czwartek, 27 września 2012

Pospotkaniowo

Spotkanie w Chorzowie się odbyło, było sympatycznie, z kilkoma młodymi ludźmi nawet sobie pogadałam, bo okazało się, że czytamy te same książki - widać warto być młodym duchem. :P

Serathe dziękujemy za debiut w roli prowadzącej spotkanie. :)

A z innych kwestii - Ausir przerobił opowiadania z działu "zabawki do poczytania" na ebooki (epub oraz mobi) do pobrania, jeśli więc ktoś czuje się zainteresowany, to już nie trzeba czytać ze strony. Całość tutaj:

Czwarta nad ranem

Wyszedł z tego taki mały, darmowy zbiorek, który zatytułowałam od jednego z opowiadań.

Ausirowi więc także ładnie dziękujemy. :)

A aktualnie w czytaniu - "Torebki i trucizna", książka, której bohaterka zawstydza samą Bridget Jones. W porównaniu z Haley Bridget to wyżyny rozsądku, intelektu, szerokich horyzontów & głębokich przemyśleń. Serio.


czwartek, 20 września 2012

Wolność czytania

27 września, czyli w przyszły czwartek, będę w Chorzowie na imprezie "Wolność czytania". Mam zaplanowane dwa spotkania autorskie w restauracji  Chopin (ulica Wolności 1, naprzeciwko budynku głównego poczty). Czas trwania: od 12.00 do 16.00, pierwsze spotkanie, z tego co wiem, ma być dla młodzieży a drugie dla dorosłych, ale gdyby ktoś chciał wpaść w przerwie, to też serdecznie zapraszam. :)  Na razie nie znam jeszcze konkretów, gdy będę wiedziała coś więcej, to napiszę.

niedziela, 16 września 2012

Tym razem prywatna prośba, a raczej apel do osób z Katowic lub okolicy.

Mam na działce dwa czteromiesięczne kociaki, kocurka i kotkę. Są dokarmiane i dopóki jest ciepło, mogą tam mieszkać, ale boję się, co będzie, jak przyjdzie zima. Ja nie mogę ich wziąć do siebie (trzy koty plus duży pies), więc szukam im domu. Kociaki są zdrowe, odrobaczone i zaszczepione (mają książeczki). Kolor: czarno-białe łaciatki. Kocurek ma na imię Serek, a koteczka Gapcia. Dają się głaskać, wziąć na ręce itp. Fajne są, naprawdę. :) Może ktoś się skusi? A jeśli nie, proszę, popytajcie przynajmniej znajomych, czy ktoś nie chciałby wziąć kotka. Zapewniamy też transport (no chyba że zainteresowany będzie mieszkał naprawdę daleko...).

Niżej parę zdjęć. Ten z zabawnym "wąsikiem" to Serek, a ta z łatką na oczku to Gapcia:







czwartek, 13 września 2012


Przeczytałam ostatnio „Ofiarę Polikseny”, wydany w „czarnej” serii WAB-u debiut Marty Guzowskiej. Nie znam autorki, książkę pożyczyłam z biblioteki, bo na okładce było napisane, że to „wciągający kryminał archeologiczny”. I tak mnie naszło parę refleksji (uwaga, to nie jest recenzja, więc pozwolę sobie na spojlery, kto nie chce, niech nie czyta).


Główny bohater czyli Mario Ybl (narodowość niezidentyfikowana, nie wiem, kto może mieć takie nazwisko) nie przypadł mi do gustu. To antropolog cierpiący na nyktofobię* (oryginalne nawet) i przez to chlejący na umór (już mniej oryginalne) oraz okazjonalnie rzygający w krzakach. Autorka bardzo chce go wykreować na cynicznego typa rzucającego na prawo i lewo one-linerami, jednak wyraźnie zabrakło w tej postaci humoru. Odzywki Ybla są wymuszone, momentami dziecinne i prawie nigdy zabawne. „Zamknij buzię, bo podbródek ci obwiśnie” to mniej więcej próbka jego dowcipu. Poza tym gość wykorzystuje zakochaną w nim studentkę i generalnie jest raczej antypatyczny.

Pola Mor (narodowość równie niejasna), czyli była ukochana Ybla. Hmm, to z kolei miała być chyba „twarda baba z jajami”, ale gdzieś od połowy kobieta coraz bardziej morfuje w stronę płaczliwego dziewczątka, które dowolny mężczyzna rozstawia po kątach, jak chce. Jej zachowanie w jednej z ostatnich scen, kiedy stoi niczym cielę, patrząc, jak jeden facet umiera, a drugi przyznaje się do bycia mordercą, jest wysoce symptomatyczne.

Postaci drugoplanowe wypadają nieźle, bo każda z nich ma przynajmniej jedną charakterystyczną cechę, dzięki którym można je od siebie odróżnić.

Fajnie wypada też opis środowiska archeologów, ze wszystkimi tarciami, podgryzaniem się nawzajem i walką o granty. Podobał mi się również klimat upalnego, tureckiego lata, a do Çanakkale mam sentyment, bo kiedyś tam byłam i do drewnianego konia trojańskiego też właziłam. :)

Intryga jest oparta na dobrym, naprawdę dość oryginalnym pomyśle, ale imho wykonanie już kuleje – Mario miota się bez większego sensu, tworząc teorie, których bzdurność łatwo dostrzec – np. w pewnym momencie upiera się, że szef wykopalisk poderżnął gardło świeżo zmarłej pracownicy, bo pierwszy trup już się wydał jako współczesny (na zasadzie, skoro już wiedzą o tamtym, lepiej mieć serię), podczas gdy czytelnik przecież pamięta, że było odwrotnie – tzn. najpierw znaleźli pracownicę z poderżniętym gardłem, a dopiero potem świadczący o „współczesności” pierwszego trupa guzik. A ostatecznie i tak część zagadki wyjaśnia się niemal przypadkiem, w najgłupszy możliwy sposób czyli w momencie, w którym morderca osobiście przyznaje się bohaterowi, co zrobił i dlaczego.

Motywacje szefa też mnie nie przekonują. Podłożenie na wykopaliskach tysiącletniego trupa w celu sfałszowania „archeologicznej sensacji” – ok, jasne, czemu nie. Podłożenie na wykopaliskach świeżego trupa w celu uzyskania „sensacji tabloidowej” a tym samym sławy & tłumu dziennikarzy pytających, co to właściwie takiego te wykopaliska – też ok. Ale tu mamy jakiś przedziwny melanż, czyli stare zwłoki udające nowe zwłoki i... ja przynajmniej w tym sensu nie widzę. Bo przecież jak policja zacznie podejrzewać, że znaleziony na wykopaliskach szkielet może należeć do współczesnej osoby, to prędzej czy później zrobi badania, a jak je zrobi, to chyba im wyjdzie, że tak naprawdę kości mają grubo ponad tysiąc lat? I wtedy nie będzie żadnej sensacji, a co najwyżej tylko nieudana próba fałszerstwa? 

Ogólnie wrażenie mam dość mieszane, książka ma niezłe momenty i daje się czytać, ale nie polecałabym jej jakoś szczególnie. Z drugiej strony, odradzać w sumie bym też jakoś strasznie nie odradzała. No nie wiem... Za to wiem na pewno, że Agnieszka Krawczyk, która w „polecance” na skrzydełku ostrzega czytelniczki przed zakochaniem się w Mario Yblu, ma naprawdę dziwny gust :P  


*czyli lęk przed ciemnością       

niedziela, 9 września 2012

... i po targach

Katowickie Targi Książki za mną. Nie mogę powiedzieć, żeby tam były tłumy - może to kwestia zbytniej bliskości Krakowa, a może trzeba paru lat, żeby taka impreza się rozkręciła? Albo jedno i drugie? Nie wiem. Z drugiej strony, źle też nie było - na panelu dyskusyjnym ze mną i dwoma Andrzejami (Pilipiukiem oraz Ziemiańskim) brakowało miejsc siedzących, więc narzekać nie zamierzam. Ciekawe swoją drogą, popularność którego Andrzeja była tu główną siłą sprawczą? ;) Osobiście stawiałabym na Pilipiuka, ale i Ziemiański miał sporo fanów.

Książek ciekawych niestety nie znalazłam, za to kupiłam sobie zegarek oraz torbę - zawsze to coś.

