czwartek, 4 października 2012

I kolejny fragment "Czarnego" ze strony wydawnictwa.

Jutro premiera, mam nadzieję, że tym razem się uda. :)

Mój pokój, późne popołudnie. Przez otwarte okno wpadają podmuchy wiatru zbyt słabego, by dać wytchnienie od upału. Firanki falują leniwie; słońce zapala kałużę czerwonego blasku w bukowym stole. W tej świetlistej plamie piórówek i reprodukcja starej ziarnistej fotografii na stronie wydartej z książki. Oba przedmioty są błędem, szpecą zdrowe ciało świata, tak jak pryszcz szpeci dziewczęcą skórę. Jasny dowód, że jakiś gruczoł nie funkcjonuje całkowicie sprawnie, żywotne soki nie krążą w sposób doskonały. Jednocześnie nie ma to znaczenia, nie istnieje przecież organizm idealny, pryszcz w niczym nie przeszkadza zdrowemu człowiekowi.
Oczywiście piórówek jest znacznie bardziej obcy, nawet jego barwa razi jaskrawą, nieistniejącą w naturze zielenią. Dotykam go delikatnie. Stalówka jest piękna, o precyzji jej wykonania można by napisać poemat, linie są łagodne jak krzywizna kobiecych bioder, metal chwyta promienie słońca. Lecz pióro nigdy nie będzie pisać – tam, gdzie powinien się znajdować zbiorniczek na atrament, jest tylko lakierowane drewno ołówka.
Piórówek.
Biorę go w rękę. Jest chłodny, mimo iż leżał na słońcu, i cięższy, niż można by się spodziewać. Czuję w dłoni gładki kształt niemożliwości, dobiegające zza okna głosy pensjonariuszy brzmią płasko, ściany pokoju zmieniają się w teatralną dekorację. Możliwy jest świat piórówka lub świat, w który chciałabym wierzyć, ale nigdy oba naraz. Im bardziej czuję realność trzymanego w ręku przedmiotu, tym mocniej zacierają się kontury mojej rzeczywistości – myśl, że kiedyś towarzyszyłam spacerującym na zewnątrz ludziom, wydaje się odległa jak zamglone i niepewne wspomnienie z dzieciństwa. Doktor Krępiński, doktor Kemper, nawet moja Irenka – same imiona i nazwiska, puste w środku ciągi rozsypujących się liter. Szukam pociechy w znanych sprzętach: to łóżko, na którym sypiam, biurko, przy którym piszę, moja suknia przewieszona przez krzesło, buty wciąż ze śladami piasku – ale wszystko jest obce, tym bardziej obce, im bliższy staje się piórówek. Nieważne i nieprawdziwe, bo cały świat wypełnia on – mały gładki przedmiot spoczywający w mojej dłoni.
Pod wpływem impulsu podchodzę do okna i ciskam piórówkiem tak daleko, jak tylko zdołam; widzę go jeszcze przez chwilę, jak szybuje na tle ciemniejącego nieba, po czym spada w gąszcz akacji. I już. Po wszystkim. Oddycham z ulgą, rzeczywistość znów nabiera barw i głębi. Teraz dla odmiany wspomnienie sprzed kilku chwil blaknie, z każdą sekundą tracę wiarę, że trzymałam w ręku piórówek. Sama nazwa wydaje się śmieszna, może panienka w księgarni miała rację, może to było po prostu zepsute pióro?

2 komentarze:

  1. Książkę dorwałam w dniu premiery - nie mogłam się doczekać! Przeczytałam. Jest... niesamowita. Naprawdę. Muszę przetrawić, przemyśleć, by znaleźć inne słowa. Gratulacje!
    Caroll

    OdpowiedzUsuń