niedziela, 10 lutego 2013

Ania z Esensji czyta 5, czyli rachunek sumienia


Osobliwy dom pani Peregrine
Klimatyczna i pomysłowa okładka oraz początek obiecują znacznie więcej, niż ostatecznie dostaje czytelnik. Jednak w przeciwieństwie do recenzenta z Katedry nie jestem aż tak bardzo rozczarowana, bo pięknie wygrany nastrój tajemnicy wystarcza, żeby pierwszą połowę przeczytać z prawdziwą przyjemnością, a drugą, no – może z przyjemnością nieco mniejszą, ale z rozpędu nadal czyta się to całkiem nieźle. Właściwie tylko końcówka, w której dostajemy standardową rozgrywkę pomiędzy „złymi” i „dobrymi”, mnie znudziła, ale to nie wina książki, a moich specyficznych upodobań. Te „finałowe starcia” niemal zawsze mnie nudzą, co pewnie wynika z tego, że wychowałam się na kryminałach i kiedy wszystko zostało już wyjaśnione, dla mnie jest to koniec opowieści. Owszem, czasem chcę wiedzieć, KTO ostatecznie wygrał, ale kwestia JAK czyli całe to iluś-tam-stronicowe ganianie się nawzajem nic mnie nie obchodzi (w kinie to mniej więcej ten moment pod koniec filmu, kiedy popcorn się skończył, człowiekowi chce się sikać, a zły na ekranie podnosi się z podłogi po raz trzeci). Poza tym na plus zaliczam także sympatycznego, zdumiewająco „normalnego” bohatera, co w literaturze młodzieżowej wcale nie jest takie oczywiste (zazwyczaj natykam się albo na wcielone ideały albo na angstujących wyrzutków). Doceniam także obecny w narracji nienachalny i całkiem fajny humor. Mimo zastrzeżeń więc chyba jestem gotowa ostrożnie tę książkę polecić.


Echo winy
Książki Charlotte Link to wata dla mózgu – czyta się je dobrze, ale po lekturze absolutnie nic w głowie nie zostaje, ani pozytywnego ani negatywnego. Z tej pamiętam tylko, że to obyczajówka udająca momentami thriller (na pierwszym planie mamy problemy osobiste bohaterów, a na drugim ktoś morduje małe dziewczynki). Jako niezobowiązujące czytadło jest ok, choć ktoś nastawiony bardziej na sensację/kryminał może się rozczarować.


Złodziejka książek
Słyszałam sporo pozytywnych opinii na temat tej książki i, kurczę, ona naprawdę jest dobra! Zwraca uwagę nietypowy sposób prowadzenia narracji i nie chodzi już nawet o to, że narratorem jest tu Śmierć, ale o sam styl, te przerywające akcję krótkie wstawki, czy wplecione w książkę „komiksy” rysowane przez jednego z bohaterów, genialny jest też sposób, w jaki autor gra na emocjach czytelnika. Niby to coś, co już było (wojna oczami dziecka), ale jednocześnie zupełnie innego, i to na kilku poziomach: od pojedynczych zdań (niektóre metafory czy porównania są dziwne, ale zaskakująco trafne, niemal poetyckie) aż po samo ujecie tematu. Zdecydowanie warto.


Córka żelaznego smoka. Smoki Babel
Nie będę się rozpisywać, bo pewnie napiszę recenzję do „Miesięcznika”, wspomnę tylko, że „Córkę żelaznego smoka” polecam zdecydowanie (bardzo nietypowa fantasy), natomiast „Smoki Babel” wydały mi się nieco słabsze, brakuje im świeżości pomysłu, jaką ujmuje „Córka...”, historia też wyraźnie rozpada się na kilka odrębnych epizodów, które mogą wręcz funkcjonować jako samodzielne teksty (jeden z nich czytałam nawet wcześniej). Z drugiej strony, jest w „Smokach...” kilka naprawdę zaskakujących zwrotów akcji, które podnoszą ocenę.


Wróżbiarze
Autorka podpadła mi poprzednią młodzieżówką, w której opisała panienki z czasów wiktoriańskich kradnące biskupowi wino (brandy? nie pamiętam już) i urządzające sobie imprezę z chlaniem i gadaniem o chłopakach. Do „Wróżbiarzy” podchodziłam więc ostrożnie, ale, o dziwo, książka okazała się całkiem fajna. Bohaterką też jest tu zbuntowana, niestroniąca od alkoholu nastolatka, ale co zgrzytało w realiach dziewiętnastego wieku, do USA czasów prohibicji pasuje doskonale, zresztą malownicze realia (nielegalne kluby, jazz itp.) to jedna z większych zalet powieści, drugą jest główna bohaterka, dziewczyna rozpuszczona i momentami szczerze irytująca, ale na swój sposób sympatyczna. Reszta, czyli fabuła (tajemnicze morderstwa) też daje radę. Miałabym parę zastrzeżeń, np. opiekunowie bohaterki coś za łatwo godzą się na jej udział w śledztwie (jaki normalny człowiek dopuści siedemnastolatkę w pobliże zmasakrowanych zwłok?), ale czyta się to dobrze, więc można przymknąć oczy. Aha, i końcówka, wyraźnie zapowiadająca dalsze części, również wypada słabiej – szkoda, że to nie standalone.

3 komentarze:

  1. "Dom pani Peregrine" zaliczyłam do udanych, choć finał również mnie zmęczył, złożyłam to na karb mojego mijania się z targetem tej książki:-) O Link zaś od dawna mam podobne do Twojego zdanie - można przeczytać, ale wrażenia są bardzo ulotne. Mam jeszcze w planach jej najnowszą powieść (no bo... jest, i nawet znajoma autorka mi ją polecała), ale dużych nadziei sobie nie robię. Natomiast wiele obiecuję sobie po Swanwicku. Do Libby Bray trzeba dużo natomiast, żeby mnie przekonać. Kiedyś zmagałam się z jakimś potwornym cyklem o dziewczętach w jakimś internacie, który w Niemczech wzbudził masową histerię nastolatek, z miernym skutkiem...

    OdpowiedzUsuń
  2. "Córka żelaznego smoka" Swanwicka jest ciemna i niesamowita, przeczytałem zachęcony recenzją Dukaja i nie żałowałem :))) Polecam też "Stacje przypływu" tego autora - świetna rzecz.

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, "Stacje..." są rewelacyjne, bardzo polecam. Ja zresztą w ogóle bardzo lubię Swanwicka.

    OdpowiedzUsuń