niedziela, 28 października 2012

Ania z Esensji czyta 2

...i kolejna porcja notek:




Rzeki Hadesu
O najnowszej powieści Marka Krajewskiego trudno powiedzieć coś odkrywczego. Popielski to niemalże klon Mocka, tło historyczne jak zawsze u tego autora odmalowane jest precyzyjnie i nader wiarygodnie, za to bohaterowie równie niezmiennie są raczej antypatyczni (Krajewski potrafi opisać dziecko w taki sposób, że czytelnik czuje do niego odruchową niechęć). Intryga tradycyjnie nie jest zbyt sensowna (zwłaszcza część fabuły rozgrywająca się po wojnie), a zakończenie... To chyba jedyna nowość, bo w finale „Rzek...” połyskuje jakby nieśmiały promyk nadziei. Poza tym oczywiście jest także znak firmowy autora czyli epatowanie „ciemną stroną życia” – w „Rzekach...” mamy nie tylko powojenny Wrocław i bohaterów, którzy stracili już chyba wszystko, co mogli stracic, ale też np. gwałt dokonany na niepełnosprawnej umysłowo czternastolatce, która zachodzi w wyniku tegoż gwałtu w ciążę. Wiem, czegoś takiego wcześniej nie było, ale znalazłyby się inne, bardzo podobne motywy – może stąd moje wrażenie, że czytam wciąż tę samą książkę. Dla miłośników prozy wrocławskiego pisarza to dobra wiadomość, pozostałych wypada ostrzec, że Krajewski jest dobry w niewielkich ilościach raz na jakiś czas, inaczej człowiek może poczuć przesyt.



Wrzawa śmiertelnych
Początek skojarzył mi się z „Kwiatami na poddaszu”, w której to książce czwórka rodzeństwa przez lata więziona jest na strychu. I wiem oczywiście, że „Kwiaty...” to powieść dla dorosłych, podczas gdy „Wrzawa...” jest młodzieżówką, ale podobieństwo i tak rzuca się w oczy. W książce Nylunda występują piętnastoletnie bliźnięta, Fiona i Eliot, wychowywane przez babcię o mentalności obozowego kapo, która zabrania im m.in.: używania kupionych w sklepie kosmetyków, spotykania się z rówieśnikami, słuchania i grania muzyki (w tym także śpiewania „sto lat” na urodziny), używania urządzeń elektronicznych takich jak telefony czy internet, czytania czegokolwiek poza słownikami, biografiami i bodajże Szekspirem... To dopiero początek listy liczącej ponad sto punktów. Aha, chłopak i dziewczyna muszą także nosić szyte przez prababcię, okropne ubrania, uczą się w domu, a na zewnątrz wychodzą tylko gdy idą do pracy w pobliskiej pizzerii. Część tych zakazów i nakazów znajduje potem uzasadnienie, nie zmienia to jednak faktu, że rodzina, opisana przez autora jako „dziwna”, wygląda raczej na patologiczną, a nastolatki biernie poddające się chorym regułom sprawiają wrażenie ofiar sekty po praniu mózgu. Mimo to (a może właśnie dlatego?) książka potrafi zaciekawić. Akcja rozwija się wolno, jest więc czas na budowanie napięcia związanego z pytaniami dlaczego babcia w tak osobliwy sposób wychowuje wnuki, jak umarli ich rodzice i kim właściwie byli (to co prawda zdradza już blurb, ale na szczęście przeczytałam go już po lekturze książki), czy też kim jest tajemniczy grajek, którego w pewnym momencie spotykają bohaterowie. Odpowiedzi na te pytania nie są zbyt oryginalne, dorośli czytelnicy pewnie odgadną wiele „niespodziewanych” zwrotów akcji, ale i tak czyta się to dobrze – zwłaszcza pierwsze kilkaset stron, kiedy nie wiadomo jeszcze dokładnie „o co tu chodzi”. Potem bywa różnie, bo zdarzają się Nylundowi pomysły całkiem interesujące (bohaterowie muszą w pewnym momencie stawić czoła potworom z miejskich legend), jak i rozwiązania bardzo banalne (jednego z tych potworów pokonują w iście bajkowym stylu). Przeszkadzać też może pomieszanie mitologii, występują tu bowiem bogowie z różnych panteonów (głównie greccy) oraz chrześcijańskie upadłe anioły (o tych, które nie upadły, słuch zaginął?). Całość oceniam jako niezłe czytadło, po które można sięgnąć, jeśli ktoś lubi ten gatunek i nie ma aktualnie na półce nic lepszego. 

środa, 24 października 2012

Ania z Esensji czyta - mały update

Gdyby ktoś był zainteresowany dłuższą recenzją "Drooda", to jest już dostępna online w najnowszym Miesięczniku . Poza tym w numerze: recenzja Achiki, relacja z Bachanaliów Fantastycznych, wieści ze świata fantastyki, zapowiedzi kinowe i inne atrakcje.

Zachęcam do poczytania. :)

niedziela, 21 października 2012

Ania z Esensji czyta...

Konrad, dobry człowiek, zgodził się, żebym wrzucała tu notki przeznaczone do działu "Esensja czyta". Poniżej więc pierwsza porcja tego, co ostatnio przeczytałam:


Drood
Kolejna rewelacyjna książka Dana Simmonsa, która, podobnie jak wcześniejszy “Terror”, utrzymana jest w klimacie grozy i wykorzystuje historyczne zdarzenia (tu: okoliczności powstania ostatniej, nigdy nie dokończonej powieści Charlesa Dickensa). Świetnie poprowadzona intryga, w której do końca nie jesteśmy pewni, kto tu właściwie przeciwko komu knuje (i czy w ogóle knuje), ani co jest realne, a co można uznać za wytwór znarkotyzowanej wyobraźni narratora – Wilkiego Collinsa. Ponadto jest to także znakomity portret literackiego światka drugiej połowy XIX wieku, zaś miłośnicy prozy z tamtego okresu znajdą tu sporo charakterystycznych wątków (mesmeryzm, tajemnicze sekty, lochy pod miastem itp.).

(Dłuższa recenzja będzie w najbliższym numerze klubowego Miesięcznika)

Magiczne lata 
… czyli rok z życia dwunastoletniego chłopca dorastającego na amerykańskim południu. Jest tu miejsce na magię, przyjaźń, pierwsze zauroczenie, odrobinę grozy, a nawet na tajemnicę, która wdziera się w życie głównego bohatera pod postacią tonącego w jeziorze, zamordowanego mężczyzny. Kto z cichego, małego miasteczka jest zabójcą? To jednak tylko jeden z wątków, opowieść McCammona to nie kryminał, a barwna kronika dzieciństwa, ze wszystkimi jego radościami i smutkami, świat dorosłych też od czasu do czasu daje znać o sobie – mamy wszak lata sześćdziesiąte, czas, gdy w powszchnym przekonaniu Ameryka traciła niewinność. I ta książka jest trochę jak dzieciństwo, które po latach wspominamy z nostalgią. Piękna, wzruszająca, niezwykła opowieść – dla każdego, kto kiedyś miał dwanaście lat i jeszcze pamięta, jakie to uczucie.


Dziwna sprawa Skaczącego Jacka
Jest tu wszystko, czego można od steampunku oczekiwać, czyli mnóstwo technicznych, niekoniecznie napędzanych parą gadżetów (niektóre ocierają się wręcz o cyberpunk), bohater będący połączeniem Allana Quatermaina z Sherlockiem Holmesem (sir Richard Burton, postać zresztą historyczna, choć o talentach detektywistycznych oryginału nic mi nie wiadomo), jest przytłaczające, wiktoriańskie miasto, w którym grasują potwory i przede wszystkim oczywiście mnóstwo przygód. Duży plus należy się Hodderowi za intrygę – wciągającą, a przy tym w ciekawy sposób łączącą tajemnicę tytułowego Jacka z powstaniem steampunkowego świata. Oryginalnym wkładem autora jest też obecna obok technologicznych nowinek bioinżynieria – w Londynie istnieją zamienione w ludzi wilki czy przenoszące listy psy. Można mieć podczas lektury takie czy inne wątpliwości (np. na ile takie genetycznie modyfikowane zwierzęta mają sens i czy istotnie rozwój techniki z powodu jednej zmiany w historii poszedłby w tak dziwnym kierunku ), jednak to książka z gatunku takich, w których wszelkie niedociągnięcia łatwo wytłumaczyć konwencją. Nie oczekujemy przecież od przygodowej, pulpowej z ducha książki żelaznej logiki czy przesadnej wierności prawdopodobieństwu, prawda? Przy takim podejściu nie przeszkadza nawet fakt, że Burton jest człowiekiem właściwie pozbawionym wad (ewentualnie jego wady opisane są tak, jakby były zaletami). Dlaczego więc mimo wszystko oceniam powieść tylko na 70%? Chyba jednak z powodu Burtona, jego doskonałość mi nie przeszkadza, ale… to po prostu nie jest bohater z gatunku tych, jakich najbardziej lubię. Wolę już poetę Algernona Swinburne’a (postać też historyczna), który, choć drobny i delikatny, świetnie się nadaje na kompana w różnych niebezpiecznych wyprawach, jest bowiem masochistą i przetrzepanie skóry przez Czarny Charakter odbiera jako wyjątkową przyjemność. Tak czy inaczej, po drugą część sięgnę na pewno.



wtorek, 9 października 2012


Skusiłam się niedawno na pilota amerykańskiej wersji współczesnego Sherlocka czyli „Elementary”. Chyba mam skłonności do masochizmu, bo już po trailerze było widać, że dobre to-to nie będzie. Choć po obejrzeniu mogę powiedzieć, że mogło być gorzej.

Jeśli patrzeć na ten serial jak na kryminał, który nie ma z Sherlockiem nic wspólnego (prócz nazwisk głównych postaci), to takie sobie dolne stany średnie, do obejrzenia i zapomnienia. Jeśli patrzeć na serial jak na kolejną adaptację Conan Doyle’a, to jest ona tak odległa od oryginału, że następnym etapem będzie już chyba Sherlock jako wiecznie zaćpany i przygłupi hipis...

Już serial Moffata i dwa ostatnie filmy kinowe mocno od oryginału odchodziły, ale tam przynajmniej scenarzyści dawali widzom w zamian coś nowego. „Elementary” natomiast, bazując na dwóch wyżej wymienionych wersjach, od siebie nie proponuje nic (a przynajmniej nic sensownego) – mamy tu Sherlocka we współczesnym świecie jak w serialu Moffata i Sherlocka zachowującego się jak inteligentne dziecko z ADHD niczym w filmach Ritchiego. Tyle że tamte Sherlocki, cokolwiek by o nich mówić, mają styl i klasę, a „Elementary” jest boleśnie nijakie. I mówię tu przede wszystkim o głównym bohaterze, którzy robi różne „dziwne rzeczy”, żeby pokazać, jaki to jest uch-ach ekscentryczny, ale ponieważ brakuje mu charyzmy Cumberbatcha czy Downeya Jr., wychodzi tylko na niezbyt sympatycznego cudaka.

Pomysł z zamianą Watsona na kobietę też mi się nie podobał (męska przyjaźń jest o wiele mniej ograna niż relacje męsko-damskie), ale skoro już zdecydowano się to zrobić, to naprawdę można było ich wątek jakoś sensowniej poprowadzić. Na końcu pilota mają się już (chyba?) lubić, ale to z niczego nie wynika (no dobra, przyznaję, może i wynika, bo na jakieś pięć minut w środku odcinka mi się przysnęło, ale nie mam ochoty oglądać tego jeszcze raz).

Maleńki plusik za to, że jednak sama zagadka morderstwa mnie trochę zainteresowała – w tym przypadku akurat, o dziwo, amerykańska podróbka wypada lepiej niż angielski oryginał, w którym scenarzyści chwilami chyba zapominali, że Conan Doyle pisał kryminały.

Ogólnie – nie polecam, chyba że ktoś naprawdę nie będzie miał nic sensowniejszego do oglądania.

sobota, 6 października 2012

Prawie bym zapomniała... na Katedrze można przeczytać wywiad ze mną, więc gdyby ktoś był zainteresowany, to zachęcam. :)

czwartek, 4 października 2012

I kolejny fragment "Czarnego" ze strony wydawnictwa.

Jutro premiera, mam nadzieję, że tym razem się uda. :)

Mój pokój, późne popołudnie. Przez otwarte okno wpadają podmuchy wiatru zbyt słabego, by dać wytchnienie od upału. Firanki falują leniwie; słońce zapala kałużę czerwonego blasku w bukowym stole. W tej świetlistej plamie piórówek i reprodukcja starej ziarnistej fotografii na stronie wydartej z książki. Oba przedmioty są błędem, szpecą zdrowe ciało świata, tak jak pryszcz szpeci dziewczęcą skórę. Jasny dowód, że jakiś gruczoł nie funkcjonuje całkowicie sprawnie, żywotne soki nie krążą w sposób doskonały. Jednocześnie nie ma to znaczenia, nie istnieje przecież organizm idealny, pryszcz w niczym nie przeszkadza zdrowemu człowiekowi.
Oczywiście piórówek jest znacznie bardziej obcy, nawet jego barwa razi jaskrawą, nieistniejącą w naturze zielenią. Dotykam go delikatnie. Stalówka jest piękna, o precyzji jej wykonania można by napisać poemat, linie są łagodne jak krzywizna kobiecych bioder, metal chwyta promienie słońca. Lecz pióro nigdy nie będzie pisać – tam, gdzie powinien się znajdować zbiorniczek na atrament, jest tylko lakierowane drewno ołówka.
Piórówek.
Biorę go w rękę. Jest chłodny, mimo iż leżał na słońcu, i cięższy, niż można by się spodziewać. Czuję w dłoni gładki kształt niemożliwości, dobiegające zza okna głosy pensjonariuszy brzmią płasko, ściany pokoju zmieniają się w teatralną dekorację. Możliwy jest świat piórówka lub świat, w który chciałabym wierzyć, ale nigdy oba naraz. Im bardziej czuję realność trzymanego w ręku przedmiotu, tym mocniej zacierają się kontury mojej rzeczywistości – myśl, że kiedyś towarzyszyłam spacerującym na zewnątrz ludziom, wydaje się odległa jak zamglone i niepewne wspomnienie z dzieciństwa. Doktor Krępiński, doktor Kemper, nawet moja Irenka – same imiona i nazwiska, puste w środku ciągi rozsypujących się liter. Szukam pociechy w znanych sprzętach: to łóżko, na którym sypiam, biurko, przy którym piszę, moja suknia przewieszona przez krzesło, buty wciąż ze śladami piasku – ale wszystko jest obce, tym bardziej obce, im bliższy staje się piórówek. Nieważne i nieprawdziwe, bo cały świat wypełnia on – mały gładki przedmiot spoczywający w mojej dłoni.
Pod wpływem impulsu podchodzę do okna i ciskam piórówkiem tak daleko, jak tylko zdołam; widzę go jeszcze przez chwilę, jak szybuje na tle ciemniejącego nieba, po czym spada w gąszcz akacji. I już. Po wszystkim. Oddycham z ulgą, rzeczywistość znów nabiera barw i głębi. Teraz dla odmiany wspomnienie sprzed kilku chwil blaknie, z każdą sekundą tracę wiarę, że trzymałam w ręku piórówek. Sama nazwa wydaje się śmieszna, może panienka w księgarni miała rację, może to było po prostu zepsute pióro?