sobota, 26 stycznia 2013

Ania z Esensji ogląda 2





Skyfall
Wcześniejsze Bondy – ze trzy albo i cztery na krzyż – oglądałam trochę jak foldery biur podróży wymieszane z rozkładówkami Playboya oraz popisowymi numerami speców od efektów specjalnych (ładny widoczek, zgrabna kobieta, scena akcji, ładny widoczek, zgrabna kobieta, o, coś wybuchło). Było to, owszem, dość malownicze, ale angażujące emocjonalnie nie bardziej niż widok koni pędzących brzegiem morza na tle zachodzącego słońca. Pod tym względem „Casino Royale” uznałam za  powiew świeżości, bo po raz pierwszy zobaczyłam Bonda, który niepokojąco zaczął przypominać żywego człowieka. Potem niestety było „Quantum of Solace”, na którym zasnęłam po jakichś dwudziestu minutach i wreszcie „Skyfall” – film, w którym losem Bonda serio można się przejąć! Naprawdę nie sądziłam, że kiedyś tego doczekam. To przejęcie nie jest może zbyt głębokie, niemniej „Skyfall” potrafi trzymać w napięciu, co odkryłam z niejakim zdumieniem. Patent z pokazaniem słabości Bonda (nie trafia do celu, trzęsą mu się ręce) okazał się strzałem w dziesiątkę, choć inna rzecz, że ta słabość działa dziwnie w kratkę, bo raz jest, a raz jej nie ma, w zależności od potrzeb fabuły. Ale niech tam, w końcu Bond to nie film, od którego oczekiwałabym żelaznej konsekwencji, a i tak jest lepiej niż w poprzednich odsłonach serii. Podoba mi się także fakt, że tym przeciwnikiem Bonda nie jest odczapistyczny villain pragnący władzy nad światem, ale człowiek motywowany żądzą osobistej zemsty, co wydaje mi się bardziej wiarygodne. I te zdjęcia! Naprawdę piękne, i to zarówno sceny pokazujące naturę (przecudna Szkocja) jak i sceny akcji (pociąg wpadający do tunelu). Choć moim faworytem i tak pozostaje walka pod lodem – sam ten moment wystarczyłby, żebym zaczęła żałować, że jednak nie zobaczyłam filmu w kinie.




Django
Przez lata żyłam w przekonaniu, że filmy Tarantino nie są dla mnie, nie zmogłam nawet słynnego „Pulp Fiction” (a podchodziłam do niego kilka razy). Potem jednak obejrzałam „Bękarty wojny” i... no, powiedzenie, że mi się spodobały, to byłoby za dużo, ale dało się je oglądać bez wstrętu, była tam jakaś fabuła, napięcie, a na końcu Hitler zrobił kaputt, co niewątpliwie mogło cieszyć. Do „Django” podeszłam więc z nadzieją na coś podobnego: że sympatyczny były niewolnik dokopie w tym filmie niesympatycznym białym, a człowiek będzie oglądał to bez poczucia winy, że cieszy go kicz, bo przecież Tarantino to kicz z wyższej półki, którego nie trzeba się wstydzić. I faktycznie, bohaterowie są tu całkiem milusi, ale, kurczę, w tym filmie nic się nie dzieje. Fabuła jest najbardziej linearna z możliwych, bo polega na tym, że postacie przemieszczają się z miejsca na miejsce i wszystko im się udaje. Żadnych komplikacji, żadnego napięcia. Oceniam nieuczciwie, bo przyznaję, że widziałam tylko połowę filmu (druga połowa może wyglądać zupełnie inaczej), ale skoro pierwsza godzina omal nie przyprawiła mnie o atak narkolepsji, sprawdzać tego nie zamierzam. Wygląda więc na to, że filmy Tarantino faktycznie nie są dla mnie i chyba nigdy już nie zrozumiem, co w nich jest takiego, że ludzie się nimi zachwycają...
  

wtorek, 8 stycznia 2013

Ania z Esensji czyta 4, czyli rachunek sumienia



Fala
Część cyklu opowiadającego o perypetiach młodocianych agentów CHERUBA, którzy zajmują się rozpracowywaniem gangów, byciem ochroniarzami itp. Jest to więc nie tyle powieść przygodowa, ile sensacja przeznaczona dla młodzieży. Moje pierwsze spotkanie z tego typu gatunkiem zaliczam, niestety, do niezbyt udanych. W „Fali” mamy mniej więcej to samo, co w rozrywkowej sensacji dla dorosłych, czyli sporo szybkiej akcji, twardzielstwa i ponętnych lasek, tylko wszystko to w formie, hmm... bardziej szczeniackiej? Bo co z tego, że nastoletni bohaterowie są super-wyszkoleni, skoro zachowują się jak banda przygłupów z przeciętnego amerykańskiego filmu młodzieżowego? Muchamore nie oszczędza czytelnikom ani obrzucania się bluzgami, ani bitch fight w wykonaniu dwunastolatek i obsesyjnego gadania o seksie, ani szczegółowo opisanego rzygania na imprezie czy żartów o śmierdzeniu oraz zawszawianiu pokoju. Być może powinnam pochwalić autora za realizm, ale obawiam się, że jedyne, co po lekturze przyszło mi do głowy, to pytanie, które niniejszym zadaję znękanym tonem: Dlaczego niby ma mnie to interesować? I dlaczego wszyscy ci młodzi agenci są tak podobni do siebie, tak nieciekawi, a momentami wręcz antypatyczni? Na samą myśl, że komuś takiemu miałoby zostać powierzone bezpieczeństwo tzw. „zwykłych obywateli” robi mi się cokolwiek słabo. A na dokładkę styl narracji doskonale współgra z charakterami bohaterów, mamy tu bowiem pełne wdzięku zdania w rodzaju: „...fakt ten zawisł w grobowej ciszy niczym psie pierdnięcie” oraz jeszcze bardziej urocze opisy typu: „śmierdziały jej stopy, ale za to miała piersi jak piłki do kosza” (cytat niedosłowny, lecz oddający ducha oryginału). Resztę cyklu sobie daruję.


Wycieczka na tamten świat
Książka reklamowana jako „zabawna powieść kryminalna”, co kojarzy mi się z dziełami Joanny Chmielewskiej, jednak to błędny trop, bo „Wycieczce...” bliżej do barwnego filmu sensacyjnego, w którym kobiety są piękne i seksowne, mężczyźni odpowiednio zaradni, a życie ekscytujące i pełne przygód (bohaterowie mogą martwić się tym, że ścigają ich gangsterzy, ale niczym bardziej prozaicznym). Jednym słowem, to spisane i sprzedawane za 35 zł. marzenie szarej myszki (a może szarego mysza?), która fantazjuje sobie, harując w nudnej pracy od 8.00 do 16.00. Cóż, takie lektury też są potrzebne, choć osobiście wolę podobne fabuły w wersji filmowej: na ekranie wszystko to jest (a przynajmniej może być) malownicze i przyjemne dla oka, w książce wydaje się już tylko tandetne i momentami nudne, choćby dlatego, że nie sposób przejmować się akcją, skoro od początku wiadomo, że nikomu z głównych bohaterów nic poważnego się nie stanie. I tak, wiem, że to powieść w założeniu „humorystyczna”, trudno więc oczekiwać po niej prawdziwego napięcia, kłopot jednak w tym, że humoru tak naprawdę też tu nie ma. Całość jest, owszem, lekka, ale to przecież nie to samo, co zabawna. Ostatecznie więc „Wycieczka...” to trochę taka mydlana bańka: kolorowa i całkiem pusta w środku.


Ostatni akt w Palmirze
Kolejny tom kolejnego cyklu kryminalno-historycznego (mylą mi się te serie), z akcją rozgrywającą się na Bliskim Wschodzie w I wieku naszej ery i głównym bohaterem – Rzymianinem (to niemal zawsze jest Starożytny Rzym albo Średniowiecze, nie wiem czemu inne epoki cieszą się wśród autorów tego gatunku znacznie mniejszą popularnością). Chyba najsensowniejszy nabytek z ostatnich esensyjnych gratisów. Na plus zaliczam malownicze i żywe portrety postaci (zwłaszcza główny bohater i jego dziewczyna są nader sympatyczni), sporo niewymuszonego humoru i całkiem niezłą fabułę – choć można by trochę ją przyciąć, bo intryga jest w sumie dość prościutka. Na minus: miasta, przez które przejeżdża rzymska para wraz z towarzyszącymi jej aktorami, są opisane drobiazgowo, ale mało obrazowo, przez co w pewnym momencie mogą zacząć się mylić, a w książce nieco brakuje bliskowschodniego klimatu (sam upał to jednak trochę mało). Ponadto wszyscy używają tu nijak nie pasujących do historycznego tła wyrażeń typu: „podrywać”, „gość” czy „moja dziewczyna”, jednak ponieważ w finale trupa teatralna wystawia „Hamleta” rozumiem, że to takie autorskie mruganie okiem i nie należy marudzić.

niedziela, 6 stycznia 2013

Głos Fantastyki

Można już pobrać z tej strony nowy numer pisma sieciowego "Głos Fantastyki", w którym można znaleźć m.in. wywiad ze mną.

Okładka "Głosu..." wygląda tak:



Poza tym przypominam, że w kioskach wciąż jest numer "Opowieści Niesamowitych" z opowiadaniem "Pięć dziwnych nocy wigilijnych".


Hmm, muszę powiedzieć, że w konkursie na ładniejszą okładkę zwycięża bezapelacyjnie "Głos...", ale z drugiej strony, opowiadanie to jednak opowiadanie. :)

tutaj recenzja poprzedniego numeru, popełniona przez Agnieszkę Szady.

Poza tym z rzeczy nieczasopismowych skończyłam ostatnio opowiadanie erotyczne (rozważam podtytuł: "Jak dzięki zbrodni doskonałej zostać gejem w weekend" :P), a teraz usiłuję napisać opowiadanie steampunkowe, lecz chwilowo wychodzi mi coś w stylu pozytywistycznej nowelki. Cóż, może się rozkręci. :)