poniedziałek, 9 września 2013

Refleksje o pisaniu 2


Pomysł czy poprawność językowa?

Co jest ważniejsze? Co decyduje o publikacji? Niektórzy twierdzą, że pomysł, a od poprawiania błędów jest redaktor, inni – że ważniejszy jest język, bo co komu ze świetnego pomysłu, jeśli powieści/opowiadania nie da się czytać?

Ja bym odpowiedziała tak: do pewnego poziomu decyduje poprawność, bo tekst literacki przede wszystkim musi być „redagowalny”, czyli taki, który - mniejszym bądź większym nakładem redaktorskiej pracy - da się doprowadzić do stanu publikowalności. Redaktor, owszem, może tekst poprawić, na tym polega jego praca, ale przecież nie napisze go za autora od nowa. Nawet najbardziej genialny pomysł świata  nie uratuje opowiadania, w którym przerobić trzeba każde zdanie.

Jeśli jednak nasze dzieło poziom „redagowalności” osiągnęło, ważniejszy staje się pomysł. Wielu wydawców, mając do wyboru sztampowy, choć idealnie poprawny językowo tekst, lub tekst wymagający większej pracy redaktora, lecz oryginalny – wybierze ten drugi.

Ostrzegam jednak przed pokładaniem nadmiernych nadziei w genialności własnego pomysłu. Istnieje pewna grupa autorów – zazwyczaj młodych – którzy tak głęboko wierzą w oryginalność swojej wizji, że uznają, iż w związku z tym warstwę językowo-stylistyczną mogą już całkiem sobie odpuścić. Problem jednak w tym, że pomysły naprawdę genialne zdarzają się bardzo rzadko. Najczęściej to, co siedemnastoletni autor uważa za niezwykle odkrywcze, w oczach czytelnika starszego o lat dziesięć jest „tylko” dobre, albo wręcz sztampowe – i co wtedy?

Opowiadanie czy powieść to taki trochę system naczyń połączonych, jeśli jeden element wyraźnie szwankuje, pozostałe muszą być na odpowiednio wysokim poziomie, żeby zrekompensować niedoróbki. A ponieważ autor zazwyczaj nie wie, co mu wyszło dobrze, a co źle (może jedynie podejrzewać), warto zadbać, żeby wszystkie elementy były przynajmniej na przyzwoitym poziomie. Trzy literówki nikomu nie zaszkodzą, ale trzysta już może. Nie słyszałam jeszcze o przypadku, by redaktor odrzucił tekst tylko i wyłącznie ze względu na złą interpunkcję, ale odczapistycznie powstawiane przecinki mogą stać się przysłowiową kroplą przepełniającą czarę. Bo wyobraźmy sobie, że do wydawnictwa przychodzą dwie powieści, obie oparte na fajnym pomyśle, z ciekawymi bohaterami i dopracowaną fabułą. Różnią się jednak tym, że pierwsza jest dopracowana pod względem językowym i wymaga od redaktora jedynie lekkiej kosmetyki, w drugiej natomiast szaleją literówki, orty, a interpunkcja jest życzeniowa – wszystko to niby drobiazgi, lecz pierwszą książkę redaktor będzie poprawiał przez tydzień, a drugą przez miesiąc. Jak sądzicie, które dzieło ma większe szanse na publikację?

Idealny tekst, który wysyłamy do wydawnictwa/czasopisma, powinien wyglądać „jak książka”, tzn. tak, że bierzemy go do ręki i podczas lektury czujemy się, jakbyśmy czytali wydaną literaturę – a mam tu na myśli nie tylko brak błędów, ale też układ tekstu, akapity itp. Wiadomo jednak, że mało kto ten ideał osiąga i żaden wydawca nie będzie wymagał czegoś takiego od autora – zwłaszcza początkującego. Nie trzeba być doskonałym, wystarczy... no, trzymać pewien poziom.

Jak więc poprawiać i na co zwracać uwagę?

Błędy roboczo podzieliłam na:

- takie, które widać jeszcze PRZED rozpoczęciem lektury, czyli: posklejane wyrazy, zdania rozpoczynające się małymi literami, spacje przed znakami przestankowymi, przedziwny zapis dialogów (punktory zamiast myślników albo coś w tym rodzaju). Są to niedoróbki biorące się najczęściej z lenistwa (autorowi nie chciało się przejrzeć swojego tekstu po napisaniu) albo z niewiedzy (np. autor nie wie, jak się zapisuje dialogi – bo o straszliwej możliwości, że ktoś może nie wiedzieć, iż zdanie należy zaczynać wielką literą, wolę nie myśleć). Ani jedno, ani drugie nie świadczy dobrze o autorze. A że takie akurat „kfiatki” poprawia się dość łatwo, tym bardziej wstyd, kiedy twórca tego nie zrobi.

- drobne błędy, czyli literówki, orty, interpunkcja czy brak znaków diakrytycznych przy polskich literach. Tu z poprawianiem jest już gorzej, bo są autorzy (czasem bardzo utalentowani), którzy mimo wielokrotnego czytania zwyczajnie tych nieszczęsnych literówek nie widzą. Albo mają problem z interpunkcją czy ortografią. Bywa, a wordowskie sprawdzanie pisowni nie wszystko wyłapie. W takich przypadkach należy zrobić, co można (o metodach wyłapywania błędów za chwilę), a potem zdać się na los. Generalnie niezbyt duża ilość podobnych „wpadek” nie powinna zaszkodzić. To są błędy, owszem, dość irytujące przy lekturze, ale jednocześnie „łatwo poprawialne” przez redaktora (czasem wystarczy jedno kliknięcie), jeśli więc pozostałe elementy dzieła są na wysokim poziomie, wydawca często przymknie oko na to, że z uporem piszemy żaba przez „rz”.

