piątek, 27 września 2013

Refleksje o pisaniu 4

Co nam daje sekcja literacka?

Albo forum dla młodych adeptów pióra czy też kursy pisania – notka ta dotyczy przede wszystkim sekcji, którą znam najlepiej, w mniejszym stopniu miejsc w rodzaju Weryfikatorium czy strony Nowej Fantastyki (wrzuca się tam teksty, aby inni je ocenili), a w najmniejszym: kursów czy też warsztatów literackich, które ze względu na krótki okres trwania mają odmienną specyfikę, ale i tu sporo punktów wspólnych by się znalazło.

A chodzi oczywiście o problem, czy pisania można się nauczyć. Czy pisarzem trzeba się urodzić, czy może to rzemiosło jak każde inne?

Ja bym odpowiedziała: po trochu jedno i drugie, tzn. uważam sekcje/fora/kursy za pożyteczne, acz niekonieczne; korzystanie z rad kogoś bardziej doświadczonego nie zrobi z beztalencia wydawanego autora, ale utalentowanemu może skrócić drogę do publikacji. W sensie: facet (czy kobita) sam by prędzej czy później doszedł do tego, co robi źle, ale uświadomiony na sekcji, oszczędza czas.

Co więc może nam dać sekcja literacka?
(albo forum albo kurs, nie chce się mi powtarzać)

Po pierwsze – feedback. Nawet jeśli autor z dawanych mu rad nie skorzysta (nie musi), to będzie wiedział przynajmniej, jak jego twórczość jest odbierana. To ważne, zwłaszcza że czasem założenia autora a odbiór czytelnika to dwie zupełnie różne sprawy, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę.

Po drugie – możliwość poprawienia błędów merytorycznych, konstrukcyjnych i językowych. Moje teksty (pochwalę się, a co) są uważane przez wydawców za dopracowane (w sensie, redaktor nie ma przy nich dużo pracy), ale to nie dlatego, że z natury taka genialna jestem, tylko właśnie dlatego, że moje opowiadania i powieści najpierw przechodzą przez sekcję, a tam ludzie wyłapują autorskie wpadki. Taka pomoc naprawdę się przydaje, zwłaszcza że w grupie betareaderów są ludzie znający się na bardzo różnych rzeczach. Jeden zauważy błąd ortograficzny, drugi, że wypowiedź nie pasuje do danej postaci, trzeci, że końcówka jakoś tak szybko się urywa, a czwarty, że skoro w pierwszym rozdziale bohater mieszka na pierwszym piętrze, to w piątym nie powinien zasapany wchodzić po schodach na trzecie.

Po trzecie – motywację do pracy. Większość ludzi, jak sądzę, chętniej pisze (a tym samym i ćwiczy pisanie), kiedy wie, że ktoś kto to przeczyta.

Po czwarte – zorientowanie się, jakie są nasze słabe, a jakie mocne strony, nad czym musimy popracować. Tego nie muszę rozwijać.

Po piąte – istnieje pewna pula typowych dla początkujących autorów błędów (nadużywanie zaimków, źle skonstruowane opisy, gubiące się podmioty), które autor dość łatwo może poprawić – przy czym przez „dość łatwo” rozumiem, że wymaga to jedynie nieco treningu i zwracania uwagi na to, co się pisze. Sekcja pomaga w walce z tego typu niedoróbkami.

Czego natomiast sekcja nam nie da:

Po pierwsze – nie zastąpi zdolności. Amerykańskie z ducha myślenie, że jak ktoś czegoś bardzo chce i włoży dużo pracy, to mu się uda, jest popularne, ale świat tak nie działa, sorry. Jasne, praca i chęci jak najbardziej mają znaczenie, ale u podstaw musi leżeć choćby iskra talentu. Jeśli jej zabraknie i wyrabianie 300% normy nie pomoże.

Po drugie – nie nauczy technik pisania „z wyższej półki”, takich jak budowanie napięcia, tworzenie wiarygodnych postaci itp. czyli tego wszystkiego, na co w literaturze nie ma recepty, co robi się bardziej „na instynkt” niż „na wiedzę”. Sekcja, owszem, może nauczyć jak skonstruować prawidłowy opis, powiedzmy, padającego deszczu, ale już za diabła nie sprawi, że opis będzie wprowadzał odpowiedni nastrój...

Po trzecie – nie zrobi redakcji. Na różnych forach (sekcyjnym też) czasem praktykuje się „rozbiórki tekstu”, tzn. recenzent leci przez opowiadanie zdanie po zdaniu i wyszczególnia błędy, ale najczęściej jest to korekta dość powierzchowna, skupiająca się na tym, co najbardziej rzuca się w oczy. Prawdziwa redakcja zresztą w przypadku najsłabszych tekstów w ogóle nie byłaby możliwa, bo – przypominam – nie da się zredagować czegoś, co de facto wymaga napisania od nowa.

Po czwarte – nie zmieni kiepskiego tekstu w dobry. Zdarzają się autorzy, którzy kombinują na zasadzie: wyślę tekst na forum, tam mi wypiszą błędy, ja je poprawię i – voilà, mam gotowe opowiadanie do publikacji! To naiwność. Niektóre wpadki (np. ortografię) faktycznie można poprawić od ręki, ale nie zmieni się przecież w ten sposób stylu na publikowalny czy konstrukcji postaci na bardziej wiarygodną, nie zbuduje napięcia ani nie sprawi, że drętwe dotąd dialogi nagle zaczną brzmieć żywo.

A czy sekcja (forum, kurs) może być dla młodego twórcy niebezpieczna?
Do pewnego stopnia tak, ponieważ:

Po pierwsze  początkujący twórcy łatwo dają się „formatować” literackim autorytetom. Ten argument podniósł przy okazji któregoś konwentu Wit Szostak, roztaczając straszliwą wizję autora, który mógłby napisać drugi „Finnegans Wake” ale tłucze kolejną banalną fabułkę o wyprawie na smoka, bo na kursie go nauczyli, że ma być po bożemu i bez żadnych wariacyj. Natrząsam się trochę, ale coś w tym jest, faktycznie sporo autorów zaczyna od tego, że z mniejszym bądź większym powodzeniem próbuje kopiować cudze pomysły na pisanie. Tyle że jest to stan dla młodego autora naturalny i przejściowy, dobry pisarz w pewnym momencie przeorganizuje sobie w głowie zdobyte w ten sposób doświadczenie, część zachowa, jako przydatną, część odrzuci – i pójdzie swoją drogą. A już na pewno takiego pójścia oczekuje się od twórców genialnych (takim zapewne byłby autor drugiego „Finnegans Wake”) – i jeśli ktoś tego nie potrafi, to znaczy, że żadnym geniuszem nie jest...

Po drugie młody twórca nigdy nie wie, na kogo trafi. Internet (tam najczęściej szuka się pomocy) to otchłań, w której można znaleźć wszystko: od sensownej oceny tekstu dokonanej przez kogoś, kto ma pojęcie o języku polskim i literaturze aż po guzik warte porady, w których domorosły recenzent czepia się trochę bardziej metaforycznych wyrażeń (jak to możliwe, że serce skoczyło bohaterowi do gardła???), albo wręcz proponuje zmianę poprawnego zdania na niepoprawne.

Po trzecie młodemu twórcy często się wydaje, że jak już przyjdzie na sekcję, to ktoś go obiektywnie oceni, powie, co ma poprawić, i poprowadzi ku publikacji – i wszystko będzie takie fajne i jasne. Guzik prawda. Obiektywnie można ocenić poprawność językową czy stylistyczną (choć i w przypadku tej ostatniej zostaje pewien margines na degustibus). Reszta to ocena subiektywna. Dlatego zazwyczaj, kiedy wrzucamy tekst na sekcję, dostajemy kilka różnych opinii – i nader często są one sprzeczne. Jeden komentujący końcówką się zachwyci, drugi, przeciwnie, uzna że to najsłabsza część opowiadania. Dlatego autor najczęściej po pierwszym spotkaniu ma potężny zamęt w głowie i nie wie, co poprawiać i czy w ogóle.

Jak sobie z tymi problemami radzić?

(też miało być w punktach, ale chyba się nie da...)

Punkt pierwszy czyli „formatowanie” przez autorytety pomijam – to albo komuś przejdzie, albo nie, natomiast z punktami 2 oraz 3 faktycznie jest kłopot. Bo jak odróżnić krytyka, który naprawdę się zna od tego, który pojęcie o literaturze ma jeszcze mniejsze niż my? I kiedy oraz co w tekście poprawiać? To problem tym większy, że podział nie przebiega prosto na zasadzie: jak krytykuje ktoś, kto się zna, to karnie słuchamy i poprawiamy, a jak ktoś, kto się nie zna, to wszystkie propozycje zmian możemy śmiało wywalić do kosza. Wcale nie. Czasem i komuś, kto nie potrafi sklecić poprawnego zdania, zdarza się zaskakująco trafna uwaga, a literacki autorytet może udzielać rad, które co prawda są bardzo mądre, ale do naszej twórczości nijak nie pasują.

Młodzi autorzy na uwagi krytyczne najczęściej reaguje na dwa sposoby: albo całkowitą uległością i pokornym zgadzaniem się na wszystkie proponowane zmiany albo odwrotnie: obrażaniem się i odmową przyjęcia do wiadomości jakichkolwiek negatywnych uwag. Ani jedno ani drugie nie jest dobre. Chodzi, no... o złapanie pewnej zdrowej równowagi, żeby z jednej strony być otwartym na sensowne propozycje, a z drugiej jednak potrafić obronić jakąś tam swoją literacką wizję.

Złapanie tej równowagi proste nie jest, ale najczęściej przychodzi z czasem. Łatwiej mają autorzy oczytani, z wyczuciem językowym, którzy wiedzą mniej więcej, co chcą osiągnąć. Tacy, którym zdarzają się co prawda babole, ale którzy potrafią odróżnić dobre zdanie od złego, jeśli się im pokaże jedno i drugie. Oni dość szybko orientują się, kto udziela im sensownych rad, a kto nie bardzo, i które zmiany warto wprowadzić.

Jeśli natomiast autor jest całkowicie „zielony”... Cóż, takiemu pozostaje albo wymacywanie drogi na oślep albo ewentualnie znalezienie sobie autorytetu, któremu wierzy się bardziej niż innym. Takim autorytetem może być np. redaktor (niektórzy udzielają się na forum Fahrenheita) czy pisarz, bo są autorzy, którzy czytają i oceniają teksty młodych twórców (ja to robię, ale wyłącznie w ramach sekcji).

Aha, trzeba jeszcze pamiętać, że autor autorowi nierówny – człowiek, który wydał kilka powieści w tradycyjnym wydawnictwie jest jednak bardziej wiarygodny niż selfpublisher, z całym szacunkiem dla tych ostatnich. Zaznaczam też od razu, że autorytetowi warto wierzyć w kwestiach mniej więcej „obiektywnych” czyli takich jak poprawność językowa czy do pewnego stopnia styl oraz konstrukcja, ale już niekoniecznie subiektywnych (fajny/niefajny pomysł, ciekawa/nieciekawa postać, nudne/nienudne), bo to w dużej mierze kwestia gustu.

Wszystkim natomiast, i tym zielonym i bardziej doświadczonym autorom, dobrze robi uspokojenie się przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji w kwestii tego, co dalej robimy z ocenionym tekstem. To ważne, bo zazwyczaj po spotkaniu sekcyjnym czy weryfikacji tekstu na forum autor jest strasznie nabuzowany emocjami, gotów nosić na rękach tych, którzy go pochwalili, a oburzać się na krytykujących (jak on mógł napisać, że końcówka słaba, przecież ja prawie płakałem, jak ją pisałem!). W takim stanie do niczego sensownego nie dojdziemy, najpierw trzeba odetchnąć, oczyścić umysł i przemyśleć proponowane zmiany, a potem dopiero przyjąć te, które nam pasują, odrzucić natomiast te, które uważamy za niepotrzebne. To się da zrobić, serio. W przypadku poprawek językowych w razie wątpliwości pomaga oczywiście słownik ortograficzny czy podręcznik do gramatyki, w przypadku poprawek innych – np. wyobrażenie sobie na spokojnie, jak wyglądałby nasz tekst z proponowaną zmianą. Ja często mam tak, że w pierwszej chwili nie chcę poprawiać niczego, bo moja wersja wydaje mi się najlepsza, a dzień-dwa później po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że przynajmniej część zaproponowanych zmian jest sensowna i na wprowadzeniu ich tekst zyska.

A, i jeszcze jedno – niedobrym pomysłem jest doszukiwanie się u krytykujących różnych niskich motywów w stylu: „skopał mój tekst, bo mnie prywatnie nie lubi” albo, co gorsza, „skopał, bo jest zazdrosny i sam chciałby tak pisać”. Krytykujący nie musi mieć racji, ale choćby na zasadzie domniemania niewinności przyznajmy mu przynajmniej tyle, że krytykuje „uczciwie” tzn. dlatego, że mu się nie podobało, a nie z innych, pozaliterackich powodów. Doszukiwanie się takich powodów to zamykanie się na argumenty drugiej strony. Są autorzy, czasem nawet znani, którzy zupełnie serio uważają, że chwalą ich znawcy, a jak ktoś krytykuje, to znaczy, że hejter, idiota albo zazdrośnik. Jako strategia chroniąca pisarskie ego jest to z psychologicznego punktu widzenia nawet sensowne; człowiek myślący w ten sposób może przeżyć całe życie w miłym przekonaniu, że jest pisarzem idealnym, bo przecież zastrzeżenia do jego twórczości mają jedynie ci, których i tak nie warto słuchać. Ale na coś takiego pozwolić sobie mogą autorzy, którzy i bez cudzych rad piszą co najmniej dobrze, dla początkującego twórcy przyjęcie podobnego sposobu myślenia oznacza, że delikwent niczego od nikogo się nie nauczy, a nie tego przecież chcemy, kiedy idziemy na sekcję, wchodzimy na forum literackie czy płacimy za kurs.  




4 komentarze:

  1. Mała uwaga co do strasznej wizji Wita Szostaka. Mam wrażenie, że pewna liczba początkujących twórców bardzo chętnie idzie w kierunku filozoficznych rozważań, alegorii, eksperymentów z formą i strumieni świadomości, jeszcze zanim nauczą się klecić spójną, logiczną historyjkę, choćby i o smoku. A moim zdaniem, zawsze sprawdza się stara maksyma, że trzeba nauczyć się przestrzegać reguł, zanim zacznie się je łamać. Joyce, zanim stworzył "Ulissesa", napisał "Dublińczyków".

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja, z kolei, zawsze byłem ciekaw co by było, gdyby np. Dukaj anonimowo zamieścił swoje opowiadanie na - powiedzmy - forum Fahrenheita. Jak bardzo zmieniłaby się ocena tekstu bez patrzenia na Nazwisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłyby komentarze w rodzaju: "Niezłe, ale staraj się nie naśladować Dukaja" ;-)

      pozdrawiam
      Polixena

      Usuń
  3. Można spróbować namówić Dukaja i sprawdzić. :-)

    OdpowiedzUsuń