środa, 11 grudnia 2013

Książkowo - grudniowo


Mam problem z tą książką, bo to w dużej mierze ciąg dalszy „Upiorów”, które czytałam, lecz niewiele z nich pamiętam (pamięć mam dobrą, ale krótką, jak to mówią). Co prawda śledztwo jest nowe (morderca polujący na policjantów, którzy zawiedli i nie wyjaśnili przydzielonej im sprawy), jednak autor co rusz odwołuje się do wydarzeń z wcześniejszych książek, a kilka wątków to bezpośrednie kontynuacje – kto więc zdążył zapomnieć, o co w poprzednich tomach chodziło, ten może mieć niejaki kłopot ze zrozumieniem intrygi, zwłaszcza że ta jest wielowątkowa i dość skomplikowana. Ponadto motywacja ujawnionego pod koniec mordercy nieszczególnie mnie przekonała, a Nesbo trochę zirytował, bo kilkakrotnie stosuje ten sam chwyt, w niemal identyczny sposób zwodząc czytelnika (za pierwszym razem jest to fajne, za trzecim już niekoniecznie). Poza tym jednak powieść trzyma poziom, Nesbo wciąż wie, jak budować napięcie i tworzyć ciekawych bohaterów. Jest to więc pozycja godna polecenia, choć raczej dla fanów serii.

Trzecia i moim zdaniem najlepsza część „Teatru węży”, która ładnie domyka wątki, pozostawiając jednak parę furtek do ewentualnej kontynuacji. Pora więc na małe podsumowanie, za co ogólnie lubię ten cykl. Po pierwsze, świat, który łączy w sobie pełne rozmachu dark fantasy z elementami jak ze staroświeckiej powieści grozy i odrobiną steampunku, po drugie - intrygujący główny bohater (mam słabość do takich typów), po trzecie wreszcie fakt, że to jest zwyczajnie bardzo dobrze napisane. Teksty o Krzyczącym dają czytelnikowi mnóstwo frajdy, jaka zazwyczaj związana jest z czystą rozrywką (efektowna magia, napięcie, tajemnice itp.), a z drugiej strony jest w nich coś więcej. Zazwyczaj w tego typu utworach zagrożenie dla bohatera jest bardzo umowne: autor udaje, że może mu zrobić krzywdę, czytelnik udaje, że to tak na serio... Tu zagrożenie jest przez cały czas realne, do tego stopnia zresztą, że w pewnym momencie wręcz bałam się wrócić do lektury. W zasadzie wszystkie teksty o Krzyczącym, nawet te, które kończą się dobrze, są posępne, a przynajmniej mocno melancholijne, co niespecjalnie pasuje do definicji „czystej rozrywki”. A wracając do „W mocy wichru” – bonusowo, prócz tego, o czym pisałam wyżej, czytelnik dostaje tu naprawdę fajnie, wiarygodnie poprowadzony wątek romansowy. Pomarudzić mogę właściwie tylko na jedno – mianowicie nie przepadam za Anavri. Wiem, że biorąc pod uwagę czynniki, jakie ją ukształtowały (urodzenie, wychowanie), ta dziewczyna ma wszelkie prawo taka być, ale i tak przez cały czas miałam ochotę nią potrząsnąć, mówiąc: „Weź ty się wreszcie ogarnij...”.

Kocham kryminały, a kryminały typu „zamknięta przestrzeń, trup i ograniczona liczba podejrzanych” wielbię w szczególności. A jednak „Głowy Niobe” mimo najszczerszych chęci nie zdołałam skończyć. Starałam się, naprawdę, pełznąc niczym żołnierz przez okopy wroga, by wreszcie skapitulować na jakieś 150 stron przed końcem. Nie wiem, może przykładam do tej książki złą miarę, bo sporo wskazuje, że to miała być powieść humorystyczna, nie należy więc oczekiwać szczególnej logiki czy prawdopodobieństwa, ale coś takiego powinno przynajmniej bawić, prawda? Tymczasem „humor” ogranicza się tu do zachowań postaci, które zamknięte sam na sam ze zwłokami wyczyniają z nimi dziwaczne rzeczy (brakuje tylko, żeby odciętą głową zagrali w piłkę) oraz żenujących dowcipasów głównego bohatera, Mario Ybla. Ten miał być chyba kimś w rodzaju ironizującego Philipa Marlowe’a, ale autorce wyszedł jedynie antypatyczny, bucowaty cham (czy może chamowaty buc, wszystko jedno), w dodatku z syndromem Kaja, tego z bajki Andersena. Kajowi, przypominam, do oka wpadł okruch lodu, przez co chłopiec wszystko postrzegał jako nieładne. Ybl cierpi na to samo, co w kryminale jest nawet niezłym pomysłem, ale, na Boga, taką „brzydotę świata” trzeba jakoś opisać: posępnie, z nastrojem, pomysłowo, no jakkolwiek ciekawie. Tymczasem w „Głowie Niobe” polega to na bezustannym powtarzaniu, że na korytarzach cuchnie pastą do podłóg, starszy pan śmierdzi, a jedna z bohaterek ma tłuste włosy. Aha, i oczywiście w mniemaniu głównego bohatera wszyscy prócz niego są idiotami. Ybl nie zamierza słuchać cudzych pomysłów na to, kim może być morderca i w jaki sposób dobiera ofiary, nawet gdyby od tego miało zależeć jego życie – bo po co, przecież z założenia ludzie to debile i gdzie im tam do niego. Serio, chyba żadnej innej postaci literackiej tak serdecznie nie życzyłam gwałtownego zejścia, najlepiej w jakichś wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach.

Krótka, do tej pory w Polsce niepublikowana powieść, zamieszczona w wydaniu specjalnym Nowej Fantastyki. Tym razem Zelazny bawi się konwencją kryminału i grozy (przede wszystkim grozy, i to zarówno literackiej, jak i filmowej), a przy tym funduje czytelnikom strasznie fajną, wciągającą opowieść z mnóstwem zwrotów akcji i przesympatycznymi bohaterami, którymi są... zwierzęta. Zelazny był mistrzem takich pozornie prostych, a przecież mocno przewrotnych pomysłów; był też mistrzem dialogów i tworzenia w jednym-dwóch zdaniach przekonujących postaci. Podobało mi się tu właściwie wszystko. Zresztą, czyż można nie kochać książki, w której pies obiecuje kocicy, że postawi jej drinka z kocimiętki? ;)


Koncepcyjnie to książka zapożyczona mocno u Dicka („Człowiek z Wysokiego Zamku”), ale i tak mi się podobało, choćby dlatego, że autor stawia mniej na pomysł, a bardziej na niepokojąco duszny klimat rzeczywistości, która rozłazi się w szwach, i nie daje przy tym ostatecznych odpowiedzi – możemy jedynie domyślać się, co właściwie się wydarzyło i kim tak naprawdę jest główny bohater. A napisane to jest oszczędnym, eleganckim, a przy tym nastrojowym językiem. Kilka scen wręcz mnie zauroczyło (np. duchy widziane w załamaniu światła na kroplach deszczu). I właściwie jedynym problemem, jaki mam z „Osamą”, jest to, że moim zdaniem ta powieść nie pasuje do Uczty Wyobraźni, brakuje jej bowiem rozmachu i oryginalności poprzednich pozycji  z serii. Jeśli jednak ktoś nastawi się na lekturę bardziej kameralną, nie powinien być zawiedziony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz