piątek, 20 grudnia 2013

Pierwszy fanfik do mojej twórczości!

Autorem jest Marcin Pawełczyk, kolega z sekcji literackiej i klubu, a fanfik pokazuje, jak mógłby wyglądać świat "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu", gdybyśmy oglądali go oczami dorosłych, a nie dzieci. ;)

Za zgodą Marcina zamieszczam tekst:


Żałoba po Stalinie

Rysiek Poznański stał skołowany na środku ulicy. Nie wiedział, co to wszystko ma znaczyć.
Wielka wojna skończyła się ledwie osiem lat temu. Hitler kaput! – krzyczał z euforią jak inni. Przyszli komuniści, wyzwolili nas od burżujów i obszarników i wszystko miano zbudować na nowo – nowy lepszy świat. Były wybory, komuniści wygrali, a w lasach nadal byli partyzanci, tyle że teraz już nie z Niemcem walczyli, a z Władzą Ludową. 
Rysiek nie był głupi, czuł pismo nosem, zapisał się do partii. Nie chciał być wśród przegranych – rozstrzelanych, internowanych, czy co tam jeszcze.
I wtedy z nieba spadły anioły! Trzy dni po tym, jak zapisał się do partii! Poczuł się jak Judasz. Ojciec go wyklął, nikt z rodziny z nim nie rozmawiał. Musiał się wyprowadzić z domu, jako partyjny znalazł miejsce w hotelu robotniczym. Chciał się powiesić, ale samobójcy – matka mówiła – idą prosto do piekła. Myślał wtedy, może dobry Bóg wybaczy, że się zaparł, że do partii zapisał. Wszak Piotrowi i trzy zaparcia wybaczył?!
Komuniści mówili, że to żadne anioły, tylko agenci kapitalistów, łudzący proste proletariackie umysły. Zabobonem od WIELKIEJ IDEI chcący odwieść i z powrotem w kajdany poddaństwa zakuć z pomocą księży. 
W kraju wrzało. Nie wiedział, co robić, ale żyć jakoś trzeba było i z legitymacją, mieszkając w hotelu robotniczym, został z komunistami.
Wybuchło powstanie narodowo-religijne. Bóg miał się objawić w gromach. Apokalipsa. Upadło i to szybko.
Może skrzydlaci to naprawdę byli agenci Zachodu? Wszystko szło ku dobremu. Przezwyciężano problemy, Stalin wiecznie żywy, prowadzący ku świetlanej przyszłości…

WÓDZ – OJCIEC – ZMARŁ!
Równo rok po likwidacji powstania.
Szepty w fabryce. Domysły. Ryszard Poznański był naprawdę bardzo skołowany. Nie wiedział, co myśleć, co robić. Dostał zadanie, ale… 
Z tą żałobą miał kupę szczęścia. Ulice były puste, ani ludzi, ani samochodów. Nikt nie zaczepiał ani nie trąbił na umęczonego Ryszarda.
Ruszył, by się napić; wszystko zamknięte, został mu jeszcze jeden lokal – „U Celiny”.
„U Celiny” otwarte. U niej zawsze było otwarte. Święto, nie święto, Celinie byś nie wytłumaczył, musieliby ją zamknąć, aby i lokal był nieczynny, co mogło zresztą się zdarzyć z powodu naruszenia żałoby. 
Zajrzał i już miał się wycofać, gdy dostrzegł w kącie samotnie pijącego Gustawa.
„On pije, to i ja sobie chlapnę, a co?!” – z tą myślą ruszył w głąb pomieszczenia. Celina szybko jak szczur, do którego zresztą była podobna tak z twarzy, jak i ruchów, szybko podążyła za nim. Na tacce miała całe menu: butelkę czystej, ogórki w słoiku, chleb i musztardę. 
Ryszard wybrał ćwiarteczkę, a po chwili, a gdy już płacił, dobrał jeszcze ogórka. Celina schowała pieniądze do fartucha.
– Jakby co, tylko krzyknąć. – Odeszła za ladę.
Gustaw polał ze swojej flaszki do obu musztardówek robiących za kieliszki. Wypili w milczeniu. Ryszard przełamał ogórka i się nim podzielił. W odpowiedzi na to Gustaw znów polał. Miał przytępiony wygląd i nieobecne oczy, ale wiedział, co robi. Teraz wódka płynęła z ćwiarteczki Ryszarda i to po samiutkie brzegi.
Machnęli naraz całość i przegryźli ogórkiem. Paliło, ale nie tak jak lewizna, co mordę wykrzywia i bóle brzucha powoduje. Trunek u Celiny dawał ogień, który grzeje, a nie taki, co niszczy wzrok. 
Rysiek nie wytrzymał siedzenia w ciszy.
– Odważny z ciebie chłop, Gustaw. Ja, gdyby było pusto, to bym nie wszedł. A jak milicja obywatelska wejdzie sprawdzić, kto żałoby nie dochowuje, co powiesz? 
Gustaw otrząsnął się jak przebudzony i smutno spojrzał na Ryśka, jakby dopiero teraz go zauważył. 
– Milicja? Żałoba? Eee… Jak mi ojciec zmarli, piłem, aż mnie wynieśli i pod płot fabryki położyli.
Ryśka zatkało. Przypomniał sobie: było, jak mówił. On sam nie miałby takiego dobrego wytłumaczenia. Zaschło mu w gardle.
– To ty Josefa jak ojca traktował?! No, ja też! Wszak to ojciec nas wszystkich. – Podrapał się po karku. – Ludziska mówią, że anioły go zabiły. – Przeklął się w myśli. „Skrzydlaci, pacanie, skrzydlaci!”
– Eee tam, anioły. Widziałem, jak sąsiadów wyprowadzali z takim jednym. Lali go pałami skutego, żadnych cudów nie odprawił. Do wozu władowali wszystkich, i tyle.
– Racja, to przecież przebierańcy, agenci burżujów. Udają świętych, a ku niewoli i zatraceniu nas chcą prowadzić. – Rysiek leciał prawie jak z ulotki, z żarliwością w głosie. Rozlał ze swojej ćwiarteczki i chlapnął, nie czekając.
– Pora na mnie. – Wstał szybko i ruszył ku wyjściu.
Celina patrzyła na niego chytrze tymi swoimi oczami gryzonia. Gustaw tak żałobę obchodzi, ona, komunistka prześladowana jeszcze za sanacji, też pewnie by się wyłgała. Zaczęłaby piszczeć, że żałoba to wymysł księży, a wódz na pewno by nie chciał, aby ludzi od pracy odrywać i takie tam. Piszczałaby, aż by poszli.
Przy ścianach budynków przemykał do hotelu. Po wódce zawsze miał jaśniejszą myśl i łatwiej podejmował decyzje. Ktoś mógłby się śmiać, ale nawet chwyt i krok miał pewniejsze. Jak nie chlapnie, to ciągle o coś zahacza, a tak idzie dziarsko. W jednym z okien zobaczył światło. Nie było jeszcze tak późno, aby świecić i energię marnować. Po chwili zorientował się, że za bardzo się rusza to światło. Świece, obraz. Znał ten obraz! Anioł Stróż przeprowadzający dzieci nad dziurawą kładką. Jaki idiota coś takiego wystawił do okna, i to obstawione świecami?!
Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że to mieszkanie Jasiaka, był tam miesiąc temu na wódce!
Zimny pot wystąpił mu na plecy. Rzucił się ku klatce schodowej i po kilka stopni naraz wbiegł na piętro. Szarpnął klamkę – otwarte. Wparował do środka. Jasiak klęczał na środku pokoju, w rękach miał jakąś dużą książkę otwartą do czytania, ale oczy kierował ku górze. Gapił się z nabożnym skupieniem w okno, jakby na coś czekając. 
– Ty głupi ciulu – krzyknął Rysiek, mówiąc jednocześnie szeptem. Jak mu się taka sztuka udała? To musiał być cud.
Jasiak powoli obrócił się ku niemu. I najspokojniej w świecie z niebiańskim uniesieniem obwieścił:
– Stalin nie żyje. Cykl planety się obrócił. Pan to sprawił, a cudem jest w naszych oczach.
Zszokowany Rysiek nie wiedział, co odrzec na takie bzdury. Ale był lekko wypity, umysł mu pracował na wysokich obrotach.
– Coś ci się pochranżoliło, świętoszku. Twój Bóg mówi o miłości i przebaczaniu, a nie o zabijaniu, a te cykle planet to jakieś burżuazyjne molnomularstwo! Pewnie ci przebierani skrzydlaci nasrali ci głupot do głowy… i tyle! – Teraz już się nie hamował, krzyczał.
– Głupiś – zaperzył się Jasiak. – Słudzy Pana są już wśród nas. – Nagle coś go tknęło i spokorniał. – Dobrze mówisz, że o miłości nauczał Pan. Ale Antychryst musiał być pokonany. Świat materialny nic nie wart. Powłoka cielesna to proch. Jestem po to, by dać świadectwo prawdzie! 
– Materia nic nie warta?! – zdenerwował się Rysiek. Szybko się rozejrzał i stwierdził: – To ja zabieram ten radioodbiornik, coś na niego prawie rok składał. I co powiesz?!
Jasiak zgrzytnął zębami, lecz wystawiając obraz w oknie, był gotów na męczeństwo. Radia szkoda, ale… niech bierze! 
– Bierz, nażryj się!
Słysząc to, a i jeszcze jakieś hałasy z ulicy, Rysiek capnął radio i wyskoczył z nim na klatkę. Już słyszał podkute buty na parterze. Szybko pobiegł w górę. Ledwie zdążył. Cupnął na czwartym piętrze przy wejściu na strych i czekał z sercem pod gardłem.
Raz, dwa się uwinęli. Poznański nie miał odwagi wyglądać przez okienko, ale słyszał jak wywlekli Jasiaka, a po chwili odjeżdżający pojazd spod budynku.
„Jak mogłem nie usłyszeć ryku silnika?” – wyrzucał sobie. Odczekał do zmierzchu. Na szczęście nikt ku strychowi nie szedł. Pod osłoną nocy chyłkiem podążył do swojego hotelu. Radio zdeponował u Miruckiego na portierni, chłop nigdy nie zadawał pytań, a i mało mówił, bo w czasie wojny, jak go opatrywali, odgryzł sobie z bólu kawałek języka. Sam Rysiek poszedł do kibla. Zamknął się w środku, chwilę nasłuchiwał, czy aby kogoś nie ma w sąsiedniej kabinie. Nie było. Wyciągnął kartkę złożoną w czworo, a z kieszeni koszuli ołówek.
„Dałem radę” – pomyślał z dumą.
Wystraszył się, gdy towarzysz Niepsuj nakazał: „Przejdziecie po ulicach i sprawdzicie, jak ludzie żałobę obchodzą. Niepolitycznie, aby milicja chodziła i sprawdzała. Będzie pojawiać się tylko do interwencji. Jak cię zatrzymają, to masz innych w areszcie za język ciągnąć, co tam myślą.” 
Rysiek bał się tego zatrzymania i aresztu. Ale zadaniu podołał, a zatrzymania uniknął.

            Lokale na mieście pozamykane,
            czynne „U Celiny”.
            Ludzi nie ma.
            Gustaw był.
            Oświadczył, że on upija się w żałobę.
            Po ojcu rodzonym też pił.
            U Jasiaka obraz.
            Zatrzymany, nie zdążyłem głosić

I tu się zawahał. Czy o radiu pisać?
A może by tak na prezent ślubny dla towarzysza Niepsuja?! To była myśl, na poły genialna – ucieszył się Poznański.


Marcin Pawełczyk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz