niedziela, 8 września 2013

Refleksje o pisaniu



Zastanawiałam się, czy pisać tę notkę, czy nie. Na „nie” było sporo argumentów, choćby takich, że wszystko, co tu znajdziecie, już gdzieś ktoś powiedział/napisał, nie są to więc porady jakoś szczególnie odkrywcze. Z drugiej strony widzę po różnych forach i konwentach, że młodzi (niekoniecznie wiekiem) autorzy wciąż zgłaszają się z tymi samymi wątpliwościami i pytaniami, być może więc ma sens powtórzenie od czasu do czasu czegoś, co dla „doświadczonych” jest oczywiste, a dla „początkujących” wcale nie.

Dziś będzie więc krótka notka o tym, jak wysłać książkę do wydawnictwa albo opowiadanie do czasopisma.

Krok pierwszy: wybieramy WŁAŚCIWE wydawnictwo/czasopismo, bo nie ma przecież sensu wysyłać romansu do kogoś, kto wydaje horrory, albo odwrotnie. Jak takie wydawnictwo/czasopismo znaleźć? Jeśli piszemy fantastykę, najprościej jest przejrzeć przygotowywaną co roku przez Ausira listę (tegoroczna tu), gdzie znajdziemy spis powieści i opowiadań fantastycznych wraz z informacjami, kto je opublikował. Lista ma tę zaletę, że zawiera pozycje wydane w poprzednim roku, a więc jest mniej więcej aktualna (wydawnictwa i czasopisma znikają w dzisiejszych czasach szybciej niż lasy tropikalne). Jeśli nie piszemy fantastyki... hmm, na podobnych zasadach można sprawdzić na stronach „Esensji”, co niedawno z danego gatunku się ukazało i gdzie, albo szukać pomocy na forach typu Weryfikatorium.

Warto przy tym zapoznać się nie tylko z profilem wydawnictwa/czasopisma, ale też z tym, na jakiej zasadzie ono działa, żeby uniknąć wpadek w rodzaju pytania, ile za tekst płaci „Esensja” (hint: nie płaci w ogóle) czy narzekania, że najnowszego numeru naszego ulubionego internetowego magazynu nie mogliśmy znaleźć w kiosku.

Krok drugi: kiedy już mamy listę wydawnictw/czasopism, otwieramy sobie ich internetowe strony i szukamy zakładek z informacjami dla debiutantów. One się różnie nazywają (najczęściej: „Wydaj u nas”, „Współpraca”, „Dla autorów”), ale prawie każde wydawnictwo taką ma. Np. esensyjna zakładka dla autorów wygląda tak. Taką zakładkę trzeba przeczytać, a następnie zastosować się do zawartych w niej instrukcji. Czyli jeśli wydawca życzy sobie pierwszy rozdział tekstu + konspekt, to nie wysyłajmy mu całości (choćby tak było dla nas wygodnie) itp. To nie jest tak, że powieść/opowiadanie autora, który do instrukcji się nie zastosował, nie ma absolutnie szans, ale może się zdarzyć, że „niespełniający norm” tekst wydawca wrzuci na koniec kolejki, przez co na odpowiedź zamiast trzy miesiące będziemy czekali pół roku. I zawsze dobrze jest zebrać dodatkowe punkty za to, że a) chciało nam się wejść na stronę wydawnictwa i sprawdzić, czego wymagają od autorów, b) potrafimy czytać ze zrozumieniem (wbrew pozorom to ostatnie wcale nie jest takie oczywiste).

Uwaga: konspekt to nie to samo co streszczenie. Streszczenie jest ogólne, konspekt natomiast bardziej szczegółowy, zazwyczaj z podziałem na to, co dzieje się w poszczególnych rozdziałach.

Krok trzeci: wysyłamy maila z załącznikiem, czyli opowiadaniem/powieścią (nie wrzucamy tekstu naszego dzieła w treść maila!). Dobrze jest, żeby załącznik miał jakiś łatwo identyfikowalny tytuł. Nie nazywamy go więc „powieść”/„opowiadanie” (wyobraźcie sobie wydawnictwo, do którego przychodzi 50 załączników nazwanych „powieść” – jak wśród nich znaleźć tę właściwą?), tylko jakoś konkretnie, np. według schematu: tytuł/nazwisko autora. (Przedksiężycowi_A.Kańtoch). Podobna zasada dotyczy tytułu maila, choć tu już niektórzy wydawcy życzą sobie, żeby takie wiadomości tytułować np. „propozycja wydawnicza” – wtedy robimy tak, jak chce wydawca.

Krok czwarty: pamiętamy o tym, żeby podać nasze dane kontaktowe, czyli najczęściej imię, nazwisko, adres mailowy i telefon. Dane te najlepiej wpisać w dwóch miejscach, czyli w wiadomości do wydawcy oraz w pliku z powieścią/opowiadaniem – na wypadek gdyby jedno odłączyło się od drugiego.
Jeśli wysyłamy wydruk (w dzisiejszych czasach rzadkość, ale się zdarza), dane można wpisać na pierwszej i ostatniej stronie – na wypadek gdyby ktoś z wydawnictwa jedną z nich zgubił.

Krok piąty, czyli problem, co w mailu do wydawcy piszemy o swoim dziele. To chyba najczęściej zadawane pytanie, a prawidłowa odpowiedź na nie brzmi: cokolwiek, byle konkretnie, poprawnie po polsku (ważne!) i w miarę grzecznie. ;) Naprawdę: to, co wydawcy napiszemy, nie ma większego znaczenia, bo wydawcę obchodzi przede wszystkim tekst, a nie „list przewodni” autora. Żaden, nawet najlepszy mail nie zagwarantuje nam publikacji, jeśli nasze dzieło jest kiepskie. Niemniej mail to pierwsze wrażenie, jakie robi autor, i warto zadbać, żeby było one odpowiednie. 
Czego moim zdaniem dobrze jest unikać:

– pisania, że uważamy swoją powieść/swoje opowiadanie za dobre. To nic nie znaczy, bo niemal każdy autor, od noblisty aż po ostatniego grafomana, uważa swoje dzieło za dobre – albo przynajmniej ma nadzieję, że tak jest. To wydawca/redaktor jest od oceniania, nie autor.

– zachwycania się sobą i swoją twórczością, bo to (zwłaszcza w przypadku debiutanta) pachnie narcyzmem. A narcyzm co prawda nie ma czy też nie powinien mieć wpływu na ocenę samego tekstu, ale może już wpłynąć na ocenę ewentualnej współpracy z twórcą. Ja sama, gdybym miała wybierać między dobrym tekstem „zwyczajnego” autora a dobrym tekstem autora-narcyza, wybrałabym ten pierwszy – bo nie ma sensu dla „tylko” dobrego opowiadania użerać się przy redakcji z przekonanym o swojej genialności facetem, który nie pozwoli zmienić nawet źle postawionego przecinka. Gdyby tekst był genialny – owszem, wtedy tak, ale ile jest genialnych dzieł literackich?

– odwrotności tego, co wyżej, czyli pisania, że nasze dzieło na pewno jest beznadziejne, sami to wiemy, przepraszamy, że tak nam kiepsko wyszło, ale może jednak się spodoba... Sorry, ale coś takiego wygląda nie jak wyraz skromności, tylko irytująca próba kokietowania i dopraszania się o pochwały (a teraz szybko zaprzeczcie i napiszcie, że wcale tak nie jest). Ja zazwyczaj na widok takich maili mam ochotę odpisać autorom coś rodzaju: skoro wiesz, że to jest słabe, to po co nam to przysyłasz?

– pisania, że przysłany tekst wcale nie jest naszym najlepszym, że mamy na dysku znacznie lepsze kawałki. Albo, co gorsza, te lepsze wysłaliśmy do innego wydawnictwa. :P To wkurza i prowokuje do odpowiedzi: stary, skoro umiesz pisać lepiej, to pisz, a nie wysyłaj nam wyskrobki z dna szuflady. Żaden wydawca nie będzie zachwycony, gdy autor potraktuje go jako odbiorcę „mniej udanych” dzieł.

– wskazówek na temat tego, jak należy odczytywać nasze dzieło. Interpretowanie to działka wydawcy/redaktora, nie autora.

– dyskretnego szantażowania odbiorcy, czyli pisania czegoś w rodzaju „Mój tekst na pewno spodoba się ludziom inteligentnym” (w domyśle: jak uznasz go za kiepski, to znaczy, żeś tłuk) albo „Zakończenie jest jasne dla każdego, kto potrafi czytać uważnie”. To nie działa, serio.

– przepraszania za błędy, bo to nie jest grzeczne, wręcz przeciwnie. To tak, jakby napisać: wiem, że w moim tekście są niedoróbki, ale nie chciało mi się ich poprawić, więc przepraszam. Jeśli wiesz, że piszesz z błędami, to zrób coś z tym, zamiast maskować lenistwo pozorną grzecznością.

Ogólnie – jeśli chcemy napisać coś o swoim dziele, warto podać przede wszystkim konkrety, czyli np. co to za gatunek, do jakiej grupy czytelników tekst jest skierowany, czy to samodzielna całość, czy początek cyklu itp. To, co autor prywatnie o swoim tekście myśli, czy jest nim zachwycony, czy też wręcz przeciwnie, dla wydawcy nie ma najmniejszego znaczenia.

Krok szósty, czyli co napisać w mailu o sobie. Tu też moim zdaniem nie warto się rozpisywać – i lepiej chyba napisać za mało niż zalać odbiorcę potokiem niepotrzebnych informacji. Jak wyżej: liczy się przede wszystkim tekst, a nie to, kim jest autor, a jeśli wydawca będzie potrzebował dodatkowych informacji, zawsze może dopytać. Tak naprawdę w wielu przypadkach wystarczy samo imię i nazwisko + podstawowe dane kontaktowe. Można też wspomnieć o jakichś wcześniejszych sukcesach literackich, jeśli ktoś jakieś miał, ale uwaga – piszemy o tych „poważnych”, czyli np. można wspomnieć o tym, że się wygrało ogólnopolski konkurs na opowiadanie, ale już raczej nie o tym, że zdobyliśmy pierwsze miejsce w konkursie na najlepszy tekst do gazetki szkolnej (nie lekceważę gazetek szkolnych, ale takie chwalenie się wygląda jednak... no, dziecinnie trochę). Podobnie warto czasem pochwalić się, że nasze opowiadanie spodobało się jakiemuś Uznanemu Pisarzowi, ale nie piszmy, że podobało się cioci, babci czy pani od polskiego, bo to żaden argument.

A, i jeszcze jedno – jeśli dostaniemy odpowiedź odmowną, nie ma sensu pisać płomiennej polemiki i wyjaśniać, dlaczego nasze dzieło jest dobre i czego oceniający nie zrozumiał. Nigdy jeszcze nie słyszałam o przypadku, żeby po takim mailu wydawca zmienił zdanie. Oczywiście istnieje szansa, że osoba oceniająca naprawdę autora nie doceniła czy wręcz w jakiś sposób skrzywdziła (wydawca też człowiek i bywa omylny), ale w takim przypadku tłumaczenie niczego nie zmieni. Lepiej wysłać tekst do kogoś innego, może tam będziemy mieć więcej szczęścia.

1 komentarz: