niedziela, 29 grudnia 2013

Pięć dziwnych nocy wigilijnych

W ramach (po)świątecznego prezentu w dziale "Zabawki do poczytania" pojawiło się nowe opowiadanie, niedługa historia utrzymana w klimacie bożonarodzeniowej grozy (pierwodruk w magazynie Opowieści Niesamowite 1/2013). Miłej lektury. :)

piątek, 27 grudnia 2013

Lifting bloga

Ponieważ, jak wiadomo, w święta ludzie głównie się nudzą (a przynajmniej ja się nudzę...), w ramach rozrywki zrobiłam "Zabawkom..." mały lifting. Opowiadania w antologiach wrzuciłam na jedną stronę plus dodałam tam trzy najświeższe (z "Pożądania", z "Roku po końcu świata" oraz z "Science fiction po polsku 2"). W zakładkach książkowych natomiast wykasowałam nieaktywne linki, a zamiast tego pododawałam fragmenty recenzji - w ramach podpimpowania sobie ego tych co bardziej pozytywnych... :-)

Mam nadzieję, że nowa, lekko zmodyfikowana wersja przypadnie Wam do gustu.

Pozdrawiam poświątecznie i przednoworocznie,

A.

piątek, 20 grudnia 2013

Pierwszy fanfik do mojej twórczości!

Autorem jest Marcin Pawełczyk, kolega z sekcji literackiej i klubu, a fanfik pokazuje, jak mógłby wyglądać świat "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu", gdybyśmy oglądali go oczami dorosłych, a nie dzieci. ;)

Za zgodą Marcina zamieszczam tekst:


Żałoba po Stalinie

Rysiek Poznański stał skołowany na środku ulicy. Nie wiedział, co to wszystko ma znaczyć.
Wielka wojna skończyła się ledwie osiem lat temu. Hitler kaput! – krzyczał z euforią jak inni. Przyszli komuniści, wyzwolili nas od burżujów i obszarników i wszystko miano zbudować na nowo – nowy lepszy świat. Były wybory, komuniści wygrali, a w lasach nadal byli partyzanci, tyle że teraz już nie z Niemcem walczyli, a z Władzą Ludową. 
Rysiek nie był głupi, czuł pismo nosem, zapisał się do partii. Nie chciał być wśród przegranych – rozstrzelanych, internowanych, czy co tam jeszcze.
I wtedy z nieba spadły anioły! Trzy dni po tym, jak zapisał się do partii! Poczuł się jak Judasz. Ojciec go wyklął, nikt z rodziny z nim nie rozmawiał. Musiał się wyprowadzić z domu, jako partyjny znalazł miejsce w hotelu robotniczym. Chciał się powiesić, ale samobójcy – matka mówiła – idą prosto do piekła. Myślał wtedy, może dobry Bóg wybaczy, że się zaparł, że do partii zapisał. Wszak Piotrowi i trzy zaparcia wybaczył?!
Komuniści mówili, że to żadne anioły, tylko agenci kapitalistów, łudzący proste proletariackie umysły. Zabobonem od WIELKIEJ IDEI chcący odwieść i z powrotem w kajdany poddaństwa zakuć z pomocą księży. 
W kraju wrzało. Nie wiedział, co robić, ale żyć jakoś trzeba było i z legitymacją, mieszkając w hotelu robotniczym, został z komunistami.
Wybuchło powstanie narodowo-religijne. Bóg miał się objawić w gromach. Apokalipsa. Upadło i to szybko.
Może skrzydlaci to naprawdę byli agenci Zachodu? Wszystko szło ku dobremu. Przezwyciężano problemy, Stalin wiecznie żywy, prowadzący ku świetlanej przyszłości…

