowiadanie autora, który do instrukcji się nie zastosował, nie ma absolutnie szans, ale może się zdarzyć, że „niespełniający norm” tekst wydawca wrzuci na koniec kolejki, przez co na odpowiedź zamiast trzy miesiące będziemy czekali pół roku. I zawsze dobrze jest zebrać dodatkowe punkty za to, że a) chciało nam się wejść na stronę wydawnictwa i sprawdzić, czego wymagają od autorów, b) potrafimy czytać ze zrozumieniem (wbrew pozorom to ostatnie wcale nie jest takie oczywiste).

Uwaga: konspekt to nie to samo co streszczenie. Streszczenie jest ogólne, konspekt natomiast bardziej szczegółowy, zazwyczaj z podziałem na to, co dzieje się w poszczególnych rozdziałach.

Krok trzeci: wysyłamy maila z załącznikiem, czyli opowiadaniem/powieścią (nie wrzucamy tekstu naszego dzieła w treść maila!). Dobrze jest, żeby załącznik miał jakiś łatwo identyfikowalny tytuł. Nie nazywamy go więc „powieść”/„opowiadanie” (wyobraźcie sobie wydawnictwo, do którego przychodzi 50 załączników nazwanych „powieść” – jak wśród nich znaleźć tę właściwą?), tylko jakoś konkretnie, np. według schematu: tytuł/nazwisko autora. (Przedksiężycowi_A.Kańtoch). Podobna zasada dotyczy tytułu maila, choć tu już niektórzy wydawcy życzą sobie, żeby takie wiadomości tytułować np. „propozycja wydawnicza” – wtedy robimy tak, jak chce wydawca.

Krok czwarty: pamiętamy o tym, żeby podać nasze dane kontaktowe, czyli najczęściej imię, nazwisko, adres mailowy i telefon. Dane te najlepiej wpisać w dwóch miejscach, czyli w wiadomości do wydawcy oraz w pliku z powieścią/opowiadaniem – na wypadek gdyby jedno odłączyło się od drugiego.
Jeśli wysyłamy wydruk (w dzisiejszych czasach rzadkość, ale się zdarza), dane można wpisać na pierwszej i ostatniej stronie – na wypadek gdyby ktoś z wydawnictwa jedną z nich zgubił.

Krok piąty, czyli problem, co w mailu do wydawcy piszemy o swoim dziele. To chyba najczęściej zadawane pytanie, a prawidłowa odpowiedź na nie brzmi: cokolwiek, byle konkretnie, poprawnie po polsku (ważne!) i w miarę grzecznie. ;) Naprawdę: to, co wydawcy napiszemy, nie ma większego znaczenia, bo wydawcę obchodzi przede wszystkim tekst, a nie „list przewodni” autora. Żaden, nawet najlepszy mail nie zagwarantuje nam publikacji, jeśli nasze dzieło jest kiepskie. Niemniej mail to pierwsze wrażenie, jakie robi autor, i warto zadbać, żeby było one odpowiednie. 
Czego moim zdaniem dobrze jest unikać:

– pisania, że uważamy swoją powieść/swoje opowiadanie za dobre. To nic nie znaczy, bo niemal każdy autor, od noblisty aż po ostatniego grafomana, uważa swoje dzieło za dobre – albo przynajmniej ma nadzieję, że tak jest. To wydawca/redaktor jest od oceniania, nie autor.

– zachwycania się sobą i swoją twórczością, bo to (zwłaszcza w przypadku debiutanta) pachnie narcyzmem. A narcyzm co prawda nie ma czy też nie powinien mieć wpływu na ocenę samego tekstu, ale może już wpłynąć na ocenę ewentualnej współpracy z twórcą. Ja sama, gdybym miała wybierać między dobrym tekstem „zwyczajnego” autora a dobrym tekstem autora-narcyza, wybrałabym ten pierwszy – bo nie ma sensu dla „tylko” dobrego opowiadania użerać się przy redakcji z przekonanym o swojej genialności facetem, który nie pozwoli zmienić nawet źle postawionego przecinka. Gdyby tekst był genialny – owszem, wtedy tak, ale ile jest genialnych dzieł literackich?

– odwrotności tego, co wyżej, czyli pisania, że nasze dzieło na pewno jest beznadziejne, sami to wiemy, przepraszamy, że tak nam kiepsko wyszło, ale może jednak się spodoba... Sorry, ale coś takiego wygląda nie jak wyraz skromności, tylko irytująca próba kokietowania i dopraszania się o pochwały (a teraz szybko zaprzeczcie i napiszcie, że wcale tak nie jest). Ja zazwyczaj na widok takich maili mam ochotę odpisać autorom coś rodzaju: skoro wiesz, że to jest słabe, to po co nam to przysyłasz?

– pisania, że przysłany tekst wcale nie jest naszym najlepszym, że mamy na dysku znacznie lepsze kawałki. Albo, co gorsza, te lepsze wysłaliśmy do innego wydawnictwa. :P To wkurza i prowokuje do odpowiedzi: stary, skoro umiesz pisać lepiej, to pisz, a nie wysyłaj nam wyskrobki z dna szuflady. Żaden wydawca nie będzie zachwycony, gdy autor potraktuje go jako odbiorcę „mniej udanych” dzieł.

– wskazówek na temat tego, jak należy odczytywać nasze dzieło. Interpretowanie to działka wydawcy/redaktora, nie autora.

– dyskretnego szantażowania odbiorcy, czyli pisania czegoś w rodzaju „Mój tekst na pewno spodoba się ludziom inteligentnym” (w domyśle: jak uznasz go za kiepski, to znaczy, żeś tłuk) albo „Zakończenie jest jasne dla każdego, kto potrafi czytać uważnie”. To nie działa, serio.

– przepraszania za błędy, bo to nie jest grzeczne, wręcz przeciwnie. To tak, jakby napisać: wiem, że w moim tekście są niedoróbki, ale nie chciało mi się ich poprawić, więc przepraszam. Jeśli wiesz, że piszesz z błędami, to zrób coś z tym, zamiast maskować lenistwo pozorną grzecznością.

Ogólnie – jeśli chcemy napisać coś o swoim dziele, warto podać przede wszystkim konkrety, czyli np. co to za gatunek, do jakiej grupy czytelników tekst jest skierowany, czy to samodzielna całość, czy początek cyklu itp. To, co autor prywatnie o swoim tekście myśli, czy jest nim zachwycony, czy też wręcz przeciwnie, dla wydawcy nie ma najmniejszego znaczenia.

Krok szósty, czyli co napisać w mailu o sobie. Tu też moim zdaniem nie warto się rozpisywać – i lepiej chyba napisać za mało niż zalać odbiorcę potokiem niepotrzebnych informacji. Jak wyżej: liczy się przede wszystkim tekst, a nie to, kim jest autor, a jeśli wydawca będzie potrzebował dodatkowych informacji, zawsze może dopytać. Tak naprawdę w wielu przypadkach wystarczy samo imię i nazwisko + podstawowe dane kontaktowe. Można też wspomnieć o jakichś wcześniejszych sukcesach literackich, jeśli ktoś jakieś miał, ale uwaga – piszemy o tych „poważnych”, czyli np. można wspomnieć o tym, że się wygrało ogólnopolski konkurs na opowiadanie, ale już raczej nie o tym, że zdobyliśmy pierwsze miejsce w konkursie na najlepszy tekst do gazetki szkolnej (nie lekceważę gazetek szkolnych, ale takie chwalenie się wygląda jednak... no, dziecinnie trochę). Podobnie warto czasem pochwalić się, że nasze opowiadanie spodobało się jakiemuś Uznanemu Pisarzowi, ale nie piszmy, że podobało się cioci, babci czy pani od polskiego, bo to żaden argument.

A, i jeszcze jedno – jeśli dostaniemy odpowiedź odmowną, nie ma sensu pisać płomiennej polemiki i wyjaśniać, dlaczego nasze dzieło jest dobre i czego oceniający nie zrozumiał. Nigdy jeszcze nie słyszałam o przypadku, żeby po takim mailu wydawca zmienił zdanie. Oczywiście istnieje szansa, że osoba oceniająca naprawdę autora nie doceniła czy wręcz w jakiś sposób skrzywdziła (wydawca też człowiek i bywa omylny), ale w takim przypadku tłumaczenie niczego nie zmieni. Lepiej wysłać tekst do kogoś innego, może tam będziemy mieć więcej szczęścia.

środa, 4 września 2013

20 - 22.09 - Targi Książki w Katowicach

Część fantastyczna organizowana jest przez ŚKF, a na niej m.in. Robert M. Wegner (tegoroczny zdobywca dwóch nagród im. Janusza A. Zajdla) , Witold Jabłoński, Paweł Ciećwierz, Ewa Białołęcka, Rafał Kosik, Marcin Przybyłek, Romuald Pawlak oraz - tadam - ja. ;)

Wezmę udział w następujących punktach programu:

sobota, godz. 13:00 - spotkanie autorskie
sobota, godz. 17:00 - panel "Wampiryzm w historii i literaturze"
niedziela, godz. 10:00 - panel "Zmieniają się czasy, ale serca ludzkie pozostają takie same - budowanie prawdziwych emocji w fantastycznym świecie"
niedziela, godz. 11:00 - panel "Przyszłość jaka jest nie każdy widzi - odkrycia i wynalazki science fiction"

Pełny program targów można znaleźć tu.

Zapraszam. :-)

A bonusowo (i żeby był obrazek) wrzucam jedną z ilustracji do "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu" wraz z kawałkiem tekstu. Jedno i drugie dostępne na stronie facebookowej Uroborosa.





wtorek, 3 września 2013

Kolejna promocja, tym razem zajdlowa...

...czyli nominowani i zwycięzcy tegorocznej edycji, w tym "Czarne" w ebooku za jedyne 9,95 zł. Całość tu.
Fajny pomysł, swoją drogą, mam nadzieję, że pomoże w promocji zarówno książek jak i nagrody.

niedziela, 1 września 2013

"Rok po końcu świata" - promocja!

Na Polconie miała miejsce premiera steampunkowo-końcoświatowego zbioru opowiadań pt. "Rok po końcu świata". Zbiór dostępny jest jako ebook w sklepie Powergraphu w promocyjnej cenie 12,45 zł. A w środku m.in. moje opowiadanie "Okno Myszogrodu" - to, które na początku wyglądało jak pozytywistyczna nowelka, ale ostatecznie wyszło Coś Innego. ;)

Zachęcam do kupowania, czytania i dzielenia się opinią.