piątek, 13 grudnia 2013

Filmowo - grudniowo 2


Nawet mi się podobało – piszę nawet, bo zdecydownie nie jestem targetem filmu o wielkich robotach i potworach. Najwyraźniej jednak mam w sobie odrobinę wewnętrznego dwunastolatka, bo potrafiłam szczerze się cieszyć wszystkimi tymi scenami, kiedy robot wali potwora z piąchy po pysku albo bierze tankowiec i... no właśnie. Cóż, rozrywka niekoniecznie musi być mądra, czasem wystarczy, że jest efektowna – a ta jest. Na plus zaliczam jeszcze Charliego Hunnama, którego bardzo lubię. Żeby jednak nie było tak różowo: fabuła trzyma się tu konwencji jak pijany płotu, bohaterowie są odpowiednio bohaterscy oraz mają „głębię”, którą w przeciętnym hollywoodzkim filmie zapewnia „trauma z przeszłości”, przerysowani naukowcy wprowadzają niezbędne „elementy komiczne”, a wszystkie ważniejsze „zwroty fabularne” można bez pudła przewidzieć na kwadrans przed ich pojawieniem się (wiadomo, kto się z kim pokłóci, kto pogodzi i oczywiście kto na końcu przeżyje, a kto nie, ba, wiadomo nawet, jakie mniej więcej słowa padną w konkretnych scenach). Serio, uważam, że nawet przy przyjętym założeniu (hej, kręcimy film o robotach i potworach, więc proszę wyłączyć mózgi!) dałoby się wprowadzić do „Pacific Rim” odrobinę oryginalności czy zaskoczenia. Z drugiej strony cała ta sztampa podana jest na tyle zręcznie, że w czasie seansu nie boli i w połączeniu z malowniczością poszczególnych scen daje całość zaskakująco sympatyczną.

Recenzje czytałam raczej niepochlebne, ale film nie jest taki zły. Co prawda to, co według scenarzystów miało być główną niespodzianką, było oczywiste od początku, a intryga w pewnym momencie chyba trochę pogubiła się w kolejnych zakrętach, ale oglądałam z zainteresowaniem prawie do końca. Prawie, bo finał, gdzie jest już praktycznie sama nawalanka, szczerze mnie wynudził. Na plus: ładna Japonia, parę humorystycznych scen oraz goła klata Hugh Jackmana nader hojnie prezentowana widzom. Na minus... Szczerze mówiąc, nie wiem, czy największym problemem tego filmu nie jest przypadkiem fakt, że Volverine chyba za bardzo nie nadaje się na pierwszoplanową postać kina akcji. W grupie innych X-Menów (nawet na czwartym planie jak w „Pierwszej klasie”) błyszczy charyzmą, ale jako samotny bohater okazuje się kolejnym gburowatym twardzielem z tajemniczą przeszłością, który, jakżeby inaczej, wcale-nie-jest-tak-wredny-jak-by-się-wydawało. Filmów o tego typu postaciach było mnóstwo i ten nie jest ani specjalny lepszy, ani gorszy niż większość z nich.

Zaczyna się jak trochę jak obyczajówka, wiecie, o modnym ostatniu dorastaniu czterdziestolatków, zderzeniu młodzieńczych marzeń z szarą rzeczywistością dorosłych i takie tam. Lecz ponieważ od początku film jest cokolwiek mało poważny, a poza tym zrobił go przecież Edgar Wright, twórca „Wysypu żywych trupów” oraz „Hot Fuzz”, widz spodziewa się, że być może wymienione wyżej problemy nie są jednak głównym tematem. I faktycznie: w pewnym momencie następuje nagły zwrot akcji, taki z przytupem, powiedziałabym. Nie zdradzę więcej, żeby nie popsuć przyjemności tym, którzy chcieliby film zobaczyć. A warto, bo choć nie jest to komediowy poziom „Wysypu...” i „Hot Fuzz”, to „The World’s End” i tak zapewnia prawie dwie godziny dobrej zabawy.


Obejrzałam dzień po dniu najpierw drugą część „Igrzysk śmierci”, a potem drugą część „Hobbita” – i heretycko powiem, że „Igrzyska...” podobały mi się bardziej. Jasne, nie mają aż TAK fenomenalnych efektów czy krajobrazów jak film Jacksona, a w fabule momentami straszą dziury logiczne, ale za to mają sympatyczniejszych i bardziej wielowymiarowych bohaterów (Jennifer Lawrence jest absolutnie rewelacyjna, ale pozostali aktorzy też potrafią stworzyć interesujące postacie) i podczas oglądania budzą zdecydowanie więcej emocji. Hobbit za to... Po obejrzeniu pierwszej części narzekałam, że sporo scen czy wręcz konkretnych ujęć lub kwestii dialogowych wydaje mi się trochę przesadnymi nawiązaniami do „Władcy Pierścieni”, jakby twórcy doszli do wniosku, że to, co sprzedało się dziesięć lat temu, sprzeda się i teraz. W drugiej części było tego na szczęście mniej, choć też się zdarzało – ale niech tam, tym razem byłam już przygotowana. Rok temu marudziłam też, że „Hobbit” nie wie, czym właściwie chciałby być: czy komedią familijną śmieszącą dzieciaki smarkaniem w hobbita, czy może poważnym i epickim filmem dla dorosłych. W drugiej części na
szczęście fabuła jest bardziej wypośrodkowana, nie ma już z jednej strony odjazdów w stronę żartów à la wczesna podstawówka, a z drugiej – w stronę przygniatającego patosu. Powinno to filmowi wyjść na dobre, ale, kurczę, po namyśle chyba jednak wolę poprzednią część. W pierwszym „Hobbicie”, owszem, zdarzały się momenty, kiedy z zażenowania miałam ochotę wpełznąć w kinie pod fotel, ale zdarzały się też sceny chwytające za serce, dla których warto było do tego kina pójść. W „Pustkowiu Smauga” wszystko jest jakieś takie... letnie, nic tu szczególnie nie irytuje, ale też nic w sumie nie zachwyca. Jako przygodówka sprawdza się nieźle: jest parę malowniczych scen i dużo biegania (zwłaszcza w drugiej połowie), co czwarty z krasnoludów nawet daje się odróżnić od reszty (pozostali to „ten gruby”, „ten w śmiesznej czapce” itp), a dwóch plus oczywiście Bilba szczerze polubiłam – więc jest ok. Choć nie wiem, czy najciekawszym przeżyciem podczas seansu nie było przypadkiem tłumaczenie elfickich dialogów na polski via czeskie napisy...

2 komentarze:

  1. "miałach ochotę wpełznąć"

    O! Czyżby rychtyk ślunsko godko? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam się, że raczej literówka... :P

    OdpowiedzUsuń