WÓDZ – OJCIEC – ZMARŁ!
Równo rok po likwidacji powstania.
Szepty w fabryce. Domysły. Ryszard Poznański był naprawdę bardzo skołowany. Nie wiedział, co myśleć, co robić. Dostał zadanie, ale… 
Z tą żałobą miał kupę szczęścia. Ulice były puste, ani ludzi, ani samochodów. Nikt nie zaczepiał ani nie trąbił na umęczonego Ryszarda.
Ruszył, by się napić; wszystko zamknięte, został mu jeszcze jeden lokal – „U Celiny”.
„U Celiny” otwarte. U niej zawsze było otwarte. Święto, nie święto, Celinie byś nie wytłumaczył, musieliby ją zamknąć, aby i lokal był nieczynny, co mogło zresztą się zdarzyć z powodu naruszenia żałoby. 
Zajrzał i już miał się wycofać, gdy dostrzegł w kącie samotnie pijącego Gustawa.
„On pije, to i ja sobie chlapnę, a co?!” – z tą myślą ruszył w głąb pomieszczenia. Celina szybko jak szczur, do którego zresztą była podobna tak z twarzy, jak i ruchów, szybko podążyła za nim. Na tacce miała całe menu: butelkę czystej, ogórki w słoiku, chleb i musztardę. 
Ryszard wybrał ćwiarteczkę, a po chwili, a gdy już płacił, dobrał jeszcze ogórka. Celina schowała pieniądze do fartucha.
– Jakby co, tylko krzyknąć. – Odeszła za ladę.
Gustaw polał ze swojej flaszki do obu musztardówek robiących za kieliszki. Wypili w milczeniu. Ryszard przełamał ogórka i się nim podzielił. W odpowiedzi na to Gustaw znów polał. Miał przytępiony wygląd i nieobecne oczy, ale wiedział, co robi. Teraz wódka płynęła z ćwiarteczki Ryszarda i to po samiutkie brzegi.
Machnęli naraz całość i przegryźli ogórkiem. Paliło, ale nie tak jak lewizna, co mordę wykrzywia i bóle brzucha powoduje. Trunek u Celiny dawał ogień, który grzeje, a nie taki, co niszczy wzrok. 
Rysiek nie wytrzymał siedzenia w ciszy.
– Odważny z ciebie chłop, Gustaw. Ja, gdyby było pusto, to bym nie wszedł. A jak milicja obywatelska wejdzie sprawdzić, kto żałoby nie dochowuje, co powiesz? 
Gustaw otrząsnął się jak przebudzony i smutno spojrzał na Ryśka, jakby dopiero teraz go zauważył. 
– Milicja? Żałoba? Eee… Jak mi ojciec zmarli, piłem, aż mnie wynieśli i pod płot fabryki położyli.
Ryśka zatkało. Przypomniał sobie: było, jak mówił. On sam nie miałby takiego dobrego wytłumaczenia. Zaschło mu w gardle.
– To ty Josefa jak ojca traktował?! No, ja też! Wszak to ojciec nas wszystkich. – Podrapał się po karku. – Ludziska mówią, że anioły go zabiły. – Przeklął się w myśli. „Skrzydlaci, pacanie, skrzydlaci!”
– Eee tam, anioły. Widziałem, jak sąsiadów wyprowadzali z takim jednym. Lali go pałami skutego, żadnych cudów nie odprawił. Do wozu władowali wszystkich, i tyle.
– Racja, to przecież przebierańcy, agenci burżujów. Udają świętych, a ku niewoli i zatraceniu nas chcą prowadzić. – Rysiek leciał prawie jak z ulotki, z żarliwością w głosie. Rozlał ze swojej ćwiarteczki i chlapnął, nie czekając.
– Pora na mnie. – Wstał szybko i ruszył ku wyjściu.
Celina patrzyła na niego chytrze tymi swoimi oczami gryzonia. Gustaw tak żałobę obchodzi, ona, komunistka prześladowana jeszcze za sanacji, też pewnie by się wyłgała. Zaczęłaby piszczeć, że żałoba to wymysł księży, a wódz na pewno by nie chciał, aby ludzi od pracy odrywać i takie tam. Piszczałaby, aż by poszli.
Przy ścianach budynków przemykał do hotelu. Po wódce zawsze miał jaśniejszą myśl i łatwiej podejmował decyzje. Ktoś mógłby się śmiać, ale nawet chwyt i krok miał pewniejsze. Jak nie chlapnie, to ciągle o coś zahacza, a tak idzie dziarsko. W jednym z okien zobaczył światło. Nie było jeszcze tak późno, aby świecić i energię marnować. Po chwili zorientował się, że za bardzo się rusza to światło. Świece, obraz. Znał ten obraz! Anioł Stróż przeprowadzający dzieci nad dziurawą kładką. Jaki idiota coś takiego wystawił do okna, i to obstawione świecami?!
Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że to mieszkanie Jasiaka, był tam miesiąc temu na wódce!
Zimny pot wystąpił mu na plecy. Rzucił się ku klatce schodowej i po kilka stopni naraz wbiegł na piętro. Szarpnął klamkę – otwarte. Wparował do środka. Jasiak klęczał na środku pokoju, w rękach miał jakąś dużą książkę otwartą do czytania, ale oczy kierował ku górze. Gapił się z nabożnym skupieniem w okno, jakby na coś czekając. 
– Ty głupi ciulu – krzyknął Rysiek, mówiąc jednocześnie szeptem. Jak mu się taka sztuka udała? To musiał być cud.
Jasiak powoli obrócił się ku niemu. I najspokojniej w świecie z niebiańskim uniesieniem obwieścił:
– Stalin nie żyje. Cykl planety się obrócił. Pan to sprawił, a cudem jest w naszych oczach.
Zszokowany Rysiek nie wiedział, co odrzec na takie bzdury. Ale był lekko wypity, umysł mu pracował na wysokich obrotach.
– Coś ci się pochranżoliło, świętoszku. Twój Bóg mówi o miłości i przebaczaniu, a nie o zabijaniu, a te cykle planet to jakieś burżuazyjne molnomularstwo! Pewnie ci przebierani skrzydlaci nasrali ci głupot do głowy… i tyle! – Teraz już się nie hamował, krzyczał.
– Głupiś – zaperzył się Jasiak. – Słudzy Pana są już wśród nas. – Nagle coś go tknęło i spokorniał. – Dobrze mówisz, że o miłości nauczał Pan. Ale Antychryst musiał być pokonany. Świat materialny nic nie wart. Powłoka cielesna to proch. Jestem po to, by dać świadectwo prawdzie! 
– Materia nic nie warta?! – zdenerwował się Rysiek. Szybko się rozejrzał i stwierdził: – To ja zabieram ten radioodbiornik, coś na niego prawie rok składał. I co powiesz?!
Jasiak zgrzytnął zębami, lecz wystawiając obraz w oknie, był gotów na męczeństwo. Radia szkoda, ale… niech bierze! 
– Bierz, nażryj się!
Słysząc to, a i jeszcze jakieś hałasy z ulicy, Rysiek capnął radio i wyskoczył z nim na klatkę. Już słyszał podkute buty na parterze. Szybko pobiegł w górę. Ledwie zdążył. Cupnął na czwartym piętrze przy wejściu na strych i czekał z sercem pod gardłem.
Raz, dwa się uwinęli. Poznański nie miał odwagi wyglądać przez okienko, ale słyszał jak wywlekli Jasiaka, a po chwili odjeżdżający pojazd spod budynku.
„Jak mogłem nie usłyszeć ryku silnika?” – wyrzucał sobie. Odczekał do zmierzchu. Na szczęście nikt ku strychowi nie szedł. Pod osłoną nocy chyłkiem podążył do swojego hotelu. Radio zdeponował u Miruckiego na portierni, chłop nigdy nie zadawał pytań, a i mało mówił, bo w czasie wojny, jak go opatrywali, odgryzł sobie z bólu kawałek języka. Sam Rysiek poszedł do kibla. Zamknął się w środku, chwilę nasłuchiwał, czy aby kogoś nie ma w sąsiedniej kabinie. Nie było. Wyciągnął kartkę złożoną w czworo, a z kieszeni koszuli ołówek.
„Dałem radę” – pomyślał z dumą.
Wystraszył się, gdy towarzysz Niepsuj nakazał: „Przejdziecie po ulicach i sprawdzicie, jak ludzie żałobę obchodzą. Niepolitycznie, aby milicja chodziła i sprawdzała. Będzie pojawiać się tylko do interwencji. Jak cię zatrzymają, to masz innych w areszcie za język ciągnąć, co tam myślą.” 
Rysiek bał się tego zatrzymania i aresztu. Ale zadaniu podołał, a zatrzymania uniknął.

            Lokale na mieście pozamykane,
            czynne „U Celiny”.
            Ludzi nie ma.
            Gustaw był.
            Oświadczył, że on upija się w żałobę.
            Po ojcu rodzonym też pił.
            U Jasiaka obraz.
            Zatrzymany, nie zdążyłem głosić

I tu się zawahał. Czy o radiu pisać?
A może by tak na prezent ślubny dla towarzysza Niepsuja?! To była myśl, na poły genialna – ucieszył się Poznański.


Marcin Pawełczyk

wtorek, 17 grudnia 2013

Wielka promocja dla leniwych!

Dziś i tylko dziś czyli 17 grudnia w sklepie Powergraphu można kupić książki (papierowe, ebooki, pakiety itp.) po okazyjnej cenie z 40% rabatem. Jeśli komuś brakuje prezentu na święta, to dobra okazja, żeby go kupić. ;)

piątek, 13 grudnia 2013

Filmowo - grudniowo 2


Nawet mi się podobało – piszę nawet, bo zdecydownie nie jestem targetem filmu o wielkich robotach i potworach. Najwyraźniej jednak mam w sobie odrobinę wewnętrznego dwunastolatka, bo potrafiłam szczerze się cieszyć wszystkimi tymi scenami, kiedy robot wali potwora z piąchy po pysku albo bierze tankowiec i... no właśnie. Cóż, rozrywka niekoniecznie musi być mądra, czasem wystarczy, że jest efektowna – a ta jest. Na plus zaliczam jeszcze Charliego Hunnama, którego bardzo lubię. Żeby jednak nie było tak różowo: fabuła trzyma się tu konwencji jak pijany płotu, bohaterowie są odpowiednio bohaterscy oraz mają „głębię”, którą w przeciętnym hollywoodzkim filmie zapewnia „trauma z przeszłości”, przerysowani naukowcy wprowadzają niezbędne „elementy komiczne”, a wszystkie ważniejsze „zwroty fabularne” można bez pudła przewidzieć na kwadrans przed ich pojawieniem się (wiadomo, kto się z kim pokłóci, kto pogodzi i oczywiście kto na końcu przeżyje, a kto nie, ba, wiadomo nawet, jakie mniej więcej słowa padną w konkretnych scenach). Serio, uważam, że nawet przy przyjętym założeniu (hej, kręcimy film o robotach i potworach, więc proszę wyłączyć mózgi!) dałoby się wprowadzić do „Pacific Rim” odrobinę oryginalności czy zaskoczenia. Z drugiej strony cała ta sztampa podana jest na tyle zręcznie, że w czasie seansu nie boli i w połączeniu z malowniczością poszczególnych scen daje całość zaskakująco sympatyczną.