- poważniejsze błędy, czyli skopana gramatyka i kulejący styl. O ile literówkę/orta/przecinek redaktor poprawi bez problemu, o tyle naprawianie kiepskiego zdania czy wręcz całego fragmentu wymaga już zdecydowanie większego nakładu pracy. Dlatego to chyba najpoważniejszy rodzaj błędów i jeśli powieść/opowiadanie zostaje odrzucona/e z uwagi na „słaby język”, to najczęściej właśnie z tego powodu.

Co można zrobić, żeby uniknąć błędów?

- porównać stronę wydanej książki ze stroną własnego tekstu. Nie treść, oczywiście, ale ogólny układ. To działa, serio, sama tak zrobiłam dziesięć lat temu. Można dzięki takiemu porównaniu odkryć wiele fascynujących rzeczy, np. że istnieje coś takiego, jak wcięcie akapitowe, albo że po kreskach dialogowych dajemy spację, a potem dopiero wypowiedź bohatera. Poprawianie podobnych drobiazgów może się wydawać głupotą, ale naprawdę warto, bo po takim zabiegu nasze dzieło od razu zaczyna wyglądać lepiej. A tworząc kolejny tekst, już prawdopodobnie poprawiać nie będziemy musieli, bo przyzwyczaimy się do prawidłowej pisowni.

- po napisaniu przeczytać własny tekst, najlepiej kilka razy, poprawiając przy okazji błędy. Koniecznie! Niektórzy radzą, żeby między jednym czytaniem a drugim dzieło odleżało kilka tygodni, ale to już jest moim zdaniem wymaganie od autorów przesadnego heroizmu. Autor to stworzenie z natury niecierpliwe, wiadomo, niech więc zamiast kilku tygodni będzie kilka dni. Powinno wystarczyć.

- przeczytać dzieło na głos. Działa, aczkolwiek raczej w przypadku krótszych tekstów, bo przy dłuższych można zachrypnąć. ;)

- znaleźć dobrego betareadera, który poprawi nam literówki oraz inne wpadki. Taką betą może zostać zaufana koleżanka/kolega; pomocy można też szukać na forach poświęconych pisaniu albo w sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki – choć to opcja raczej dla miejscowych. 

- przejrzeć tekst przy pomocy modułu sprawdzania pisowni w Wordzie (zakładka: „Narzędzia” u góry ekranu, a potem „Pisownia i gramatyka”).  Można w ten sposób wyłapać sporo błędów, choć nie wszystkie, niestety (Word nie rozróżnia wierzy od wieży ani morze od może). Tylko pamiętajmy, aby przez cały czas kontrolować, co program nam podkreśla i na co chce to poprawić – absolutnie nie polecam bezmyślnego klikania „zmień”, bo Word jest głupi i jego propozycje bywają czasem... dziwne.

UWAGA! Tym bardziej nie pozwalamy, żeby Word „domyślał się”, co chcemy napisać i poprawiał za nas. Autokorekta to zło. Jeśli jej nie wyłączymy, może się okazać, że w naszym fantastycznym opowiadaniu zamiast hobbitów są hoplici, a zamiast internetu internat. :)

I jeszcze jedna uwaga – w mniemaniu wielu początkujących autorów teksty dzielą się na dobre i złe. Te pierwsze każdy wydawca opublikuje z pocałowaniem ręki, drugie natomiast należy poprawiać, aż znajdą się kategorii pierwszej. To nieprawda. W rzeczywistości sporo propozycji przychodzących do wydawnictw czy czasopism to tzw. „średniaki”. Opowiadania/powieści poprawnie napisane, z jakimś tam pomysłem i przemyślane pod względem konstrukcji. Teksty, w przypadku których właściwie nie ma się do czego przyczepić, a jednocześnie... takie sobie, niewyróżniające się niczym szczególnym.  Podobne kawałki są „na granicy publikowalności”, tzn. można je puścić albo nie, w zależności od tego, które oko oceniający akurat przymknął. I bywa tak, że betareaderzy tekst chwalą (bo w sumie wszystko jest ok), a potem od wydawcy autor dostaje negatywną odpowiedź. Niekoniecznie musi to znaczyć, że ktoś tu zwariował, że koledzy łżą albo redaktor się nie zna. Czasem znaczy to właśnie, że człowiek napisał „średniaka” i miał przy tym pecha.







6 komentarzy:

  1. Hoplici w internacie - świetny pomysł na opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakiś czas temu na którymś portalu informacyjnym był artykuł o Tolkienie i Śródziemiu pełnym "hobbistów" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ort to rodzaj monety...Nie za bardzo rozumiem, w jaki sposób w tekście mogą występować "orty".

    OdpowiedzUsuń
  4. Ort to też popularne określenie błędu ortograficznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz rozumiem... A zatem, miast "błąd ortograficzny", śmiało możemy pisać "ort". Co prawda, w zdaniu "Ależ nędzny ort widziałem!" nie za bardzo wiadomo, czy widać monerę, czy też błąd ortograficzny, ale pewnie z kontekstu sąsiednich zdań łatwo się domyślimy, o co idzie.

      Usuń