czwartek, 12 września 2013

Refleksje o pisaniu 3


Co dzieje się z tekstem w wydawnictwie/redakcji?

Ja oceniam nadsyłane propozycje w Esensji, ale ona jest specyficzna, bo raz, że przychodzi do nas nieprzesadnie dużo tekstów, a dwa, że mamy sporą ekipę oceniających. Dzięki temu możemy sobie pozwolić, żeby każde nadesłane opowiadanie przeczytały co najmniej dwie osoby. I to przeczytały porządnie, nie „po łebkach”. W wydawnictwach nie jest już tak różowo, tam zdarza się, że jednego dnia przychodzi kilka powieści, i nikt nie ma czasu, żeby nad jedną ślęczeć kilka dni. Najczęściej redaktor odpowiedzialny za przyjmowanie do publikacji czyta z uwagą początek, a jeśli ten z jakiegoś powodu jest zniechęcający (bo rażące błędy, bo narracja kuleje, bo pomysł wygląda na sztampowy), to resztę co najwyżej tylko przegląda, z nastawieniem  „no dobra, zobaczę, czy dalej też jest źle”. Dlatego zrobienie dobrego wrażenia początkiem jest takie ważne. Jeśli ktoś kombinuje na zasadzie: „Ok, pierwsze trzydzieści stron jest słabe, ale to taka rozbiegówka, za to na trzydziestej pierwszej jest taki zwrot akcji, że czytelnikowi z wrażenia gacie spadną”, to źle kombinuje. Do  trzydziestej pierwszej strony redaktor już nie dotrze, albo dotrze, przerzucając od niechcenia kartki – i z dużym prawdopodobieństwem przegapi nasz wspaniały pomysł. Nie znaczy to, że każdy tekst musi koniecznie zaczynać się od zalecanego przez Hitchcocka trzęsienia ziemi, można zacząć i od opisu przyrody, jeśli tak nam pasuje, ale powinien on być dopracowany, klimatyczny, no, przede wszystkim - w ten czy inny sposób - zachęcający do dalszej lektury.

A dlaczego tekst może zostać odrzucony? Możliwości jest sporo i wcale nie wszystkie wynikają z tego, że autor to beztalencie.

- Można zostać odrzuconym ze względu na, hmm... nieumiejętność posługiwania się językiem polskim? Kiepska ortografia i interpunkcja, skopana gramatyka, błędy stylistyczne (mylenie podmiotów, nieprawidłowe związki frazeologiczne, budowanie zdań nieskładnych albo wręcz niezrozumiałych), używanie słów, których znaczenia nie znamy – jeśli tekst szwankuje na tym najprostszym poziomie, to - poza odesłaniem autora do słownika i książek - niewiele da się zrobić.

- Albo ze względu na kiepską konstrukcję. Czyli: pojedyncze zdania są ok, autor potrafi pisać po polsku, ale zakończenie urywa się nagle i bez sensu, fabuła ma dziury logiczne, a narracja jest monotonna. Powieść jest przegadana albo przeciwnie: autor tak oszczędza na słowach, że człowiek nie wie, o czym właściwie czyta. Albo szwankuje styl, nie pod względem „poprawności”, tylko ogólnie pojętej „zgrabności”, bo może być i tak, że w zdaniu w zasadzie błędów nie ma, ale całość brzmi... niefajnie, dziwacznie, a nawet głupio i „źle się czyta”. Tutaj ocena bywa już subiektywna, bo granica między grafomańskim rozbuchaniem a poetyckim językiem jest cienka, nielogiczności do pewnego stopnia można usprawiedliwiać konwencją, a zakończenie, które dla jednego będzie urwane, ktoś inny może uznać po prostu za otwarte. Niemniej, nad tego typu zarzutami warto przynajmniej się zastanowić – może oceniający się czepia, a może wcale nie?

- Język i konstrukcja są ok, ale naszemu dziełu brakuje szczypty oryginalności, nic w tekście nie porywa, nie wzrusza i nie zaciekawia jakoś szczególnie. Ot, powieść czy opowiadanie jak dziesiątki innych. Jednym słowem: napisaliśmy klasycznego „średniaka”, z tych, o których już wspominałam. Wtedy można liczyć na to, że trafimy akurat na redaktora lubiącego daną konwencję. Wielbiciel mrocznych klimatów może wziąć nawet bardzo przeciętną grozę, antyfan prawdopodobnie ją odrzuci.

- Może się okazać, że nie mieścimy się w profilu wydawnictwa. Czasem bywa to spowodowane gapiostwem autora (wspomniane wysłanie horroru do wydawnictwa wydającego romanse), ale bywa i tak, że to wydawnictwo ma problem z komunikacją. Np. na stronie wisi informacja, że chętnie przyjmują fantastykę, ale tak naprawdę zainteresowani są jedynie, powiedzmy, grozą, bo im wyszło, że to sprzedaje się najlepiej.

- Możemy zwyczajnie nie trafić w gust redaktora. W Esensji pecha ma często groteska czy surrealizm oraz krwawe kawałki typu „ręka, noga, mózg na ścianie”. Zwyczajnie brakuje u nas osób, które coś takiego by lubiły.

- Tekst jest dobry, a nawet bardzo dobry, ale wydawca dochodzi do wniosku, że „to się nie sprzeda”. Powody mogą być różne: bo niemodna tematyka, bo niszowe, bo zbyt dziwaczne, a nawet zbyt trudne/ambitne.

- Tekst jest dobry, ale tak się składa, że niedawno wydawnictwo/czasopismo dostało dzieło o podobnej tematyce, tylko lepsze. Wtedy tego słabszego (choć wciąż niezłego) nie opłaca się brać. W Esensji coś podobnego zdarzyło się parę razy i za każdym było mi autora trochę żal...

Tyle powodów na szybko przyszło mi do głowy, a pewnie, gdyby dłużej pomyśleć, znalazłoby się jeszcze kilka.

Jeszcze w kwestii krążącego tu i ówdzie mitu, że utalentowani autorzy nie mogą przebić się na rynku, ponieważ wydawcy publikują głównie kolegów, po znajomości. Pomijając być może  jednostkowe przypadki – bzdura. Wydawcy nie są masochistami ani samobójcami. Wydawcy chcą zarobić (albo, w przypadku pasjonatów, po prostu wydać dobrą literaturę), dlaczego więc, u licha, mieliby inwestować w kiepskie dzieła „krewnych-i-znajomych-królika” zamiast w dobre innych autorów? Z mojego doświadczenia wynika, że znajomość z wydawcą tak naprawdę daje autorowi dwie rzeczy: po pierwsze, prawdopodobnie odpowiedź dostaniesz szybciej, po drugie: w razie odmowy możesz liczyć na wyjaśnienie „dlaczego” zamiast obłej formułki w stylu: „Niestety, nie jesteśmy zainteresowani nadesłaną propozycją” albo zgoła braku odpowiedzi. Takie wyjaśnienie jest dla autora bardzo ważne, bo to w końcu różnica, czy odrzucili nas, bo okazaliśmy się zbyt ambitni, czy może dlatego, że nie potrafimy pisać... W fantastyce niejaką przewagę mają więc autorzy, którzy udzielają się w fandomie, jeżdżą na konwenty i w razie czego mogą wydawcę złapać i wypytać – a nuż pamięta, dlaczego książki nie chciał.

1 komentarz:

  1. Bardzo przydatne uwagi. Niby podstawy, a nie każdy piszący to wie. Odważyłam się raz wysłać tekst do waszej Esensji i wystarczy. To nie dla mnie, za bardzo zżerają mnie nerwy, ale chętnie pokibicuję młodym zdolnym.

    Pozdrawiam.
    Pat

    OdpowiedzUsuń