Recenzje czytałam raczej niepochlebne, ale film nie jest taki zły. Co prawda to, co według scenarzystów miało być główną niespodzianką, było oczywiste od początku, a intryga w pewnym momencie chyba trochę pogubiła się w kolejnych zakrętach, ale oglądałam z zainteresowaniem prawie do końca. Prawie, bo finał, gdzie jest już praktycznie sama nawalanka, szczerze mnie wynudził. Na plus: ładna Japonia, parę humorystycznych scen oraz goła klata Hugh Jackmana nader hojnie prezentowana widzom. Na minus... Szczerze mówiąc, nie wiem, czy największym problemem tego filmu nie jest przypadkiem fakt, że Volverine chyba za bardzo nie nadaje się na pierwszoplanową postać kina akcji. W grupie innych X-Menów (nawet na czwartym planie jak w „Pierwszej klasie”) błyszczy charyzmą, ale jako samotny bohater okazuje się kolejnym gburowatym twardzielem z tajemniczą przeszłością, który, jakżeby inaczej, wcale-nie-jest-tak-wredny-jak-by-się-wydawało. Filmów o tego typu postaciach było mnóstwo i ten nie jest ani specjalny lepszy, ani gorszy niż większość z nich.

Zaczyna się jak trochę jak obyczajówka, wiecie, o modnym ostatniu dorastaniu czterdziestolatków, zderzeniu młodzieńczych marzeń z szarą rzeczywistością dorosłych i takie tam. Lecz ponieważ od początku film jest cokolwiek mało poważny, a poza tym zrobił go przecież Edgar Wright, twórca „Wysypu żywych trupów” oraz „Hot Fuzz”, widz spodziewa się, że być może wymienione wyżej problemy nie są jednak głównym tematem. I faktycznie: w pewnym momencie następuje nagły zwrot akcji, taki z przytupem, powiedziałabym. Nie zdradzę więcej, żeby nie popsuć przyjemności tym, którzy chcieliby film zobaczyć. A warto, bo choć nie jest to komediowy poziom „Wysypu...” i „Hot Fuzz”, to „The World’s End” i tak zapewnia prawie dwie godziny dobrej zabawy.


Obejrzałam dzień po dniu najpierw drugą część „Igrzysk śmierci”, a potem drugą część „Hobbita” – i heretycko powiem, że „Igrzyska...” podobały mi się bardziej. Jasne, nie mają aż TAK fenomenalnych efektów czy krajobrazów jak film Jacksona, a w fabule momentami straszą dziury logiczne, ale za to mają sympatyczniejszych i bardziej wielowymiarowych bohaterów (Jennifer Lawrence jest absolutnie rewelacyjna, ale pozostali aktorzy też potrafią stworzyć interesujące postacie) i podczas oglądania budzą zdecydowanie więcej emocji. Hobbit za to... Po obejrzeniu pierwszej części narzekałam, że sporo scen czy wręcz konkretnych ujęć lub kwestii dialogowych wydaje mi się trochę przesadnymi nawiązaniami do „Władcy Pierścieni”, jakby twórcy doszli do wniosku, że to, co sprzedało się dziesięć lat temu, sprzeda się i teraz. W drugiej części było tego na szczęście mniej, choć też się zdarzało – ale niech tam, tym razem byłam już przygotowana. Rok temu marudziłam też, że „Hobbit” nie wie, czym właściwie chciałby być: czy komedią familijną śmieszącą dzieciaki smarkaniem w hobbita, czy może poważnym i epickim filmem dla dorosłych. W drugiej części na
szczęście fabuła jest bardziej wypośrodkowana, nie ma już z jednej strony odjazdów w stronę żartów à la wczesna podstawówka, a z drugiej – w stronę przygniatającego patosu. Powinno to filmowi wyjść na dobre, ale, kurczę, po namyśle chyba jednak wolę poprzednią część. W pierwszym „Hobbicie”, owszem, zdarzały się momenty, kiedy z zażenowania miałam ochotę wpełznąć w kinie pod fotel, ale zdarzały się też sceny chwytające za serce, dla których warto było do tego kina pójść. W „Pustkowiu Smauga” wszystko jest jakieś takie... letnie, nic tu szczególnie nie irytuje, ale też nic w sumie nie zachwyca. Jako przygodówka sprawdza się nieźle: jest parę malowniczych scen i dużo biegania (zwłaszcza w drugiej połowie), co czwarty z krasnoludów nawet daje się odróżnić od reszty (pozostali to „ten gruby”, „ten w śmiesznej czapce” itp), a dwóch plus oczywiście Bilba szczerze polubiłam – więc jest ok. Choć nie wiem, czy najciekawszym przeżyciem podczas seansu nie było przypadkiem tłumaczenie elfickich dialogów na polski via czeskie napisy...

środa, 11 grudnia 2013

Książkowo - grudniowo


Mam problem z tą książką, bo to w dużej mierze ciąg dalszy „Upiorów”, które czytałam, lecz niewiele z nich pamiętam (pamięć mam dobrą, ale krótką, jak to mówią). Co prawda śledztwo jest nowe (morderca polujący na policjantów, którzy zawiedli i nie wyjaśnili przydzielonej im sprawy), jednak autor co rusz odwołuje się do wydarzeń z wcześniejszych książek, a kilka wątków to bezpośrednie kontynuacje – kto więc zdążył zapomnieć, o co w poprzednich tomach chodziło, ten może mieć niejaki kłopot ze zrozumieniem intrygi, zwłaszcza że ta jest wielowątkowa i dość skomplikowana. Ponadto motywacja ujawnionego pod koniec mordercy nieszczególnie mnie przekonała, a Nesbo trochę zirytował, bo kilkakrotnie stosuje ten sam chwyt, w niemal identyczny sposób zwodząc czytelnika (za pierwszym razem jest to fajne, za trzecim już niekoniecznie). Poza tym jednak powieść trzyma poziom, Nesbo wciąż wie, jak budować napięcie i tworzyć ciekawych bohaterów. Jest to więc pozycja godna polecenia, choć raczej dla fanów serii.

Trzecia i moim zdaniem najlepsza część „Teatru węży”, która ładnie domyka wątki, pozostawiając jednak parę furtek do ewentualnej kontynuacji. Pora więc na małe podsumowanie, za co ogólnie lubię ten cykl. Po pierwsze, świat, który łączy w sobie pełne rozmachu dark fantasy z elementami jak ze staroświeckiej powieści grozy i odrobiną steampunku, po drugie - intrygujący główny bohater (mam słabość do takich typów), po trzecie wreszcie fakt, że to jest zwyczajnie bardzo dobrze napisane. Teksty o Krzyczącym dają czytelnikowi mnóstwo frajdy, jaka zazwyczaj związana jest z czystą rozrywką (efektowna magia, napięcie, tajemnice itp.), a z drugiej strony jest w nich coś więcej. Zazwyczaj w tego typu utworach zagrożenie dla bohatera jest bardzo umowne: autor udaje, że może mu zrobić krzywdę, czytelnik udaje, że to tak na serio... Tu zagrożenie jest przez cały czas realne, do tego stopnia zresztą, że w pewnym momencie wręcz bałam się wrócić do lektury. W zasadzie wszystkie teksty o Krzyczącym, nawet te, które kończą się dobrze, są posępne, a przynajmniej mocno melancholijne, co niespecjalnie pasuje do definicji „czystej rozrywki”. A wracając do „W mocy wichru” – bonusowo, prócz tego, o czym pisałam wyżej, czytelnik dostaje tu naprawdę fajnie, wiarygodnie poprowadzony wątek romansowy. Pomarudzić mogę właściwie tylko na jedno – mianowicie nie przepadam za Anavri. Wiem, że biorąc pod uwagę czynniki, jakie ją ukształtowały (urodzenie, wychowanie), ta dziewczyna ma wszelkie prawo taka być, ale i tak przez cały czas miałam ochotę nią potrząsnąć, mówiąc: „Weź ty się wreszcie ogarnij...”.

Kocham kryminały, a kryminały typu „zamknięta przestrzeń, trup i ograniczona liczba podejrzanych” wielbię w szczególności. A jednak „Głowy Niobe” mimo najszczerszych chęci nie zdołałam skończyć. Starałam się, naprawdę, pełznąc niczym żołnierz przez okopy wroga, by wreszcie skapitulować na jakieś 150 stron przed końcem. Nie wiem, może przykładam do tej książki złą miarę, bo sporo wskazuje, że to miała być powieść humorystyczna, nie należy więc oczekiwać szczególnej logiki czy prawdopodobieństwa, ale coś takiego powinno przynajmniej bawić, prawda? Tymczasem „humor” ogranicza się tu do zachowań postaci, które zamknięte sam na sam ze zwłokami wyczyniają z nimi dziwaczne rzeczy (brakuje tylko, żeby odciętą głową zagrali w piłkę) oraz żenujących dowcipasów głównego bohatera, Mario Ybla. Ten miał być chyba kimś w rodzaju ironizującego Philipa Marlowe’a, ale autorce wyszedł jedynie antypatyczny, bucowaty cham (czy może chamowaty buc, wszystko jedno), w dodatku z syndromem Kaja, tego z bajki Andersena. Kajowi, przypominam, do oka wpadł okruch lodu, przez co chłopiec wszystko postrzegał jako nieładne. Ybl cierpi na to samo, co w kryminale jest nawet niezłym pomysłem, ale, na Boga, taką „brzydotę świata” trzeba jakoś opisać: posępnie, z nastrojem, pomysłowo, no jakkolwiek ciekawie. Tymczasem w „Głowie Niobe” polega to na bezustannym powtarzaniu, że na korytarzach cuchnie pastą do podłóg, starszy pan śmierdzi, a jedna z bohaterek ma tłuste włosy. Aha, i oczywiście w mniemaniu głównego bohatera wszyscy prócz niego są idiotami. Ybl nie zamierza słuchać cudzych pomysłów na to, kim może być morderca i w jaki sposób dobiera ofiary, nawet gdyby od tego miało zależeć jego życie – bo po co, przecież z założenia ludzie to debile i gdzie im tam do niego. Serio, chyba żadnej innej postaci literackiej tak serdecznie nie życzyłam gwałtownego zejścia, najlepiej w jakichś wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach.

Krótka, do tej pory w Polsce niepublikowana powieść, zamieszczona w wydaniu specjalnym Nowej Fantastyki. Tym razem Zelazny bawi się konwencją kryminału i grozy (przede wszystkim grozy, i to zarówno literackiej, jak i filmowej), a przy tym funduje czytelnikom strasznie fajną, wciągającą opowieść z mnóstwem zwrotów akcji i przesympatycznymi bohaterami, którymi są... zwierzęta. Zelazny był mistrzem takich pozornie prostych, a przecież mocno przewrotnych pomysłów; był też mistrzem dialogów i tworzenia w jednym-dwóch zdaniach przekonujących postaci. Podobało mi się tu właściwie wszystko. Zresztą, czyż można nie kochać książki, w której pies obiecuje kocicy, że postawi jej drinka z kocimiętki? ;)


Koncepcyjnie to książka zapożyczona mocno u Dicka („Człowiek z Wysokiego Zamku”), ale i tak mi się podobało, choćby dlatego, że autor stawia mniej na pomysł, a bardziej na niepokojąco duszny klimat rzeczywistości, która rozłazi się w szwach, i nie daje przy tym ostatecznych odpowiedzi – możemy jedynie domyślać się, co właściwie się wydarzyło i kim tak naprawdę jest główny bohater. A napisane to jest oszczędnym, eleganckim, a przy tym nastrojowym językiem. Kilka scen wręcz mnie zauroczyło (np. duchy widziane w załamaniu światła na kroplach deszczu). I właściwie jedynym problemem, jaki mam z „Osamą”, jest to, że moim zdaniem ta powieść nie pasuje do Uczty Wyobraźni, brakuje jej bowiem rozmachu i oryginalności poprzednich pozycji  z serii. Jeśli jednak ktoś nastawi się na lekturę bardziej kameralną, nie powinien być zawiedziony.

środa, 4 grudnia 2013

Filmowo - grudniowo


Nie wiem, może gdybym obejrzała to w kinie, zdanie miałabym odmienne, ale oglądany na małym ekranie film jest słaaaby. Fabuła jest boleśnie przewidywalna, Kirk na dowódcę czegokolwiek nadaje się jak ja do baletu, a mimo tego z niepojętych powodów szefostwo się gościem zachwyca i „wierzy w jego potencjał”. Spock, który był jasnym punktem pierwszej części, tutaj przypomina niemrawy klocek i nawet jakby zbrzydł (chlip), a teoretycznie emocjonujące momenty albo pozostawiały mnie doskonale obojętną, albo wręcz budziły lekkie zażenowanie. Film ratuje do pewnego stopnia  Benedict Cumberbatch, ale obawiam się, że to jedyna zaleta. Jedynka mi się podobała, bo była zabawna, w dwójce humoru jest tyle, co życia w reanimowanych zwłokach. Trójkę chyba sobie daruję.

Niesamowity film, i to pod kilkoma względami: przede wszystkim wizualnym oraz emocjalnym. „Grawitacja” została stworzona po to, żeby oglądać ją w 3D, każdy inny rodzaj seansu w drastyczny sposób ją zuboży. Poza tym dawno nie zdarzyło mi się, żebym tak przejmowała się perypetiami bohaterów; wczucie się w akcję było tu niemal fizyczne i kiedy Matt i Ryan obijali się o kolejne części stacji, byłam święcie przekonana, że wyjdę z kina z siniakami. Co ciekawe, dziełu Cuaróna udaje się być jednocześniej efektownym i mniej więcej realistycznym. Jest tu parę hollywoodzkich z natury chwytów, ale nawet one rozegrane są inteligentnie i tak, że nie psują, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej podkreślają siłę oddziaływania „Grawitacji”. Naprawdę piękny, przejmujący i po stokroć wart zobaczenia film.


Pod względem czystej „fajności” pojedynczych momentów film jest świetny, mnóstwo tu scen efektownych i/lub klimatycznych. Do tego oczywiście niezbędne w każdym blockbusterze elementy komediowe, udane i zręcznie wplecione w akcję (czasem mam wrażenie, że w Hollywood odkryli jakiś algorytm do wrzucania takich dowcipów). Tyle że satysfakcjonujące elementy nie chcą ułożyć się w satysfakcjonującą całość. Ta historia jest boleśnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu („atakują nas źli, musimy ich pokonać” – serio?). I naprawdę wolałam, kiedy w poprzednich częściach „złym” był Loki, przynajmniej chłopak ma jakąś motywację a nie „chcę zniszczyć świat, bo tak”. Można argumentować, że się czepiam, większość filmów superbohaterskich to proste kawałki i nie o oryginalność w nich chodzi, ale zazwyczaj udaje mi się choć trochę przejąć bohaterami, a w „Thorze” – ni chuchu. Jedynie sceny z Lokim potrafią wywołać jakieś emocje (zaczyna mi się podobać Hiddleston, ratunku!).  W sumie więc druga część „Thora” to kolorowa guma do żucia dla oczu, malownicza, miejscami szczerze zabawna nawalanka, o której za parę dni nie będę pamiętać.
A propos tego ostatniego, z rozmów poseansowych:
Ja: Mam problem z tymi wszystkimi avengersowymi filmami, bo po dwóch dniach zapominam, o co w nich chodziło...
Cydienne (z niezmąconym spokojem): Dlatego właśnie należy oglądać je po sześć razy.

Szczerze mówiąc, nawet mi się nie chce o tym filmie pisać. Nie dlatego, żeby był zły, tylko dlatego, że jest tak bardzo przeciętny. Niby wszystko jest tu na swoim miejscu: młody i przystojny bohater, któremu powinniśmy kibicować, efektowne sceny akcji, momenty „wzruszające” oraz malownicze kosmiczne scenerie – i na pewnym poziomie to jest zrobione naprawdę nieźle, z mechaniczną sprawnością made in Hollywood. Nie ma w tym jednak serca ani duszy, o odrobinie oryginalności nawet nie wspomnę. Co gorsza, nie ma też humoru i dystansu, który czasem potrafi uratować podobne produkcje. Po „Dystrykcie 9” spore rozczarowanie – Neilla Blomkampa stać na znacznie więcej.


Obejrzałam, bo miałam nadzieję, że to BĘDZIE zły film. I zawiodłam się, „Miasto...” faktycznie jest kiepskie, ale nie w sposób, na jaki liczyłam. A dla ścisłości: myślałam, że będzie zabawnie, a było tylko nudno. Książki broniły się do pewnego stopnia humorem, a czytelnik mógł sobie wyobrażać, że Jace jest naprawdę przystojnym chłopakiem. W filmie zabawnie dialogi zostały mocno zredukowane, zaś aktor grający Jace’a... yyy... powiedzmy, że pod względem urody wolę już sparklącego Edwarda (nie sądziłam, że kiedyś to napiszę). A jako wisienka na czubku tego niezbyt świeżego tortu Jonathan Rhys Meyers w roli kiepskiej podróby Voldemorta oraz Vadera w jednym. Szkoda oczu.

niedziela, 1 grudnia 2013

Grudniowe aktualności

Garść najnowszych wiadomości:

  • W dniach 5-8 grudnia będę w Jastrzębiej Górze na Nordconie.
  • Szóstego grudnia do księgarni trafi trzecia (i ostatnia) część "Przedksiężycowych". Przedpremierowo można książkę kupić w sklepie Powergraphu. Jest też już dostępny cały pakiet.
  • Jest pierwsza recenzja "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu". Inne opinie można poczytać tu.
  • I jeszcze jedna recenzja, tym razem antologii "Science Fiction po polsku 2", w której znajduje się moje opowiadanie "Miasteczko".
  • Na portalu FUNtastyka wystartował konkurs, w którym główną nagrodą jest "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" z moim autografem. Zachęcam do udziału!



piątek, 22 listopada 2013

Refleksje o pisaniu 5

Tym razem o wydawaniu książek własnym sumptem

Po ostatnim Falkonie, kiedy na spotkaniu z Jackiem Komudą padło pytanie „Czy warto wydać sobie samemu książkę, a potem iść z nią do normalnego wydawcy?”, naszła mnie ochota, żeby napisać parę słów o self-publishingu. Nie żebym udawała wielkiego znawcę księgarskiego rynku – bo nim nie jestem – ale po dziesięciu latach pisania i wydawania jakieś tam pojęcie mam. Niemniej proszę czytelników, żeby potraktowali niniejszy wpis bardziej jak garść luźnych refleksji niż jak głęboką analizę zjawiska, jakim jest self-publishing.

Od razu też zaznaczam, że pisząc „self-publishing”, mam na myśli zarówno książki wydawane przez samych autorów, jak i te publikowane przez wydawnictwa z autorskim (współ)finansowaniem – wiem, że to nie to samo, ale problemy generuje podobne, więc pozwolę sobie na pewne uproszczenie.

A teraz do rzeczy: nie jestem przekonana do self-publishingu ani jako czytelniczka, ani jako autorka. I uprzedzając od razu ewentualne zarzuty oburzonych: bynajmniej nie uważam, że wszyscy selfowie to grafomani. Sama znam kilka opublikowanych w tym obiegu książek, które spokojnie mogłyby wyjść np. w Fabryce Słów i  nikt nie zauważyłby różnicy. Jednak w moim przekonaniu lepiej jest wydać książkę normalną drogą, nawet gdyby miało się to wiązać się z dłuższym oczekiwaniem czy koniecznością mozolnego dobijania się do kolejnych wydawnictw. Co ciekawe, mam wrażenie, że spora część selfów publikuje w ten sposób nie dlatego, że zwyczajni wydawcy ich odrzucili, tylko ponieważ nie wiedzą, że można inaczej. Serio. Byłabym bogata, gdybym dostawała 10 zł. za każdym razem, gdy na konwencie podchodzi do mnie człowiek (najczęściej młody) i pyta, ile zapłaciłam za wydanie swoich książek, a po informacji, że nic i że to mnie płacą, robi wielkie oczy, ja zaś zyskuję 10 punktów do zajebistości oraz szacun na dzielni.

Wszystkim tym ludziom oraz innym potencjalnym self-publisherom dedykuję sześć powodów, dla których nie warto samemu wydawać książek:

1. Spora część czytelników jest wobec self-publisherów nieufna, wychodząc z założenia, że lepiej zainwestować pieniądze w autora „sprawdzonego”, czyli takiego, który przeszedł proces selekcji w normalnym wydawnictwie, niż w delikwenta, który wydał książkę, bo go na to stać. I trudno się temu dziwić. Kupowanie książek z normalnego obiegu a kupowanie książek self-publisherów jest trochę jak zakupy w sklepie kontra zakupy na dzikim targowisku. W sklepie możemy wprawdzie dostać towar gorszej albo lepszej jakości, jednak zdecydowana większość oferty jakieś tam podstawowe standardy spełnia. Na targowisku czasem upolujemy fajną „okazję”, ale częściej natkniemy się na straszliwego bubla – bo tych jest więcej.

2. Autor wydany normalnie, nawet jeśli po publikacji wszyscy jego dzieło skrytykują, zawsze może sobie powiedzieć: „OK, ale przecież wydawca przyjął to druku i co więcej, zainwestował własne pieniądze, więc nie mogę pisać aż tak źle”. Self-publisher w podobny sposób pocieszyć się nie może   on nigdy nie będzie wiedział, czy argumentem na „tak” dla wydawcy był wysoki poziom książki, czy może grubość autorskiego portfela.

3. Mało kto robi tą metodą literacką karierę – i to zarówno w sensie finansowym, jak i prestiżowym (wystarczy przejrzeć listy bestsellerów czy utworów w taki czy inny sposób nagrodzonych).

4. Utwory self-publisherów nader często pozbawione są redakcji. Fakt, niektórym książkom i najlepszy redaktor nie pomoże, ale część selfowych powieści mogłaby być lepsza, gdyby przed wydaniem trafiły na kogoś przytomnego, kto powie, co poprawić. I bywa, że całkiem zdolny autor zamiast zbierać zasłużone laury, musi znosić docinki czytelników nabijających się z kiksów językowych czy przeróżnych nielogiczności. Nie jest to najlepszy pomysł na literacki start.

5. Książki self-publisherów z reguły mają słabą dystrybucję, bo autor albo sam musi zadbać, żeby znalazły się w księgarniach (co proste nie jest), albo uzależniony jest od wydawcy, któremu na sprzedaży szczególnie nie zależy – on przecież już zarobił na autorze.

6. Książki self-publisherów mają również słabą promocję, gdyż jak wyżej: albo autor zadba o nią sam, albo musi liczyć na wydawcę, który reklamowanie autora ma w nosie.

Ponieważ jednak jestem relatywistką i zawsze staram się patrzeć na problem z różnych stron, rozumiem także argumenty tych, którzy na self-publishing się zdecydowali. Powody mogą być różne:

1. Istnieje teoria mówiąca, że „każda dobra książka znajdzie prędzej czy później wydawcę”. Nie jestem pewna, moim zdaniem książka może mieć pecha albo być niezłą, ale zbyt niszową, ale mniejsza z tym – ważne, że nawet gdyby teoria była prawdziwa, to w przypadku, kiedy w grę wchodzi raczej „później” niż „wcześniej”, niektórzy autorzy mogą zwyczajnie stracić cierpliwość. Jestem w stanie zrozumieć zdesperowanego twórcę, który po trzech-czterech latach pielgrzymowania od wydawcy do wydawcy wreszcie decyduje się wydać sam.

2. Nie każdy autor chce od razu robić wielką literacką karierę niektórym wystarcza, że zobaczą swoje dzieło wydrukowane, dostaną kilka pozytywnych recenzji na blogach i/lub zyskają wąski, ale wierny krąg czytelników.

3. Zachęcony pozytywnym odzewem czytelników self-publisher tym chętniej napisze kolejną książkę – i tę być może już uda mu się wydać normalnie.

4. Self-publishing bywa trampoliną do wydania normalnego. Znam przypadki, kiedy autor sam wydawał sobie powieść, zyskiwał popularność, po czym przejmował go zwyczajny wydawca i książka wychodziła jeszcze raz, tym razem z normalną redakcją, dystrybucją, reklamą itp. Zdarza się nieczęsto, ale się zdarza.

Poza tym część argumentów „przeciw” da się zminimalizować przy pomocy odpowiednich działań. I tak:

1. Argument nr 1 można obejść, publikując w normalnym obiegu opowiadania. Wtedy nieufny czytelnik pomyśli sobie: „OK, gość może i wydaje sam sobie książkę, ale wcześniej tekst puściły mu »Nowa Fantastyka« i »Esensja«, więc chyba umie pisać”. Jeśli natomiast tego próbowaliśmy i zostaliśmy odrzuceni, to zastanówmy się, czy koniecznie chcemy uszczęśliwiać świat swoją twórczością. Jedna książka czy opowiadanie z takich czy innych względów mogą mieć pecha, ale jeśli od dłuższego czasu rozsyłamy swoje utwory po wydawcach/czasopismach i nigdzie nas nie chcą, to najprawdopodobniej z naszym pisaniem jest coś nie tak. Wiara w siebie jest miła i generalnie pożyteczna, ale nie zawsze przekłada się na talent czy umiejętności.

2. O redakcję (argument nr 4) można zadbać samemu. Niestety, najczęściej wiąże się to z dodatkowymi kosztami – no chyba że szczęśliwym trafem autor ma akurat znajomego redaktora, który będzie skłonny popracować nad dziełem za darmo. Dobrze byłoby jednak, żeby był to redaktor z prawdziwego zdarzenia, a nie koleżanka, która poprawi, bo w szkole miała piątki z polskiego.

3. Jeśli autor jest pomysłowy i energiczny, to i z promocją (argument nr 5) poradzi sobie we własnym zakresie – bo jeśli decydujemy się wydać sami książkę, to musimy w jakiś sposób zwrócić na nią uwagę czytelników. Najpopularniejszą metodą jest rejestrowanie się na różnych forach i zakładanie tam tematów „Zapraszam do czytania mojej nowej książki!” czy coś w tym rodzaju, jednak to słabo działa (nie wydaje mi się, żeby bywalcy takich miejsc byli zainteresowani dziełami obcych autorów, zwłaszcza takich, którzy przyszli na forum wyłącznie po to, żeby się pochwalić wydaniem). Trzeba więc wymyślić coś innego. Mnie nie pytajcie, co. Nie mam pojęcia – autopromocja nigdy nie była moją mocną stroną. :)

niedziela, 17 listopada 2013

Przedksiężycowi, tom III

Jest już projekt okładki trzeciego tomu "Przedksiężycowych" - książka będzie wyglądała, jak na obrazku obok. Planowana data wydania: 6 grudnia, czyli w sam raz na Mikołaja. :-) A 27 listopada zapraszam na spotkanie przedpremierowe z moim udziałem, w warszawskiej "Grawitacji" będzie można kupić książkę jeszcze przed pojawieniem się w księgarniach.

Znaczy, mam nadzieję przynajmniej, że będzie to 27.11 w "Grawitacji", gdyby się coś miało zmienić, dam znać.

Zapraszam!

piątek, 15 listopada 2013

Książkowo - listopadowo


Zaczyna się nieźle, bo od seryjnego mordercy wykańczającego całe rodziny, liczyłam więc na porządny thriller, jednak im dalej, tym było gorzej. Napięcie z początkowych stron rozpływa się w kolejnych opisach Straszliwych Traum oraz Dziecięcych Nieszczęść, a co gorsza, nagle pojawia się metafizyczne mambo-jambo vel ględzenie o starych duszach prześladowanych przez negatywną energię czy jakoś tak. Właśnie, a propos traum: w tej książce niemal każdy ma za sobą jakieś straszliwe przeżycia, jedyny wyjątek to policjantka – główna bohaterka, która dla odmiany jest niezaspokojona seksualnie i na każdego faceta patrzy pod kątem ewentualnego przelecenia. Cóż, jest to przynajmniej oryginalne, choć czasem jednak trochę irytujące. Do końca dojechałam tylko siłą rozpędu.


Po „Smoku Griaule’u” myślałam już, że Lucius Shepard nie jest autorem dla mnie, jednak trójpak „Modlitewnik...” był pozytywnym zaskoczeniem. Autor pisze gawędziarsko, skupiając się na klimatycznych drobiazgach, co jest i słabością, i siłą jego prozy. Słabością, bo nie ukrywam, że w paru momentach miałam uczucie nieco przesadnej rozwlekłości (np. pierwszej połowie „Viatora” dobrze by zrobiło lekkie przycięcie). Siłą, bo to literatura oparta nie na akcji, a na nastroju, senna, leniwa i melancholijna opowieść (czy raczej: trzy opowieści, choć kilka motywów jest wspólnych) mówiąca o świecie, w którym spod zwyczajności zabitych dechami miasteczek wyziera zupełnie inna rzeczywistość, fascynująca i pełna grozy zarazem, jak dotknięcie na ulotną chwilę jakiejś odwiecznej tajemnicy. Właśnie w takich momentach Shephard jest najlepszy, bo fragmenty czysto fantastyczne wypadają już odrobinę słabiej. Całość zdecydowanie warta przeczytania.

Przeczytałam tę książkę błyskawicznie (króciutka zresztą jest) i z przyjemnością, jednak po lekturze niewiele mam do napisania. Owszem, czytało się fajnie, owszem, jest tu ładny, trochę nostalgiczny nastrój – jak to u Gaimana – i jest sporo malowniczej magii, ale to wszystko jakieś takie... jednorazowe, mało w sumie angażujące, a przede wszystkim powtarzające motywy znane z wcześniejszych dzieł brytyjskiego pisarza. Poza tym nie mam pewności, dla kogo właściwie ta powieść jest: starszym może wydawać się zbyt prosta, wtórna i błaha (mimo kilku celnych przemyśleń o życiu czy dorosłości), z kolei dzieciakom mogą przeszkadzać wstawki z dorosłym narratorem, mała aktywność dziecięcego bohatera (chłopiec jest ciągle ratowany przez starszych i mądrzejszych) czy fakt, że magia opiera się tu bardziej na nastroju niż na jasnych regułach jak w powieści przygodowej. Może więc to książka dla dorosłych, którzy wciąż pielęgnują swoje wewnętrzne dziecko? To by miało sens, choć naprawdę wolałabym, żeby Gaiman wreszcie napisał książkę dla dorosłych, kropka.












