czwartek, 13 września 2012


Przeczytałam ostatnio „Ofiarę Polikseny”, wydany w „czarnej” serii WAB-u debiut Marty Guzowskiej. Nie znam autorki, książkę pożyczyłam z biblioteki, bo na okładce było napisane, że to „wciągający kryminał archeologiczny”. I tak mnie naszło parę refleksji (uwaga, to nie jest recenzja, więc pozwolę sobie na spojlery, kto nie chce, niech nie czyta).


Główny bohater czyli Mario Ybl (narodowość niezidentyfikowana, nie wiem, kto może mieć takie nazwisko) nie przypadł mi do gustu. To antropolog cierpiący na nyktofobię* (oryginalne nawet) i przez to chlejący na umór (już mniej oryginalne) oraz okazjonalnie rzygający w krzakach. Autorka bardzo chce go wykreować na cynicznego typa rzucającego na prawo i lewo one-linerami, jednak wyraźnie zabrakło w tej postaci humoru. Odzywki Ybla są wymuszone, momentami dziecinne i prawie nigdy zabawne. „Zamknij buzię, bo podbródek ci obwiśnie” to mniej więcej próbka jego dowcipu. Poza tym gość wykorzystuje zakochaną w nim studentkę i generalnie jest raczej antypatyczny.

Pola Mor (narodowość równie niejasna), czyli była ukochana Ybla. Hmm, to z kolei miała być chyba „twarda baba z jajami”, ale gdzieś od połowy kobieta coraz bardziej morfuje w stronę płaczliwego dziewczątka, które dowolny mężczyzna rozstawia po kątach, jak chce. Jej zachowanie w jednej z ostatnich scen, kiedy stoi niczym cielę, patrząc, jak jeden facet umiera, a drugi przyznaje się do bycia mordercą, jest wysoce symptomatyczne.

Postaci drugoplanowe wypadają nieźle, bo każda z nich ma przynajmniej jedną charakterystyczną cechę, dzięki którym można je od siebie odróżnić.

Fajnie wypada też opis środowiska archeologów, ze wszystkimi tarciami, podgryzaniem się nawzajem i walką o granty. Podobał mi się również klimat upalnego, tureckiego lata, a do Çanakkale mam sentyment, bo kiedyś tam byłam i do drewnianego konia trojańskiego też właziłam. :)

Intryga jest oparta na dobrym, naprawdę dość oryginalnym pomyśle, ale imho wykonanie już kuleje – Mario miota się bez większego sensu, tworząc teorie, których bzdurność łatwo dostrzec – np. w pewnym momencie upiera się, że szef wykopalisk poderżnął gardło świeżo zmarłej pracownicy, bo pierwszy trup już się wydał jako współczesny (na zasadzie, skoro już wiedzą o tamtym, lepiej mieć serię), podczas gdy czytelnik przecież pamięta, że było odwrotnie – tzn. najpierw znaleźli pracownicę z poderżniętym gardłem, a dopiero potem świadczący o „współczesności” pierwszego trupa guzik. A ostatecznie i tak część zagadki wyjaśnia się niemal przypadkiem, w najgłupszy możliwy sposób czyli w momencie, w którym morderca osobiście przyznaje się bohaterowi, co zrobił i dlaczego.

Motywacje szefa też mnie nie przekonują. Podłożenie na wykopaliskach tysiącletniego trupa w celu sfałszowania „archeologicznej sensacji” – ok, jasne, czemu nie. Podłożenie na wykopaliskach świeżego trupa w celu uzyskania „sensacji tabloidowej” a tym samym sławy & tłumu dziennikarzy pytających, co to właściwie takiego te wykopaliska – też ok. Ale tu mamy jakiś przedziwny melanż, czyli stare zwłoki udające nowe zwłoki i... ja przynajmniej w tym sensu nie widzę. Bo przecież jak policja zacznie podejrzewać, że znaleziony na wykopaliskach szkielet może należeć do współczesnej osoby, to prędzej czy później zrobi badania, a jak je zrobi, to chyba im wyjdzie, że tak naprawdę kości mają grubo ponad tysiąc lat? I wtedy nie będzie żadnej sensacji, a co najwyżej tylko nieudana próba fałszerstwa? 

Ogólnie wrażenie mam dość mieszane, książka ma niezłe momenty i daje się czytać, ale nie polecałabym jej jakoś szczególnie. Z drugiej strony, odradzać w sumie bym też jakoś strasznie nie odradzała. No nie wiem... Za to wiem na pewno, że Agnieszka Krawczyk, która w „polecance” na skrzydełku ostrzega czytelniczki przed zakochaniem się w Mario Yblu, ma naprawdę dziwny gust :P  


*czyli lęk przed ciemnością       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz