piątek, 15 listopada 2013

Książkowo - listopadowo


Zaczyna się nieźle, bo od seryjnego mordercy wykańczającego całe rodziny, liczyłam więc na porządny thriller, jednak im dalej, tym było gorzej. Napięcie z początkowych stron rozpływa się w kolejnych opisach Straszliwych Traum oraz Dziecięcych Nieszczęść, a co gorsza, nagle pojawia się metafizyczne mambo-jambo vel ględzenie o starych duszach prześladowanych przez negatywną energię czy jakoś tak. Właśnie, a propos traum: w tej książce niemal każdy ma za sobą jakieś straszliwe przeżycia, jedyny wyjątek to policjantka – główna bohaterka, która dla odmiany jest niezaspokojona seksualnie i na każdego faceta patrzy pod kątem ewentualnego przelecenia. Cóż, jest to przynajmniej oryginalne, choć czasem jednak trochę irytujące. Do końca dojechałam tylko siłą rozpędu.


Po „Smoku Griaule’u” myślałam już, że Lucius Shepard nie jest autorem dla mnie, jednak trójpak „Modlitewnik...” był pozytywnym zaskoczeniem. Autor pisze gawędziarsko, skupiając się na klimatycznych drobiazgach, co jest i słabością, i siłą jego prozy. Słabością, bo nie ukrywam, że w paru momentach miałam uczucie nieco przesadnej rozwlekłości (np. pierwszej połowie „Viatora” dobrze by zrobiło lekkie przycięcie). Siłą, bo to literatura oparta nie na akcji, a na nastroju, senna, leniwa i melancholijna opowieść (czy raczej: trzy opowieści, choć kilka motywów jest wspólnych) mówiąca o świecie, w którym spod zwyczajności zabitych dechami miasteczek wyziera zupełnie inna rzeczywistość, fascynująca i pełna grozy zarazem, jak dotknięcie na ulotną chwilę jakiejś odwiecznej tajemnicy. Właśnie w takich momentach Shephard jest najlepszy, bo fragmenty czysto fantastyczne wypadają już odrobinę słabiej. Całość zdecydowanie warta przeczytania.

Przeczytałam tę książkę błyskawicznie (króciutka zresztą jest) i z przyjemnością, jednak po lekturze niewiele mam do napisania. Owszem, czytało się fajnie, owszem, jest tu ładny, trochę nostalgiczny nastrój – jak to u Gaimana – i jest sporo malowniczej magii, ale to wszystko jakieś takie... jednorazowe, mało w sumie angażujące, a przede wszystkim powtarzające motywy znane z wcześniejszych dzieł brytyjskiego pisarza. Poza tym nie mam pewności, dla kogo właściwie ta powieść jest: starszym może wydawać się zbyt prosta, wtórna i błaha (mimo kilku celnych przemyśleń o życiu czy dorosłości), z kolei dzieciakom mogą przeszkadzać wstawki z dorosłym narratorem, mała aktywność dziecięcego bohatera (chłopiec jest ciągle ratowany przez starszych i mądrzejszych) czy fakt, że magia opiera się tu bardziej na nastroju niż na jasnych regułach jak w powieści przygodowej. Może więc to książka dla dorosłych, którzy wciąż pielęgnują swoje wewnętrzne dziecko? To by miało sens, choć naprawdę wolałabym, żeby Gaiman wreszcie napisał książkę dla dorosłych, kropka.












„Sapkowski na czwórkę” tak mogłabym podsumować tę książkę, czyli słabiej niż w pięcioksięgu i opowiadaniach, ale zdecydowanie lepiej niż w „Żmii”. Czyta się dobrze, język wreszcie pasuje do świata i postaci (w „Żmii” nie pasował), jest ciekawie i miejscami zabawnie (choć wielu zapadających w pamięć one-linerów nie ma), znajdzie się też parę malowniczych, klimatycznych scen. Na co więc można narzekać? Chyba tylko na fabułę, która momentami sprawia wrażenie zmierzającej donikąd; niby jakieś ramy konstrukcyjne są, ale to bardziej kilka luźno powiązanych „przygód wiedźmina na szlaku” niż pełnoprawna powieść. Mimo to jednak warto.




Mam słabość do tego cyklu z kilku powodów. Pierwszym jest sympatyczny główny bohater, Harry Dresden, mag o mentalności rycerza spieszącego na pomoc damom w opałach (literacki ewenement, czyli bardzo dobrze zrobiony bohater zdecydowanie pozytywny), drugim styl z dużą ilością humoru (Dresden mówiący po łacinie, której nauczył się na kursach korespondencyjnych, ujął mnie szczególnie), a trzecim fakt, że jeśli chodzi o poziom skomplikowania oraz „fajności” intryg, seria trzyma równy, wysoki poziom. Poza tym miło przeczytać tę powieść w nowym, lepszym tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Polecam cały cykl.

2 komentarze:

  1. W przypadku Sherpada miałam odwrotnie. Griaule mnie zachwycił, a Modlitewnik oraz Luizjański (Viatora dopiero będę czytała) szału nie zrobiły

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę się wreszcie zabrać za tego Butchera, bo tak się zbieram i zbieram i nic z tego nie wychodzi, a wszyscy wokół chwalą.

    OdpowiedzUsuń