„Sapkowski na czwórkę” tak mogłabym podsumować tę książkę, czyli słabiej niż w pięcioksięgu i opowiadaniach, ale zdecydowanie lepiej niż w „Żmii”. Czyta się dobrze, język wreszcie pasuje do świata i postaci (w „Żmii” nie pasował), jest ciekawie i miejscami zabawnie (choć wielu zapadających w pamięć one-linerów nie ma), znajdzie się też parę malowniczych, klimatycznych scen. Na co więc można narzekać? Chyba tylko na fabułę, która momentami sprawia wrażenie zmierzającej donikąd; niby jakieś ramy konstrukcyjne są, ale to bardziej kilka luźno powiązanych „przygód wiedźmina na szlaku” niż pełnoprawna powieść. Mimo to jednak warto.




Mam słabość do tego cyklu z kilku powodów. Pierwszym jest sympatyczny główny bohater, Harry Dresden, mag o mentalności rycerza spieszącego na pomoc damom w opałach (literacki ewenement, czyli bardzo dobrze zrobiony bohater zdecydowanie pozytywny), drugim styl z dużą ilością humoru (Dresden mówiący po łacinie, której nauczył się na kursach korespondencyjnych, ujął mnie szczególnie), a trzecim fakt, że jeśli chodzi o poziom skomplikowania oraz „fajności” intryg, seria trzyma równy, wysoki poziom. Poza tym miło przeczytać tę powieść w nowym, lepszym tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Polecam cały cykl.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Konkurs - rozstrzygnięcie

Napisałam, że rozstrzygnięcie konkursu będzie w poniedziałek po powrocie z Falkonu, pora więc wywiązać się z obietnicy.
Nie przewidziałam jednak, że uczestnicy będą wymieniać zarówno książki, które czytałam, jak i te, których nie znam (jakieś zaćmienie miałam) i że ciężko mi przyjdzie porównać jedne z drugimi, dlatego zdecydowałam, że nagrody będą dwie: jedna dla uczestnika, który wymienił książkę, którą czytałam i z którym się zgadzam, oraz druga dla uczestnika, który przekonał mnie opisując książkę nieznaną.

Jeden egzemplarz "Tajemnicy..." wędruje do Pawoliny, a drugi do Misiaela.

Zwycięzcom gratuluję i od razu proszę o podanie adresu do wysyłki (na adres: anneke@poczta.onet.pl) oraz informację, czy książki mają być z autografem/dedykacją (jakąś konkretną?).

Dzięki wszystkim za tak szeroki odzew i wzięcie udziału w zabawie. :)

środa, 6 listopada 2013

Tajemnica Diabelskiego Kręgu - konkurs


Jak widać na załączonym zdjęciu, "Tajemnica..." jest już do kupienia w Empikach (zdaje się nawet, że leży na nowym Sapkowskim :-), z tej okazji więc ogłaszam mini-konkurs. Pytanie brzmi: "W której książce młodzieżowej motyw wybrańca został najbardziej oryginalnie wykorzystany?" Odpowiedzi (tytuł + krótkie uzasadnienie) proszę wpisywać w komentarze. Autor tej, która wyda mi się najciekawsza/najbardziej przekonująca, dostanie ode mnie egzemplarz "Tajemnicy...".
Czas: powiedzmy do poniedziałku w przyszłym tygodniu, bo wtedy wracam z Falkonu i we wtorek mogę już zwycięzcy książkę wysłać.

Mam nadzieję, że przynajmniej parę osób się skusi i coś napisze, bo inaczej książki będą mi zalegać w szafie. :P

piątek, 1 listopada 2013

Listopadowe aktualności


6 listopada będzie miała miejsce premiera "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu". Z tej okazji Uroboros ogłosił konkurs, w którym można wygrać egzemplarz książki.
Szczegóły tu.

7 listopada o godzinie 18:00 zapraszam wszystkich do CENTRUM KULTURY KATOWICE im. KRYSTYNY BOCHENEK (pl. Sejmu Śląskiego 2) na spotkanie z autorami z Katowic oraz okolic.

Będą:
1. Romuald Pawlak
2. Michał Cholewa
3. Anna Głomb
4. Tomasz Przewoźnik
5. Paweł Ciećwierz
6. moi :-)

A dzień później, czyli 8 listopada, wyjeżdżam do Lublina na Falkon. Planowane punkty programu:
sobota, godz. 12:00, "Nieporadnik młodego autora" (z Agnieszką Hałas);
niedziela, godz. 21: 00, "Warsztaty literackie" (również z Agnieszką).
Uwaga: na warsztatach w ramach zachęty przewidziane są drobne upominki dla najbardziej aktywnych uczestników. :)

Pod koniec listopada natomiast z okazji planowanej na 6 grudnia premiery 3 tomu "Przedksiężycowych" będę prawdopodobnie w Warszawie. Dokładny termin do ustalenia.

A na zachętę początek "Tajemnnicy..."



poniedziałek, 28 października 2013

Książkowo - październikowo

Książka niedoskonała, ale zdecydowanie interesująca. Na minus: autorka czasem ułatwia sobie życie np. bohaterka budzi powszechny szacunek i sympatię, choć nie ma ku temu szczególnych powodów (jest to co prawda do pewnego stopnia wyjaśnione), a część informacji trzeba przyjąć „na wiarę” (np. że za zakazany związek czekałyby bohaterkę represje), ale plusy przeważają nad minusami. Podobały mi się posępna wizja zatapianego powoli świata, oszczędny, ale nastrojowy język oraz to, że sporo pozornie dziwacznych kwestii znalazło wytłumaczenie. Poza tym im dalej w fabułę, tym jest ciekawiej, a końcówka to kawałek prawdziwie przejmującej prozy, z najlepszym i najbardziej poruszającym pomysłem czyli dziewczyną, która odzyskuje pamięć po to tylko żeby ją zaraz stracić, która żyje, buduje własną osobowość i relacje z innymi pomiędzy kolejnymi okresami ciemności. Warto.

Za każdym razem, kiedy pojawia się nowe „odkrycie” kryminału, daję się nabrać – jak w przypadku „Śnieżki”, która okazała się niezła, ale to tyle. Autorka wie, kiedy przyśpieszyć/zwolnić, gdzie podrzucić trop i w którym miejscu coś wyjaśnić, a w którym przeciwnie: zamotać, dzięki czemu niemal do końca akcję śledzi się w napięciu. Niemal, bo rozwiązanie jest słabe (dwie niezależne od siebie zbrodnie popełnione w tym samym miejscu i obserwowane przez tego samego świadka?). Poza tym nie przekonuje mnie tło (to mogłoby być dowolne miasteczko gdziekolwiek) ani postacie. Wszyscy wygłaszają adekwatne do okoliczności oraz swojego charakteru teksty, ale podczas lektury czułam się, jakbym obserwowała aktorów na scenie; co z tego, że dzieją się straszne rzeczy, skoro nie stoją za nimi prawdziwe emocje. Dla fanów gatunku.

W zależności od tego, jak na nią patrzeć, to książka albo przyzwoita albo słaba. Przyzwoita, bo King jest obdarzonym wielkim talentem fachmanem, który niezłą powieść potrafi napisać nawet po pijanemu (swego czasu zresztą to robił), a słaba – bo od takiego autora jednak oczekuje się czegoś więcej niż tylko żeby było „przyzwoicie”. Szczegółowa recenzja w najbliższym miesięczniku. 






Na loterii Poznańskich Dni Fantastyki wygrałam mały filcowy młot Thora oraz właśnie tę książkę. Po lekturze (no co, 6 godzin w pociągu, człowiek nie miał wielkiego wyboru) stwierdziłam, że filcowy młot podoba mi się znacznie bardziej... „Panowie Salem” to coś jakby literacka wersja  filmowych horrorów klasy B (albo i dalsza literka alfabetu) sprzed dwudziestu lat, fabułka jest prościutka i przewidywalna, a zamiast straszenia mamy jedynie obrzydzanie. Na plus: główna bohaterka trochę daje się lubić, a portret środowiska artystycznego ma w sobie pewien autentyzm. Jednak nie polecam.



Gdyby sprowadzić „Wśród obcych” do najprostszej formuły byłaby to kolejna opowieść o dorastaniu, znajdowaniu swojego miejsca w świecie i powodów do życia oraz radzeniu sobie z traumą. Wszystko to w powieści jest, i to naprawdę w świetnym wykonaniu. A jednocześnie książka Walton jest czymś więcej – to oryginalna fantasy (bardzo podoba mi się pomysł na nietypową i ładnie pokazaną magię), a przede wszystkim, jak to określił pewien recenzent, „list miłosny do fanów literatury SF”. Co ciekawe, właśnie to ostatnie wiele osób wymienia jako wadę. Główna bohaterka żyje książkami (głównie SF, ale nie tylko), postrzega świat poprzez pryzmat lektur, czytanie jest – dosłownie! – powodem, dla którego w pewnym momencie decyduje się nie umierać. Kolejne tytuły towarzyszą kolejnym etapom jej życia, stąd łatwo o zarzut, że „Wśród obcych” momentami przekształca się w biblioteczny spis. Coś w tym jest, powieść Walton niewątpliwie lepiej przyjmą ludzie lubiący i znający fantastykę, jednak znajomość wszystkich tych książek wcale nie jest konieczna. Ja znam może jakieś 20-30%, o pozostałych co najwyżej „gdzieś kiedyś” słyszałam, ale nie przeszkodziło mi to w cieszeniu się lekturą. Bardzo pozytywna, optymistyczna i wzruszająca powieść o miłości do książek, a także do życia ogólnie. Po trzykroć warto.

Zaczyna się nieźle: cztery morderstwa, śledztwo i posępna atmosfera wrzosowisk, czyli to, co wszyscy kochamy w angielskich kryminałach. Potem, niestety, coś się psuje – na scenę wkracza kolejna dziecięca bohaterka Grimes, równie irytująca jak wcześniejsze (wyjątek to Emma Graham), a fabuła utyka w długaśnych, dziwnych dialogach, które w założeniu miały być chyba przyjacielskim przygadywaniem, ale tłumaczenie wyszło tak sobie, przez co teraz czytelnik zastanawia się, o czym ci ludzie, na litość Boską, tak ględzą. Pod koniec na szczęście akcja przyśpiesza, niemniej ogólne wrażenia z kryminalnej intrygi są... średnie. I nie mam nawet na myśli nie do końca przekonującego wyjaśnienia, dlaczego morderca morduje, ale drobiazgi w stylu detektywów zastanawiających się, skąd zabójca wiedział, dokąd zabrać psa, podczas gdy scenę wcześniej do zajęcia się czworonogiem przyznał się świadek. Albo ja czegoś nie rozumiem, albo redaktor nad tą książką przysypiał.

wtorek, 22 października 2013

Tajemnica Diabelskiego Kręgu – przerwa na reklamę 2



Premiera „Tajemnicy...” coraz bliżej – z tej okazji dziś będzie krótka notka o młodzieżówkach ogólnie.

Lubię ten gatunek, przyznaję. Dobrze napisana młodzieżówka poziomem języka, skomplikowaniem charakterów czy fabuły nie odbiega od lżejszych pozycji dla dorosłych, a jednocześnie jest „bezpieczna”, bo można ją czytać bez obaw, że autorowi nagle strzeli do głowy wykończyć w mękach naszego ulubionego bohatera, czy zafundować czytelnikom kilkudziesięciostronicowy opis straszliwej traumy. Młodzieżówki zazwyczaj dobrze się kończą, są więc idealną lekturą na jesienną (i nie tylko jesienną) chandrę, kiedy człowiek coś by sobie poczytał, ale nie ma ochoty się dołować.

Oczywiście młodzieżówki mają też wady, a najważniejszą z nich jest mała oryginalność gatunku. Najczęściej spotykany pomysł wyjściowy: bohater/bohaterka w wieku 11-15 lat (zależy od docelowego odbiorcy książki) dowiaduje się, że jest Kimś Niezwykłym, jego/jej prawdziwi rodzice z(a)ginęli w tajemniczych okolicznościach, a on/a sam/a ma Moce oraz Misję Uratowania Świata. Męczą mnie i irytują te wszystkie magiczne sieroty o wypasionych zdolnościach, niemniej nawet w tej konwencji od czasu do czasu zdarzają się perełki.

Zaznaczam przy tym, że najbardziej interesują mnie młodzieżówki dla przedziału wiekowego 12-14 – te dla młodszych są z mojego punktu widzenia zbyt dziecinne (uproszczony styl, opisy zredukowane do minimum, sztywny podział postaci na dobre/złe), a z kolei te dla starszych zawierają już przeróżne nastoletnie problemy (męki dorastania, pierwsze miłości itp.), co mnie średnio interesuje.

Poniżej wrzucam listę dziesięciu moich ulubionych młodzieżówek, kolejność dowolna. Są to książki, z którymi zetknęłam się już jako dorosła, albo takie, które czytałam jako dziecko, a potem odświeżyłam sobie po latach i nadal mi się podobały. Pominęłam lektury mojego dzieciństwa (Szklarski), co do których nie mam pewności, jak bym dziś na nie reagowała oraz powieści, które kiedyś były pisane dla dorosłych, ale dziś traktuje się je raczej jako literaturę młodzieżową (Sienkiewicz, Dumas).

Geoffrey Huntington, Kruczy Dwór










Joseph Delaney, Kroniki Wardstone










J.K. Rowling, Harry Potter

Cyklu nie skończyłam, bo gdzieś w okolicach piątego tomu moje ulubione motywy kryminalne ustąpiły problemom okresu dorastania oraz walce ze straszliwym Voldemortem, a jedno i drugie średnio mnie kręciło, ale lekturę pierwszych czterech tomów wspominam bardzo dobrze.






Alan Bradley, Flawia de Luce










Suzanne Collins, Igrzyska śmierci










Garth Nix, Stare Królestwo

Tu będę niekonsekwentna w stosunku do tego, co pisałam wyżej, bo u Nixa akurat wątków nastoletnio-romantycznych jest całkiem sporo, ale pomysł na świat i magię, a także klimat są tak fajne, że i przeciwko młodzieńczej miłości nic nie mam.






Kerstin Gier, Trylogia czasu










Zbigniew Nienacki, Pan Samochodzik

Jedna z ulubionych lektur mojego dzieciństwa. Niedawno odświeżałam sobie „Niesamowity dwór”, moją ukochaną część cyklu, która nadal jest tak samo klimatyczna, wciągająca i zabawna jak za pierwszym razem. Ogólnie napisane przez Nienackiego „Samochodziki” dają radę, jedynie ostatnie tomy są nieco słabsze. Za to od dopisywanych przez innych autorów sequeli należy trzymać się z daleka, bo to straszna chałtura.




C.S. Lewis, cykl Opowieści z Narnii

Wiadomo – klasyka. Najbardziej lubię „Srebrne krzesło” (szkoda, że ekranizacji chyba nie doczekamy...), które ma strasznie fajny posępny nastrój (mniam), drugi w kolejności ulubiony tom to „Podróż Wędrowca do Świtu”, która z kolei kojarzy mi się jako strasznie kolorowa i pomysłowa.






Frances Hodgson Burnett, Tajemniczy ogród

Jak wyżej czyli klasyka. Nie można nie znać.









I dla odmiany młodzieżówka najbardziej rozczarowująca:

China Mieville, LonNieDyn