Ach, i z najnowszych wiadomości - wszyscy już pewnie wiedzą, że ostatni tom Pana Lodowego Ogrodu wychodzi na początku grudnia, ale coś czuję w kościach, że Fabryka podzieli go na dwa, bo Jarek Grzędowicz się przyznał, że książka ma ponad milion znaków. No nic, jak będzie trzeba, to kupię dwa. Dobrze przynajmniej, że wydadzą je razem i wreszcie będziemy wiedzieć JAK TA HISTORIA SIĘ KOŃCZY.

Tegoroczne targi oceniam jako udane - głównie dzięki temu, że miałam okazję spotkać się ze znajomymi.

I nauczka na przyszłość - nigdy więcej nie będę wymyślać tytułów paneli, te moje w tym roku wypadły chyba najsłabiej... :P

środa, 5 września 2012

Ech, i tak niniejszym wypada mi przeprosić za dezinformację. Premiera "Czarnego" będzie nie 7 września, a później, być może 5 października. Odpowiednia notka tu:

powergraph

Cóż mogę napisać więcej, poza tym, że mi przykro i że to nie moja wina. Powergraphu zresztą też nie, tylko... no, tych tam Wiadomych Czynników. :(

Ale na szczęście książkę można kupić przedpremierowo w internetowym sklepie wydawnictwa, czyli tu.

wtorek, 4 września 2012

Na stronie wydawnictwa Powergraph pojawił się fragment "Czarnego", więc myślę, że mogę wrzucić go i tutaj:

CZĘŚĆ I

1. Teraz: Czarne, istoty przywożone z morza

Zawsze wiedziałam, że pewnego dnia wrócę do Czarnego. Widzę tę chwilę, jakby to już się stało – oto stoję na wiejskiej drodze obok pomrukującego cicho automobilu, patrzę na skiby wilgotnej ziemi i biały domek pod ciemną linią drzew. Za drzewami tarcza słońca; światło ma przydymioną czerwoną barwę, powietrze stało się ostrzejsze i pachnie leżącym pod leśnymi kamieniami mrokiem, w bruzdach na polu zbierają się cienie. Wiatr szarpie długą prostą suknią, dłońmi przytrzymuję wielki kapelusz, którego rondo zdobią fantazyjna kokarda i kwiaty. Marznę, napawając się tą chwilą, tym wiatrem i zimnem, nim wejdę do przytulnego wnętrza Czarnego.
Jestem. Wróciłam.
Doktor Krępiński zaśmiał się, gdy mu o tym opowiedziałam, śmiał się tak bardzo, że trzęsła mu się broda, a on sam odchylił się na krześle do tyłu, pod słomianym parasolem. Jego pomarszczone czoło i obwisłe policzki całe były w słonecznych cętkach, w ręku podrygiwała szklanka z lemoniadą. Z rozpalonego nieba lał się żar, parasol nie dawał niemal żadnej ochrony – a mimo to biała koszula Krępińskiego wciąż była świeża, spodnie zaprasowane w kant dokładnie jak w chwili, gdy o ósmej rano zszedł na śniadanie.
Chwyciłam swoją szklankę i zaraz ją puściłam, bo lemoniada była już ciepła. Wilgotne palce zostawiły na szkle przykre, tłuste ślady.
— Ależ dlaczego miałabyś nosić taki straszny kapelusz? — zapytał Krępiński, a ja posłałam mu niepewny uśmiech, bo istotnie podobne nakrycia głowy wyszły z mody dawno temu, ostatni raz widziałam je… kiedy? Chyba gdy byłam nastolatką, tuż przed wybuchem wojny. Dziś, tego upalnego lata roku 1935, nosi się zupełnie inne kapelusze.
Odstawił swoją szklankę – na niej żadnych śladów nie było.
Jak oni to robią?
— Chciałabyś wrócić do Czarnego?
— Tak — odparłam. A potem dodałam — może. Nie. Nie wiem.
Zaśmiał się znowu, jakby moje wahanie było najlepszym na świecie żartem. Czytałam kiedyś, że lekarze powinni dodawać pacjentom otuchy, lecz wszyscy medycy, których w życiu spotkałam, sprawiali tylko, że czułam się jak niemądre dziecko.
Musiał wyczuć moją dezaprobatę, bo umilkł i spojrzał na mnie przepraszająco, a jednocześnie łobuzersko, jakby z góry wiedział, że dam się ułagodzić.
— Wybacz, moja droga, czasem tracę nad sobą panowanie. Kto mieszka w Czarnem? Może rzeczywiście niezłym pomysłem byłoby tam pojechać?
— Mój brat — odparłam. — Młodszy — dodałam niepotrzebnie, bo przecież Krępiński starszego znał. To właśnie Franciszek przywiózł mnie pewnego dnia do sanatorium, zostawił pod fachową opieką, a teraz odwiedzał od czasu do czasu. — Jest… inny.
— Inny jak ty?
Dwuznaczność pytania zawisła pomiędzy nami. A może nie było żadnej dwuznaczności, może tylko ją sobie wyobraziłam.
— Przejdziemy się? — zaproponował Krępiński.
Skinęłam głową.
Szliśmy stałą trasą naszych spacerów, wzdłuż brzegu aż do latarni na cyplu. Wiatr niósł od morza orzeźwiający słony chłód, spieniona woda wypełniała pozostawione na piasku ślady stóp. Krępiński poruszał się szybko i pewnie, elegancki nawet w mokrych butach. Roześmiał się, gdy mocniejsza fala sięgnęła nogawek; wilgoć zresztą błyskawicznie wyschła, jakby nawet ona musiała ustąpić przed wrodzoną nieskazitelnością tego człowieka. Starałam się dotrzymać mu kroku, z pantofelkami w ręku, bezustannie bojąc się, że nastąpię na ukryty w martwych wodorostach kawałek szkła czy ostrą muszlę. Czułam się niezgrabna, pot spływał mi spod włosów na kark. Od czasu do czasu mijaliśmy wyciągnięte na plażę drewniane krypy. Biła od nich woń stęchłej słonej wody i rozkładających się w słońcu ryb. Przy jednej łodzi kręcili się zapóźnieni rybacy, a na dnie, zaplątane w sieci, połyskiwały sprężyste srebrne ciała. Przypomniałam sobie opowieść Irenki, która twierdziła, że im dalej w morze poławiacze wypływają, tym dziwniejsze istoty przywożą. Bliżej brzegu są zwyczajne śledzie, dorsze i flądry, a dalej przedziwne, fantasmagoryczne stwory, ani w pełni żywe, ani martwe, o rozumnych spojrzeniach i niespotykanych kształtach.
Śmiałam się wtedy, teraz jednak odwróciłam wzrok.

