poniedziałek, 21 października 2013

Serialowo - październikowo



Prequel „Inspektora Morse’a”. Do starego serialu mam sentyment głównie dlatego, że to takie solidne angielskie kryminały bez żadnych udziwnień. Prequel... Prequel, pomijając fakt, że Morse jest odmłodzony o dobrych trzydzieści lat, w zasadzie jest bardzo podobny. Znowu mamy detektywa, który jest trochę outsiderem (ale nie przesadnie, Morse’owi daleko do modnych ostatnio ekscentryków, socjopatów, autyków i diabli wiedzą kogo), fabuły trochę jak z powieści Agathy Chrisie i nieśpieszną narrację. A w prequelu dochodzą jeszcze bardzo fajnie oddane realia lat sześćdziesiątych. Odcinki są trochę nierówne (ten z seryjnym mordercą wypada chyba najsłabiej), ale Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to moim zdaniem warto.

Serial polecany przez Alex. Strasznie krótki, niestety, nie zaszkodziłoby przedłużenie go o jeden-dwa odcinki, bo w takiej formie część rzeczy ucieka i np. dedukcje głównych bohaterek czasem bez przyczyny okazują się zaskakująco trafne – choć może to ja coś źle zrozumiałam, bo mój angielski bywa kulawy. Podoba mi się za to strasznie ogólny pomysł (przyjaciółki, które rozpracowywały niemieckie szyfry, po zakończeniu wojny nie potrafią pogodzić się z rolami zwyczajnych żon oraz matek i próbują wykorzystać swoje talenty przy ściganiu mordercy), bohaterki są sympatyczne, wiarygodne i zgrabnie skontrastowane, a lata 50-te to nie tylko fajny design, ale też niefajne uprzedzenia wobec kobiet. Polecam.

Też kryminał, tym razem zdecydowanie dłuższy i skandynawski. Intryga jest – jak to u Skandynawów – wesoła niczym wizyta w kostnicy, choć niejakie akcenty humorystyczne wprowadza szwedzka policjanta, która sprawia wrażenie dość poważnego przypadku Aspergera (pytanie, jakim cudem ktoś taki przeszedł policyjne testy, pozostaje otwarte). Ambicje pod tytułem „krytyka współczesnego społeczeństwa” średnio mnie przekonują, ale jako kryminał z kilkoma zwrotami akcji, posępną atmosferą  i bohaterami „do lubienia” serial sprawdza się bardzo dobrze.




Kolejny kryminał (co ja mam ostatnio z tymi kryminałami?) wyróżniający się spośród pozostałych tym, że od początku wiemy, kto jest mordercą. W dodatku zabójca niemal budzi sympatię, bo oprócz tego, że od czasu do czasu lubi sobie udusić dziewczynę, facet jest dobrym ojcem i mężem. Pomysł bardzo ryzykowny, ale ciekawy i, co ważniejsze, rozegrany z wyczuciem. Poza tym jeszcze Gillian Anderson w roli zimnokrwistej kobiety sukcesu – analogie pomiędzy graną przez nią postacią a mordercą są tak wyraźnie przez scenarzystów podkreślane, że chwilami aż mnie to irytowało, ale niech tam.  Tak czy inaczej – moim zdaniem warto. 



Pierwszy sezon był świetny, drugi dobry, trzeci trudno mi oceniać, bo po trzecim odcinku nadal nie wiem, o czym to właściwie ma być. Tzn. na razie scenarzyści maglują konsekwencje tego, co stało się pod koniec drugiej serii, a samodzielnego wątku, który mógłby unieść ciężar kolejnego sezonu, jakoś nie widać. Liczę, że dalej się rozkręci. 







Sympatyczne głupstewko. Fabuła jest mądra inaczej (zmartwychwstały bohater wojny o niepodległość wraz z czarnoskórą policjantką stawia czoła czterem jeźdźcom Apokalipsy – serio?), grozy tu jak na lekarstwo, a scenariusz wygląda tak, jakby twórcy na przestrzeni dwóch kolejnych odcinków zapominali, co napisali wcześniej (niektóre wydarzenia w ogóle nie mają konsekwencji), no i dlaczego, na Boga, nikt temu facetowi nie kupi niczego normalnego do ubrania? Ale ogląda się przyjemnie, głównie chyba dlatego, że bohaterowie są ładni i sympatyczni. Jako odmóżdżacz w każdym razie sprawdza się nieźle.



5 komentarzy:

  1. "(co ja mam ostatnio z tymi kryminałami?)" - Ostatnio? :D

    A skoro już przy tym jesteśmy: jak wypada ocena najnowszego serialu z Hannibalem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, obejrzałam pierwszy odcinek i nie chciało mi się oglądać dalej - częściowo, przyznaję, bo WSZYSCY to oglądają, a ja chcę być oryginalna. :P Może potem nadrobię i się podzielę wrażeniami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem ciekaw, czy po najnowszym (czwartym) odcinku "Homeland" opinia o trzecim sezonie się zmieni ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tych wymienionych w poście nie znam dwóch pierwszych. Czy można "Endeavour" oglądać bez zapoznawania się z przygodami "Inspektora Morse'a"?

    "Homeland" zacząłem, ale zupełnie mi nie podszedł. "The Fall" podobało mi się szalenie, tak samo podobał mi się "Most", w którym to moralizatorstwo społeczne rzucało się w oczy, jednak serial oglądało się znakomicie. Amerykanie oczywiście nakręcili swoją wersję "Mostu" - akcja dzieje się na pograniczu USA i Meksyku - wiele rzeczy jest przekalkowanych, ale jednak granica USA i Meksyku to nie to samo co Danii i Szwecji i wiele problemów jest innych. Da się więc obejrzeć. "Sleepy..." na razie po jednym odcinku czeka na lepszy nastrój.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy można "Endeavour" oglądać bez zapoznawania się z przygodami "Inspektora Morse'a"?

    Można bez problemu, bo każdy odcinek jest o czymś innym. Trochę traci się frajdę związaną z porównywaniem młodego Morse'a i starego (naprawdę można uwierzyć, że to jedna postać), ale to tyle.

    OdpowiedzUsuń