środa, 4 grudnia 2013

Filmowo - grudniowo


Nie wiem, może gdybym obejrzała to w kinie, zdanie miałabym odmienne, ale oglądany na małym ekranie film jest słaaaby. Fabuła jest boleśnie przewidywalna, Kirk na dowódcę czegokolwiek nadaje się jak ja do baletu, a mimo tego z niepojętych powodów szefostwo się gościem zachwyca i „wierzy w jego potencjał”. Spock, który był jasnym punktem pierwszej części, tutaj przypomina niemrawy klocek i nawet jakby zbrzydł (chlip), a teoretycznie emocjonujące momenty albo pozostawiały mnie doskonale obojętną, albo wręcz budziły lekkie zażenowanie. Film ratuje do pewnego stopnia  Benedict Cumberbatch, ale obawiam się, że to jedyna zaleta. Jedynka mi się podobała, bo była zabawna, w dwójce humoru jest tyle, co życia w reanimowanych zwłokach. Trójkę chyba sobie daruję.

Niesamowity film, i to pod kilkoma względami: przede wszystkim wizualnym oraz emocjalnym. „Grawitacja” została stworzona po to, żeby oglądać ją w 3D, każdy inny rodzaj seansu w drastyczny sposób ją zuboży. Poza tym dawno nie zdarzyło mi się, żebym tak przejmowała się perypetiami bohaterów; wczucie się w akcję było tu niemal fizyczne i kiedy Matt i Ryan obijali się o kolejne części stacji, byłam święcie przekonana, że wyjdę z kina z siniakami. Co ciekawe, dziełu Cuaróna udaje się być jednocześniej efektownym i mniej więcej realistycznym. Jest tu parę hollywoodzkich z natury chwytów, ale nawet one rozegrane są inteligentnie i tak, że nie psują, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej podkreślają siłę oddziaływania „Grawitacji”. Naprawdę piękny, przejmujący i po stokroć wart zobaczenia film.


Pod względem czystej „fajności” pojedynczych momentów film jest świetny, mnóstwo tu scen efektownych i/lub klimatycznych. Do tego oczywiście niezbędne w każdym blockbusterze elementy komediowe, udane i zręcznie wplecione w akcję (czasem mam wrażenie, że w Hollywood odkryli jakiś algorytm do wrzucania takich dowcipów). Tyle że satysfakcjonujące elementy nie chcą ułożyć się w satysfakcjonującą całość. Ta historia jest boleśnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu („atakują nas źli, musimy ich pokonać” – serio?). I naprawdę wolałam, kiedy w poprzednich częściach „złym” był Loki, przynajmniej chłopak ma jakąś motywację a nie „chcę zniszczyć świat, bo tak”. Można argumentować, że się czepiam, większość filmów superbohaterskich to proste kawałki i nie o oryginalność w nich chodzi, ale zazwyczaj udaje mi się choć trochę przejąć bohaterami, a w „Thorze” – ni chuchu. Jedynie sceny z Lokim potrafią wywołać jakieś emocje (zaczyna mi się podobać Hiddleston, ratunku!).  W sumie więc druga część „Thora” to kolorowa guma do żucia dla oczu, malownicza, miejscami szczerze zabawna nawalanka, o której za parę dni nie będę pamiętać.
A propos tego ostatniego, z rozmów poseansowych:
Ja: Mam problem z tymi wszystkimi avengersowymi filmami, bo po dwóch dniach zapominam, o co w nich chodziło...
Cydienne (z niezmąconym spokojem): Dlatego właśnie należy oglądać je po sześć razy.

Szczerze mówiąc, nawet mi się nie chce o tym filmie pisać. Nie dlatego, żeby był zły, tylko dlatego, że jest tak bardzo przeciętny. Niby wszystko jest tu na swoim miejscu: młody i przystojny bohater, któremu powinniśmy kibicować, efektowne sceny akcji, momenty „wzruszające” oraz malownicze kosmiczne scenerie – i na pewnym poziomie to jest zrobione naprawdę nieźle, z mechaniczną sprawnością made in Hollywood. Nie ma w tym jednak serca ani duszy, o odrobinie oryginalności nawet nie wspomnę. Co gorsza, nie ma też humoru i dystansu, który czasem potrafi uratować podobne produkcje. Po „Dystrykcie 9” spore rozczarowanie – Neilla Blomkampa stać na znacznie więcej.


Obejrzałam, bo miałam nadzieję, że to BĘDZIE zły film. I zawiodłam się, „Miasto...” faktycznie jest kiepskie, ale nie w sposób, na jaki liczyłam. A dla ścisłości: myślałam, że będzie zabawnie, a było tylko nudno. Książki broniły się do pewnego stopnia humorem, a czytelnik mógł sobie wyobrażać, że Jace jest naprawdę przystojnym chłopakiem. W filmie zabawnie dialogi zostały mocno zredukowane, zaś aktor grający Jace’a... yyy... powiedzmy, że pod względem urody wolę już sparklącego Edwarda (nie sądziłam, że kiedyś to napiszę). A jako wisienka na czubku tego niezbyt świeżego tortu Jonathan Rhys Meyers w roli kiepskiej podróby Voldemorta oraz Vadera w jednym. Szkoda oczu.

5 komentarzy:

  1. Widzę, że nie tylko ja jestem lekko zawiedziony "Into darkness". Zupełnie ten film mi nie podszedł. Irytowałem się przy wielu "momentach", i tylko takie emocje wywołał u mnie seans.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ania, Ania, a ty znasz "Miss Fisher's Murder Mysteries"? Taki australijski serial?

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo ja wczoraj to odkryłam i się zakochałam i od razu pomyślałam o tobie.

    OdpowiedzUsuń