sobota, 1 września 2012


Ponieważ 7 września ma premierę moja najnowsza książka, czyli „Czarne”, rozłożyłam z tej okazji swoje zabawki (w tym i te diabła) w moim prywatnym kawałku cyberprzesteni. Znajomych i nieznajomych zapraszam do odwiedzin. Będzie tu można znaleźć, obok starszych opowiadań i fragmentów nowszych tekstów, również bieżące informacje o tym, co właśnie powstaje lub ma się ukazać, a także luźne refleksje z obszaru moich zainteresowań, rekomendacje literackie i filmowe oraz prawdopodobnie inne treści. Jakie, to się okaże w miarę rozwoju strony. Jeśli macie jakieś sugestie, co powinno się tu pojawiać, zachęcam do kontaktu.

A na dobry początek w dziale „Zabawki do poczytania” pięć opowiadań:

Angevina – opowiadanie, które ukazało się w styczniowym numerze NF z 2005 roku.
Czwarta nad ranem – krótkie opowiadanie, które powstało z okazji przedstawienia „Arlekin i Walentynki” – tekst przygarnęła potem Esensja.
Dobry człowiek w piekle – drugie, po „Diable na wieży”, opowiadanie, które zamieściłam w SFFiH.
Harfa pustyni – opowiadanie z tzw. „Smoczej antologii”, czyli zbiorku przygotowanego na organizowany przez ŚKF Tricon.
Pająk – krótki tekst powstały w ramach sekcji literackiej, można go także znaleźć na sekcyjnej stronie oraz w jednym ze starszych numerów NOL-a.

A z nowszych wiadomości – w najbliższy weekend, czyli 7-9 września, będę na katowickich Targach Książki w Spodku. W piątek o 16.00 biorę udział w panelu dyskusyjnym „Wojna płci w fantastyce", w sobotę o 13.30 w panelu „I stworzyłem go na swoje podobieństwo...” oraz o 15.30 w panelu „Między science fiction a fantasy - na pograniczu gatunków”. Pełen program targów tu:


Zapraszam!