czwartek, 27 grudnia 2012

Ania z Esensji ogląda


Dla odmiany kilka notek filmowych:


Hobbit
Porównania z filmową trylogią są nieuniknione, nie z powodu osoby reżysera czy autora książkowych pierwowzorów (literacko to przecież dwie zupełnie różne konwencje), ale dlatego, że ekranowy „Hobbit” tak bardzo stara się być drugim „Władcą Pieścieni”. Niektóre zachowania postaci, motywy czy nawet poszczególne sceny i ujęcia wywołują wręcz uczucie déjà vu, co podkreśla muzyka niemal identyczna jak w części pierwszej. Gandalf znowu wyzywa kumpli od głupców i wygłasza złote myśli, drużyna wędruje przez góry, potem mamy ucieczkę z kopalni po walących się mostkach (nic to, że tym razem drewnianych), u Elronda miecz zostaje położony na stole jak niegdyś pierścień, Gandalf smęci, że jest źle i tylko niziołek może uratować świat, a Galadriela robi tajemnicze miny. Wszystko to w mniejszym bądź większym stopniu ma swój odpowiednik w filmowym „Władcy...”, kłopot jednak w tym, że te porównania zawsze wypadają na niekorzyść „Hobbita”. Nie czuje się tu zagrożenia dla Śródziemia tak wyrazistego w trylogii, więcej nawet, zwykłe sceny akcji też są jakieś takie... pozbawione większego napięcia, może paradoksalnie dlatego, że jest ich za dużo i to bezustanne wpadanie bohaterów z jednych kłopotów w kolejne zaczyna w pewnym momencie męczyć. A poza tym kto, u licha, wpadł na to, żeby zrobić krasnoludom tak koszmarną charakteryzację? (Jeden z nich wygląda zupełnie jak plastikowa lalka, którą miałam w dzieciństwie.) W dodatku krasnoludom, z nielicznymi wyjątkami, brakuje indywidualnych charakterów, w rezultacie czego większość z nich rozpoznaje się głównie po różnego rodzaju doprawionych nosach i dziwnych fryzurach A zalety? Cóż, to przede wszystkim piękne plenery i rewelacyjny Freeman (niemal każda scena, w której znajduje się na pierwszym planie, jest automatycznie ze dwa razy lepsza od pozostałych). Może i „Hobbit” nie sprawdza się najlepiej ani jako epicka, pełna rozmachu opowieść ani jako zwykła przygodówka, ale mimo to daje się go obejrzeć jeśli nie z zachwytem, to przynajmniej z pewną przyjemnością.


Dom w głębi lasu
Reklamowo mi ten film jako odświeżenie konwencji nastoletniego slashera – i w sumie jest to poniekąd to, choć kiedy już widz załapie, na czym polega główna idea (a następuje to bardzo szybko) „Domek...” nie oferuje już jakichś specjalnych niespodzianek. Niemniej, całość jest zgrabna, z pomysłem i sympatyczna – o ile można tak powiedzieć o filmie, w którym w pewnym momencie flaki fruwają po całym ekranie. Aha, i nie do końca kupuję wyjaśnienie, dlaczego to wszystko musiało się odbywać akurat w tak strasznie skomplikowany sposób, niemniej nie jest to dzieło, które by się chciało rozliczać z prawdopodobieństwa, więc niech tam.


Atlas chmur
To jeden z tych filmów, które lubi się „pomimo” a nie „z powodu”. No więc owszem łopatologiczne wykładanie niezbyt oryginalnego przesłania i „amerykańska” banalność niektórych scen mogą zirytować, ale i tak mi się podobało – bo piękne zdjęcia, bo świetny montaż (połączenie wszystkich tych historii to majsterszyk), a przede wszystkim dlatego, że każdy z sześciu wątków potrafi wywołać emocje: rozbawić, wzruszyć, zaciekawić. Książka była lepsza (nie będzie żartu o kozie), ale film też daje radę.


Looper (jaki to właściwie ma polski tytuł?)
Całkiem solidny film SF, który może się podobać, jeśli ktoś nie ma przesadnych wymagań co do oryginalności czy „naukowości”. Ja nie miałam, bawiłam się więc podczas oglądania dobrze – choć i ze wszystkich zalet „Loopera” i tak najbardziej w pamięć zapada niesamowicie creepy kilkulatek. Aż ciarki przechodzą na jego widok.

środa, 19 grudnia 2012

Jest już dostępny nowy poniekąd świąteczny (no, przynamniej ma świąteczną okładkę) numer Miesięcznika, w którym można przeczytać m.in. przeczytać moją recenzję "Atlasu chmur".

Numer tu.

Wesołych Świąt! :)

piątek, 14 grudnia 2012

Ania z Esensji czyta 3, czyli rachunek sumienia





Atlas chmur
Wrzucę linka do recenzji w Miesięczniku, jak tylko się pojawi online, a na razie napiszę tylko, że mnie się bardzo. Polecam, tak samo jak film, do którego mam już więcej zastrzeżeń, ale i tak warto zobaczyć.


Opactwo
W opisach powtarza się stwierdzenie, że to „łamiąca tabu” książka o policjancie-muzułmaninie, który nie zawsze przestrzega prawa i w dodatku pije. Cóż, pomyślałam sobie, że przeczytam, choćby po to, żeby przekonać się, jak zła musi być powieść, którą trzeba reklamować w tak desperacki sposób. I przeżyłam przyjemne zaskoczenie, bowiem „Opactwo” wcale nie jest złe. Wręcz przeciwnie, jest bardzo dobre, mimo iż przynależność etniczna i religijna głównego bohatera jest w dużej mierze pretekstowa (Ash Rashid to Arab, ale mocno już zamerykanizowany). Jeśli jednak nie szukać w książce na siłę nowatorstwa i taniej sensacji, otrzymamy zgrabnie skrojoną sensację z dynamiczną fabułą i interesującym, sympatycznym bohaterem. Właśnie sensację, nie kryminał, bo choć element zagadki tu jak najbardziej jest, autor nie poświęca mu wiele uwagi (nawet na końcu, gdy przychodzi do wyjaśnień), skupiając się głównie na szybkiej akcji. Fakt, wszystko to wypada z pamięci w pięć minut po lekturze, ale póki człowiek nie przewróci ostatniej strony, czyta się wyśmienicie.


Śmiertelna groźba
Kolejna, trzecia już część przygód najlepszego i zarazem jedynego maga w Chicago, czyli Harry’ego Dresdena. W porównaniu z wcześniejszymi chyba trochę mniej jest tu humoru, za to więcej dramatu i nawet tragedii, bo jak się okazuje magia nie ma nic wspólnego z prostymi wyborami, a życie Dresdena komplikuje się coraz bardziej. Zdecydowanie warto, podobnie jak wcześniejsze tomy: dla sympatycznego bohatera, wciągającej akcji, która nie pozwala oderwać się od lektury i w końcu, last but not least, dla zręcznej żonglerki typowymi motywami fantasy oraz kryminału noir.


Zamieć śnieżna i woń migdałów
A to jest chyba dowód na to, że kiedy już pisarz osiągnie pewien poziom sławy, wydadzą mu wszystko. Po pierwsze, to nie powieść tylko opowiadanie, wydane w twardej oprawie i sprzedawane za 29 zł. I żeby chociaż było ono warte takiej ceny, ale nie, bo (to po drugie) „Zamieć...” jest zwyczajnie kiepska. Teoretycznie to historia w stylu Agathy Christie (odcięty od świata dom, trup i kilkunastu podejrzanych), w praktyce jednak dostajemy galerię papierowych postaci, detektywa, który zamiast zająć się śledztwem głównie śpi i przez większość czasu nie robi nic sensownego oraz z sufitu wzięte rozwiązanie – no dobrze, może nie do końca z sufitu, bo jest jeden jedyny ślad, po którym nasz (nie)dzielny policjant trafia wreszcie na właściwy trop, jednak to zdecydowanie za mało. Ze skomplikowanymi intrygami Agathy Christie „Zamieć...” ma naprawdę mało wspólnego. Wielkie rozczarowanie jednym słowem.


Ocalony
Jeden z gratisów wziętych z Esensji na zasadzie „może się coś trafi”. Zaczyna się fatalnie, bo od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, a ja szczerze nie cierpię tej zasady, która każe autorowi wrzucać nieszczęsnego czytelnika w sam środek akcji, kiedy bohaterowie jeszcze nic a nic go nie obchodzą. Tu mamy strzelaninę w szkole, ale, u licha, czemu niby ja się mam nią przejmować, skoro bohaterów nawet nie zdążyłam poznać, o polubieniu nawet nie wspominając? Dalej jest już trochę lepiej, pojawia się nawet ciekawa zagadka (zamaskowani i uzbrojeni sprawcy wyraźnie szukali konkretnych uczniów). Poza tym książka dość przeciętna: dużo twardzielskich odzywek, sztampowy policjant demonstrujący swoją sztampową wrażliwość i jego sztampowa zbuntowana córka, a ponadto oczywiście mnóstwo szybkiej akcji. Winiłabym swoją niechęć do tego typu powieści (wolę zdecydowanie akcję wolno się rozkręcającą), jednak całkiem niedawno spodobało mi pisane w podobnym stylu „Opactwo”, możliwe więc, że moje marudzenie to nie tylko kwestia subiektywnego gustu, ale, no cóż, także faktu, że autor „Ocalonego” po prostu dysponuje mniejszym literackim talentem niż autor „Opactwa”?




poniedziałek, 10 grudnia 2012

Powergraph literacko i świątecznie w Grawitacji

Miło mi poinformować, że w czwartek, 13 grudnia, będę w Warszawie w Grawitacji (Browarna 6). Ma to być spotkanie literackie & świąteczne, przypominające przy okazji ostatnie premiery Powergraphu, czyli moje "Czarne" oraz "Herosów". Dorośli pierwszy napitek dostają gratis. :)

Zapraszam wszystkich chętnych z Warszawy i okolic. Start imprezy - godz. 18.00.

piątek, 7 grudnia 2012


Postanowiłam zrobić sobie czytelniczy rachunek sumienia i uczciwie wrzucać tutaj tytuły WSZYSTKICH książek, które (prze)czytałam – włączając w to powtórki, książki niedokończone, Książki, Które Przeczytałam Cholera Wie Po Co oraz Książki, Których Czytania Się Wstydzę. Może dzięki przekonam się, ile ja rzeczywiście czytam sensownych rzeczy, a ile, hmm, sensownych inaczej?

Datę startu ustalam na 1 grudnia, co było wcześniej się nie liczy. :P A więc od początku:




Fala upału
Richarda Castle’a (tak, tego z serialu). Przeciętny, raczej rozczarowujący thrillerek, wart uwagi głównie ze względu na historię swojego powstania. Serial rzuciłam po dwóch sezonach, ale i tak wspominam go znacznie lepiej niż lekturę tego dzieła. Znaczy, w sumie da się to czytać, jeśli ktoś nie ma absolutnie nic lepszego, ale ponieważ ja akurat mam, z „Falą...” rozstaję się bez żalu i zabieram się za „Atlas chmur”. (Jestem na razie po stu stronach i bardzo mi się podoba.)



niedziela, 2 grudnia 2012

Spotkanie z Anią Głomb poszło świetnie (było sporo ludzi, ciasto i wino & sprzedały się wszystkie książki), więc teraz dla odmiany coś o mnie.

W najbliższym, grudniowym numerze magazynu "Opowieści Niesamowite" będzie moje krótkie opowiadanie zatytułowane "Pięć dziwnych nocy wigilijnych". Opowiadanko jest - jak można wywnioskować z tytułu - w klimatach świąteczno-grozowych, jedna betareaderka dopatrzyła się w nim podobieństwa do Pratchetta a drugi betareader do Lovecrafta. :)

A okładka "Opowieści..." będzie wyglądać tak:

Zachęcam do czytania!

poniedziałek, 19 listopada 2012

No to jeszcze trochę o "Śmierciowisku".

Dnia 27.11 o godz. 17.30 zapraszam wszystkich zainteresowanych z Katowic oraz okolicy na spotkanie autorskie z Anią Głomb. Odbędzie się ono w klubie  (ulica A. Górnika 5, plan dojścia tu). W programie przewidziano ciasto! :-)

Spotkanie mam podobno prowadzić ja. Będzie to mój debiut w takiej roli, więc proszę w miarę możliwości o wyrozumiałość.

Potem mamy zaplanowaną sekcję literacką, więc gdyby ktoś chciał chciał zostać dłużej, może posłuchać, jak omawiamy nasze teksty.

środa, 14 listopada 2012

Czas mija, a tu już ukazała się książka Ani Głomb "Śmierciowisko". A może ma wkrótce się ukazać? Kurczę, różne portale podają sprzeczne dane, według Katedry powieść już jest, a według Esensji będzie 20 listopada. No nic, w każdym razie nawet jak nie ma jej jeszcze w księgarniach, to będzie wkrótce, a ja zachęcam do przeczytania. Wiem, że polecanie koleżanek z sekcji to trochę strzał w stopę, bo ludzie zaraz robią się podejrzliwi, ale kurczę, ta książka naprawdę mi się podoba i mam nadzieję, że choć trochę Was przekonam. To taka trochę postapokalipsa, trochę kryminał, trochę obyczaj, trochę powieść psychologiczna, trochę pogranicze głównego nurtu i fantastyki, trochę niewiadomo co, ale coś fajnego. :) Jest tu świetny nastrój kojarzący się momentami (mnie przynajmniej) z opowiadaniami Angeli Carter, jest zagadka i przewrotne przywoływanie mitów. Szczerze polecam.

A okładka "Śmierciowiska" wygląda tak:


Prawda, że piękna?

niedziela, 4 listopada 2012

Halloweenowa Noc Filmowa


Z okazji niedawnego Halloween w klubie odbył się maraton filmów gotyckich. Repertuar dobierałam ja, przy okazji czego przekonałam się, jak luźno właściwie można interpretować słowo „gotycki” w przypadku filmów. Ostatecznie wyszło mi, że „gotycki film” to taki, który a) jest mniej więcej w klimatach grozy, b) jest ciekawy plastycznie, c) cokolwiek, co mi się skojarzy. :P. Obejrzeliśmy więc:



Armię Boga – jeśli ktoś nie widział, polecam, warto zwłaszcza dla świetnego Walkena w roli anioła Gabriela i równie znakomitego Mortensena (znanego bardziej jako Aragorn) jako Lucyfera. Sam pomysł fabularny jest tu, szczerze mówiąc, dość głupawy (złe anioły szukające duszy wojownika, którą dobry anioł ukrył w małej Indiance? Wtf?), niemniej to przykład, jak dobrą realizacją można ominąć mielizny scenariusza. Plus scena z nabitymi na pale aniołami, którą widziałam już skopiowaną w kilku opowiadaniach, więc chyba robi wrażenie. :)



Jeźdźca bez głowy – cudownie ironiczny i zachwycająco kiczowaty film, jeden z moich ulubionych zresztą. Wszystko (począwszy od scenagrafii aż po grę aktorską) jest tu w genialny sposób przerysowane, a przy tym nie jest to tylko „robienie sobie jaj z konwencji”, bo historia jak najbardziej potrafi wciągnąć, a główny bohater budzi sympatię. Imho Burton w wysokiej formie.



Mary Reilly – czyli historię dr Jekylla i mr Hyde’a z punktu widzenia służącej. Klimatyczne, kameralne, imho może nie powalające, ale niezłe. Plus John Malkovich i Julia Roberts.



Braterstwo wilków – mam do niego słabość, choć zdaję sobie sprawę, że to momentami naprawdę zły film. :P Ściślej biorąc, początek i spora część środka są rewelacyjne, serio niektóre sceny (np. Bestia odbijająca się w oczach tej wieśniaczki, która poszła po kozę) uważam tu wręcz za genialne i mogę je oglądać do końca świata i jeden dzień dłużej. Lecz od momentu, kiedy Bestia pojawia się w całej okazałości, coś się psuje. Po pierwsze, nastrój szlag trafia (Bestia jest boleśnie wręcz komputerowa, a poza tym od dawna wiadomo, że najbardziej się boimi tego, czego nie widzimy), a  po drugie, w drugiej połowie coraz bardziej daje o sobie znać efekciarstwo. Robi się więc zdziwniej i zdziwniej, mamy nagle cudowne zmartwychwstania (sztuk dwie), agentkę Watykanu mordującą wachlarzem, kazirodztwo z d... wzięte oraz eee... miecz w kawałkach połączonych łańcuchem-gumką? (Nie wiem, nie pytajcie, to patent scenarzystów). Niemniej, kurczę, i tak mi się fajnie oglądało i cieszę się, że sobie ten film odświeżyłam.

Potem był jeszcze „Vidocq” (nie lubię) oraz chyba „Silent Hill” (mniam), ale wtedy już grzecznie spałam w swoim łóżeczku.

Maraton uświadomił mi przy okazji, że a) gotyckie filmy są fajne, b) niestety, wszystkie już chyba widziałam. :(

Jeśli ktoś poda mi tytuł filmu w podobnych klimatach, którego nie znam, będę dozgonnie wdzięczna.



czwartek, 1 listopada 2012

"Czwarta nad ranem" ma okładkę!

... wyłonioną z facebookowego konkursu. :) Autorką jest Maria Lewandowska, a okładka wygląda tak:


Zwyciężczyni gratuluję, nagrody wyślę niebawem, a wszystkim, którzy brali udział w konkursie, bardzo dziękuję.

Tu natomiast można pobrać całość, tzn. zbiorek z gotową okładką. Wersje jak wcześniej, czyli epub i mobi + Ausir dorzucił jeszcze pdf (jedyny, który ja mogę przeczytać, heh).

niedziela, 28 października 2012

Ania z Esensji czyta 2

...i kolejna porcja notek:




Rzeki Hadesu
O najnowszej powieści Marka Krajewskiego trudno powiedzieć coś odkrywczego. Popielski to niemalże klon Mocka, tło historyczne jak zawsze u tego autora odmalowane jest precyzyjnie i nader wiarygodnie, za to bohaterowie równie niezmiennie są raczej antypatyczni (Krajewski potrafi opisać dziecko w taki sposób, że czytelnik czuje do niego odruchową niechęć). Intryga tradycyjnie nie jest zbyt sensowna (zwłaszcza część fabuły rozgrywająca się po wojnie), a zakończenie... To chyba jedyna nowość, bo w finale „Rzek...” połyskuje jakby nieśmiały promyk nadziei. Poza tym oczywiście jest także znak firmowy autora czyli epatowanie „ciemną stroną życia” – w „Rzekach...” mamy nie tylko powojenny Wrocław i bohaterów, którzy stracili już chyba wszystko, co mogli stracic, ale też np. gwałt dokonany na niepełnosprawnej umysłowo czternastolatce, która zachodzi w wyniku tegoż gwałtu w ciążę. Wiem, czegoś takiego wcześniej nie było, ale znalazłyby się inne, bardzo podobne motywy – może stąd moje wrażenie, że czytam wciąż tę samą książkę. Dla miłośników prozy wrocławskiego pisarza to dobra wiadomość, pozostałych wypada ostrzec, że Krajewski jest dobry w niewielkich ilościach raz na jakiś czas, inaczej człowiek może poczuć przesyt.



Wrzawa śmiertelnych
Początek skojarzył mi się z „Kwiatami na poddaszu”, w której to książce czwórka rodzeństwa przez lata więziona jest na strychu. I wiem oczywiście, że „Kwiaty...” to powieść dla dorosłych, podczas gdy „Wrzawa...” jest młodzieżówką, ale podobieństwo i tak rzuca się w oczy. W książce Nylunda występują piętnastoletnie bliźnięta, Fiona i Eliot, wychowywane przez babcię o mentalności obozowego kapo, która zabrania im m.in.: używania kupionych w sklepie kosmetyków, spotykania się z rówieśnikami, słuchania i grania muzyki (w tym także śpiewania „sto lat” na urodziny), używania urządzeń elektronicznych takich jak telefony czy internet, czytania czegokolwiek poza słownikami, biografiami i bodajże Szekspirem... To dopiero początek listy liczącej ponad sto punktów. Aha, chłopak i dziewczyna muszą także nosić szyte przez prababcię, okropne ubrania, uczą się w domu, a na zewnątrz wychodzą tylko gdy idą do pracy w pobliskiej pizzerii. Część tych zakazów i nakazów znajduje potem uzasadnienie, nie zmienia to jednak faktu, że rodzina, opisana przez autora jako „dziwna”, wygląda raczej na patologiczną, a nastolatki biernie poddające się chorym regułom sprawiają wrażenie ofiar sekty po praniu mózgu. Mimo to (a może właśnie dlatego?) książka potrafi zaciekawić. Akcja rozwija się wolno, jest więc czas na budowanie napięcia związanego z pytaniami dlaczego babcia w tak osobliwy sposób wychowuje wnuki, jak umarli ich rodzice i kim właściwie byli (to co prawda zdradza już blurb, ale na szczęście przeczytałam go już po lekturze książki), czy też kim jest tajemniczy grajek, którego w pewnym momencie spotykają bohaterowie. Odpowiedzi na te pytania nie są zbyt oryginalne, dorośli czytelnicy pewnie odgadną wiele „niespodziewanych” zwrotów akcji, ale i tak czyta się to dobrze – zwłaszcza pierwsze kilkaset stron, kiedy nie wiadomo jeszcze dokładnie „o co tu chodzi”. Potem bywa różnie, bo zdarzają się Nylundowi pomysły całkiem interesujące (bohaterowie muszą w pewnym momencie stawić czoła potworom z miejskich legend), jak i rozwiązania bardzo banalne (jednego z tych potworów pokonują w iście bajkowym stylu). Przeszkadzać też może pomieszanie mitologii, występują tu bowiem bogowie z różnych panteonów (głównie greccy) oraz chrześcijańskie upadłe anioły (o tych, które nie upadły, słuch zaginął?). Całość oceniam jako niezłe czytadło, po które można sięgnąć, jeśli ktoś lubi ten gatunek i nie ma aktualnie na półce nic lepszego. 

środa, 24 października 2012

Ania z Esensji czyta - mały update

Gdyby ktoś był zainteresowany dłuższą recenzją "Drooda", to jest już dostępna online w najnowszym Miesięczniku . Poza tym w numerze: recenzja Achiki, relacja z Bachanaliów Fantastycznych, wieści ze świata fantastyki, zapowiedzi kinowe i inne atrakcje.

Zachęcam do poczytania. :)

niedziela, 21 października 2012

Ania z Esensji czyta...

Konrad, dobry człowiek, zgodził się, żebym wrzucała tu notki przeznaczone do działu "Esensja czyta". Poniżej więc pierwsza porcja tego, co ostatnio przeczytałam:


Drood
Kolejna rewelacyjna książka Dana Simmonsa, która, podobnie jak wcześniejszy “Terror”, utrzymana jest w klimacie grozy i wykorzystuje historyczne zdarzenia (tu: okoliczności powstania ostatniej, nigdy nie dokończonej powieści Charlesa Dickensa). Świetnie poprowadzona intryga, w której do końca nie jesteśmy pewni, kto tu właściwie przeciwko komu knuje (i czy w ogóle knuje), ani co jest realne, a co można uznać za wytwór znarkotyzowanej wyobraźni narratora – Wilkiego Collinsa. Ponadto jest to także znakomity portret literackiego światka drugiej połowy XIX wieku, zaś miłośnicy prozy z tamtego okresu znajdą tu sporo charakterystycznych wątków (mesmeryzm, tajemnicze sekty, lochy pod miastem itp.).

(Dłuższa recenzja będzie w najbliższym numerze klubowego Miesięcznika)

Magiczne lata 
… czyli rok z życia dwunastoletniego chłopca dorastającego na amerykańskim południu. Jest tu miejsce na magię, przyjaźń, pierwsze zauroczenie, odrobinę grozy, a nawet na tajemnicę, która wdziera się w życie głównego bohatera pod postacią tonącego w jeziorze, zamordowanego mężczyzny. Kto z cichego, małego miasteczka jest zabójcą? To jednak tylko jeden z wątków, opowieść McCammona to nie kryminał, a barwna kronika dzieciństwa, ze wszystkimi jego radościami i smutkami, świat dorosłych też od czasu do czasu daje znać o sobie – mamy wszak lata sześćdziesiąte, czas, gdy w powszchnym przekonaniu Ameryka traciła niewinność. I ta książka jest trochę jak dzieciństwo, które po latach wspominamy z nostalgią. Piękna, wzruszająca, niezwykła opowieść – dla każdego, kto kiedyś miał dwanaście lat i jeszcze pamięta, jakie to uczucie.


Dziwna sprawa Skaczącego Jacka
Jest tu wszystko, czego można od steampunku oczekiwać, czyli mnóstwo technicznych, niekoniecznie napędzanych parą gadżetów (niektóre ocierają się wręcz o cyberpunk), bohater będący połączeniem Allana Quatermaina z Sherlockiem Holmesem (sir Richard Burton, postać zresztą historyczna, choć o talentach detektywistycznych oryginału nic mi nie wiadomo), jest przytłaczające, wiktoriańskie miasto, w którym grasują potwory i przede wszystkim oczywiście mnóstwo przygód. Duży plus należy się Hodderowi za intrygę – wciągającą, a przy tym w ciekawy sposób łączącą tajemnicę tytułowego Jacka z powstaniem steampunkowego świata. Oryginalnym wkładem autora jest też obecna obok technologicznych nowinek bioinżynieria – w Londynie istnieją zamienione w ludzi wilki czy przenoszące listy psy. Można mieć podczas lektury takie czy inne wątpliwości (np. na ile takie genetycznie modyfikowane zwierzęta mają sens i czy istotnie rozwój techniki z powodu jednej zmiany w historii poszedłby w tak dziwnym kierunku ), jednak to książka z gatunku takich, w których wszelkie niedociągnięcia łatwo wytłumaczyć konwencją. Nie oczekujemy przecież od przygodowej, pulpowej z ducha książki żelaznej logiki czy przesadnej wierności prawdopodobieństwu, prawda? Przy takim podejściu nie przeszkadza nawet fakt, że Burton jest człowiekiem właściwie pozbawionym wad (ewentualnie jego wady opisane są tak, jakby były zaletami). Dlaczego więc mimo wszystko oceniam powieść tylko na 70%? Chyba jednak z powodu Burtona, jego doskonałość mi nie przeszkadza, ale… to po prostu nie jest bohater z gatunku tych, jakich najbardziej lubię. Wolę już poetę Algernona Swinburne’a (postać też historyczna), który, choć drobny i delikatny, świetnie się nadaje na kompana w różnych niebezpiecznych wyprawach, jest bowiem masochistą i przetrzepanie skóry przez Czarny Charakter odbiera jako wyjątkową przyjemność. Tak czy inaczej, po drugą część sięgnę na pewno.



wtorek, 9 października 2012


Skusiłam się niedawno na pilota amerykańskiej wersji współczesnego Sherlocka czyli „Elementary”. Chyba mam skłonności do masochizmu, bo już po trailerze było widać, że dobre to-to nie będzie. Choć po obejrzeniu mogę powiedzieć, że mogło być gorzej.

Jeśli patrzeć na ten serial jak na kryminał, który nie ma z Sherlockiem nic wspólnego (prócz nazwisk głównych postaci), to takie sobie dolne stany średnie, do obejrzenia i zapomnienia. Jeśli patrzeć na serial jak na kolejną adaptację Conan Doyle’a, to jest ona tak odległa od oryginału, że następnym etapem będzie już chyba Sherlock jako wiecznie zaćpany i przygłupi hipis...

Już serial Moffata i dwa ostatnie filmy kinowe mocno od oryginału odchodziły, ale tam przynajmniej scenarzyści dawali widzom w zamian coś nowego. „Elementary” natomiast, bazując na dwóch wyżej wymienionych wersjach, od siebie nie proponuje nic (a przynajmniej nic sensownego) – mamy tu Sherlocka we współczesnym świecie jak w serialu Moffata i Sherlocka zachowującego się jak inteligentne dziecko z ADHD niczym w filmach Ritchiego. Tyle że tamte Sherlocki, cokolwiek by o nich mówić, mają styl i klasę, a „Elementary” jest boleśnie nijakie. I mówię tu przede wszystkim o głównym bohaterze, którzy robi różne „dziwne rzeczy”, żeby pokazać, jaki to jest uch-ach ekscentryczny, ale ponieważ brakuje mu charyzmy Cumberbatcha czy Downeya Jr., wychodzi tylko na niezbyt sympatycznego cudaka.

Pomysł z zamianą Watsona na kobietę też mi się nie podobał (męska przyjaźń jest o wiele mniej ograna niż relacje męsko-damskie), ale skoro już zdecydowano się to zrobić, to naprawdę można było ich wątek jakoś sensowniej poprowadzić. Na końcu pilota mają się już (chyba?) lubić, ale to z niczego nie wynika (no dobra, przyznaję, może i wynika, bo na jakieś pięć minut w środku odcinka mi się przysnęło, ale nie mam ochoty oglądać tego jeszcze raz).

Maleńki plusik za to, że jednak sama zagadka morderstwa mnie trochę zainteresowała – w tym przypadku akurat, o dziwo, amerykańska podróbka wypada lepiej niż angielski oryginał, w którym scenarzyści chwilami chyba zapominali, że Conan Doyle pisał kryminały.

Ogólnie – nie polecam, chyba że ktoś naprawdę nie będzie miał nic sensowniejszego do oglądania.

sobota, 6 października 2012

Prawie bym zapomniała... na Katedrze można przeczytać wywiad ze mną, więc gdyby ktoś był zainteresowany, to zachęcam. :)

czwartek, 4 października 2012

I kolejny fragment "Czarnego" ze strony wydawnictwa.

Jutro premiera, mam nadzieję, że tym razem się uda. :)

Mój pokój, późne popołudnie. Przez otwarte okno wpadają podmuchy wiatru zbyt słabego, by dać wytchnienie od upału. Firanki falują leniwie; słońce zapala kałużę czerwonego blasku w bukowym stole. W tej świetlistej plamie piórówek i reprodukcja starej ziarnistej fotografii na stronie wydartej z książki. Oba przedmioty są błędem, szpecą zdrowe ciało świata, tak jak pryszcz szpeci dziewczęcą skórę. Jasny dowód, że jakiś gruczoł nie funkcjonuje całkowicie sprawnie, żywotne soki nie krążą w sposób doskonały. Jednocześnie nie ma to znaczenia, nie istnieje przecież organizm idealny, pryszcz w niczym nie przeszkadza zdrowemu człowiekowi.
Oczywiście piórówek jest znacznie bardziej obcy, nawet jego barwa razi jaskrawą, nieistniejącą w naturze zielenią. Dotykam go delikatnie. Stalówka jest piękna, o precyzji jej wykonania można by napisać poemat, linie są łagodne jak krzywizna kobiecych bioder, metal chwyta promienie słońca. Lecz pióro nigdy nie będzie pisać – tam, gdzie powinien się znajdować zbiorniczek na atrament, jest tylko lakierowane drewno ołówka.
Piórówek.
Biorę go w rękę. Jest chłodny, mimo iż leżał na słońcu, i cięższy, niż można by się spodziewać. Czuję w dłoni gładki kształt niemożliwości, dobiegające zza okna głosy pensjonariuszy brzmią płasko, ściany pokoju zmieniają się w teatralną dekorację. Możliwy jest świat piórówka lub świat, w który chciałabym wierzyć, ale nigdy oba naraz. Im bardziej czuję realność trzymanego w ręku przedmiotu, tym mocniej zacierają się kontury mojej rzeczywistości – myśl, że kiedyś towarzyszyłam spacerującym na zewnątrz ludziom, wydaje się odległa jak zamglone i niepewne wspomnienie z dzieciństwa. Doktor Krępiński, doktor Kemper, nawet moja Irenka – same imiona i nazwiska, puste w środku ciągi rozsypujących się liter. Szukam pociechy w znanych sprzętach: to łóżko, na którym sypiam, biurko, przy którym piszę, moja suknia przewieszona przez krzesło, buty wciąż ze śladami piasku – ale wszystko jest obce, tym bardziej obce, im bliższy staje się piórówek. Nieważne i nieprawdziwe, bo cały świat wypełnia on – mały gładki przedmiot spoczywający w mojej dłoni.
Pod wpływem impulsu podchodzę do okna i ciskam piórówkiem tak daleko, jak tylko zdołam; widzę go jeszcze przez chwilę, jak szybuje na tle ciemniejącego nieba, po czym spada w gąszcz akacji. I już. Po wszystkim. Oddycham z ulgą, rzeczywistość znów nabiera barw i głębi. Teraz dla odmiany wspomnienie sprzed kilku chwil blaknie, z każdą sekundą tracę wiarę, że trzymałam w ręku piórówek. Sama nazwa wydaje się śmieszna, może panienka w księgarni miała rację, może to było po prostu zepsute pióro?

czwartek, 27 września 2012

Pospotkaniowo

Spotkanie w Chorzowie się odbyło, było sympatycznie, z kilkoma młodymi ludźmi nawet sobie pogadałam, bo okazało się, że czytamy te same książki - widać warto być młodym duchem. :P

Serathe dziękujemy za debiut w roli prowadzącej spotkanie. :)

A z innych kwestii - Ausir przerobił opowiadania z działu "zabawki do poczytania" na ebooki (epub oraz mobi) do pobrania, jeśli więc ktoś czuje się zainteresowany, to już nie trzeba czytać ze strony. Całość tutaj:

Czwarta nad ranem

Wyszedł z tego taki mały, darmowy zbiorek, który zatytułowałam od jednego z opowiadań.

Ausirowi więc także ładnie dziękujemy. :)

A aktualnie w czytaniu - "Torebki i trucizna", książka, której bohaterka zawstydza samą Bridget Jones. W porównaniu z Haley Bridget to wyżyny rozsądku, intelektu, szerokich horyzontów & głębokich przemyśleń. Serio.


czwartek, 20 września 2012

Wolność czytania

27 września, czyli w przyszły czwartek, będę w Chorzowie na imprezie "Wolność czytania". Mam zaplanowane dwa spotkania autorskie w restauracji  Chopin (ulica Wolności 1, naprzeciwko budynku głównego poczty). Czas trwania: od 12.00 do 16.00, pierwsze spotkanie, z tego co wiem, ma być dla młodzieży a drugie dla dorosłych, ale gdyby ktoś chciał wpaść w przerwie, to też serdecznie zapraszam. :)  Na razie nie znam jeszcze konkretów, gdy będę wiedziała coś więcej, to napiszę.

niedziela, 16 września 2012

Tym razem prywatna prośba, a raczej apel do osób z Katowic lub okolicy.

Mam na działce dwa czteromiesięczne kociaki, kocurka i kotkę. Są dokarmiane i dopóki jest ciepło, mogą tam mieszkać, ale boję się, co będzie, jak przyjdzie zima. Ja nie mogę ich wziąć do siebie (trzy koty plus duży pies), więc szukam im domu. Kociaki są zdrowe, odrobaczone i zaszczepione (mają książeczki). Kolor: czarno-białe łaciatki. Kocurek ma na imię Serek, a koteczka Gapcia. Dają się głaskać, wziąć na ręce itp. Fajne są, naprawdę. :) Może ktoś się skusi? A jeśli nie, proszę, popytajcie przynajmniej znajomych, czy ktoś nie chciałby wziąć kotka. Zapewniamy też transport (no chyba że zainteresowany będzie mieszkał naprawdę daleko...).

Niżej parę zdjęć. Ten z zabawnym "wąsikiem" to Serek, a ta z łatką na oczku to Gapcia:







czwartek, 13 września 2012


Przeczytałam ostatnio „Ofiarę Polikseny”, wydany w „czarnej” serii WAB-u debiut Marty Guzowskiej. Nie znam autorki, książkę pożyczyłam z biblioteki, bo na okładce było napisane, że to „wciągający kryminał archeologiczny”. I tak mnie naszło parę refleksji (uwaga, to nie jest recenzja, więc pozwolę sobie na spojlery, kto nie chce, niech nie czyta).


Główny bohater czyli Mario Ybl (narodowość niezidentyfikowana, nie wiem, kto może mieć takie nazwisko) nie przypadł mi do gustu. To antropolog cierpiący na nyktofobię* (oryginalne nawet) i przez to chlejący na umór (już mniej oryginalne) oraz okazjonalnie rzygający w krzakach. Autorka bardzo chce go wykreować na cynicznego typa rzucającego na prawo i lewo one-linerami, jednak wyraźnie zabrakło w tej postaci humoru. Odzywki Ybla są wymuszone, momentami dziecinne i prawie nigdy zabawne. „Zamknij buzię, bo podbródek ci obwiśnie” to mniej więcej próbka jego dowcipu. Poza tym gość wykorzystuje zakochaną w nim studentkę i generalnie jest raczej antypatyczny.

Pola Mor (narodowość równie niejasna), czyli była ukochana Ybla. Hmm, to z kolei miała być chyba „twarda baba z jajami”, ale gdzieś od połowy kobieta coraz bardziej morfuje w stronę płaczliwego dziewczątka, które dowolny mężczyzna rozstawia po kątach, jak chce. Jej zachowanie w jednej z ostatnich scen, kiedy stoi niczym cielę, patrząc, jak jeden facet umiera, a drugi przyznaje się do bycia mordercą, jest wysoce symptomatyczne.

Postaci drugoplanowe wypadają nieźle, bo każda z nich ma przynajmniej jedną charakterystyczną cechę, dzięki którym można je od siebie odróżnić.

Fajnie wypada też opis środowiska archeologów, ze wszystkimi tarciami, podgryzaniem się nawzajem i walką o granty. Podobał mi się również klimat upalnego, tureckiego lata, a do Çanakkale mam sentyment, bo kiedyś tam byłam i do drewnianego konia trojańskiego też właziłam. :)

Intryga jest oparta na dobrym, naprawdę dość oryginalnym pomyśle, ale imho wykonanie już kuleje – Mario miota się bez większego sensu, tworząc teorie, których bzdurność łatwo dostrzec – np. w pewnym momencie upiera się, że szef wykopalisk poderżnął gardło świeżo zmarłej pracownicy, bo pierwszy trup już się wydał jako współczesny (na zasadzie, skoro już wiedzą o tamtym, lepiej mieć serię), podczas gdy czytelnik przecież pamięta, że było odwrotnie – tzn. najpierw znaleźli pracownicę z poderżniętym gardłem, a dopiero potem świadczący o „współczesności” pierwszego trupa guzik. A ostatecznie i tak część zagadki wyjaśnia się niemal przypadkiem, w najgłupszy możliwy sposób czyli w momencie, w którym morderca osobiście przyznaje się bohaterowi, co zrobił i dlaczego.

Motywacje szefa też mnie nie przekonują. Podłożenie na wykopaliskach tysiącletniego trupa w celu sfałszowania „archeologicznej sensacji” – ok, jasne, czemu nie. Podłożenie na wykopaliskach świeżego trupa w celu uzyskania „sensacji tabloidowej” a tym samym sławy & tłumu dziennikarzy pytających, co to właściwie takiego te wykopaliska – też ok. Ale tu mamy jakiś przedziwny melanż, czyli stare zwłoki udające nowe zwłoki i... ja przynajmniej w tym sensu nie widzę. Bo przecież jak policja zacznie podejrzewać, że znaleziony na wykopaliskach szkielet może należeć do współczesnej osoby, to prędzej czy później zrobi badania, a jak je zrobi, to chyba im wyjdzie, że tak naprawdę kości mają grubo ponad tysiąc lat? I wtedy nie będzie żadnej sensacji, a co najwyżej tylko nieudana próba fałszerstwa? 

Ogólnie wrażenie mam dość mieszane, książka ma niezłe momenty i daje się czytać, ale nie polecałabym jej jakoś szczególnie. Z drugiej strony, odradzać w sumie bym też jakoś strasznie nie odradzała. No nie wiem... Za to wiem na pewno, że Agnieszka Krawczyk, która w „polecance” na skrzydełku ostrzega czytelniczki przed zakochaniem się w Mario Yblu, ma naprawdę dziwny gust :P  


*czyli lęk przed ciemnością       

niedziela, 9 września 2012

... i po targach

Katowickie Targi Książki za mną. Nie mogę powiedzieć, żeby tam były tłumy - może to kwestia zbytniej bliskości Krakowa, a może trzeba paru lat, żeby taka impreza się rozkręciła? Albo jedno i drugie? Nie wiem. Z drugiej strony, źle też nie było - na panelu dyskusyjnym ze mną i dwoma Andrzejami (Pilipiukiem oraz Ziemiańskim) brakowało miejsc siedzących, więc narzekać nie zamierzam. Ciekawe swoją drogą, popularność którego Andrzeja była tu główną siłą sprawczą? ;) Osobiście stawiałabym na Pilipiuka, ale i Ziemiański miał sporo fanów.

Książek ciekawych niestety nie znalazłam, za to kupiłam sobie zegarek oraz torbę - zawsze to coś.

Ach, i z najnowszych wiadomości - wszyscy już pewnie wiedzą, że ostatni tom Pana Lodowego Ogrodu wychodzi na początku grudnia, ale coś czuję w kościach, że Fabryka podzieli go na dwa, bo Jarek Grzędowicz się przyznał, że książka ma ponad milion znaków. No nic, jak będzie trzeba, to kupię dwa. Dobrze przynajmniej, że wydadzą je razem i wreszcie będziemy wiedzieć JAK TA HISTORIA SIĘ KOŃCZY.

Tegoroczne targi oceniam jako udane - głównie dzięki temu, że miałam okazję spotkać się ze znajomymi.

I nauczka na przyszłość - nigdy więcej nie będę wymyślać tytułów paneli, te moje w tym roku wypadły chyba najsłabiej... :P

środa, 5 września 2012

Ech, i tak niniejszym wypada mi przeprosić za dezinformację. Premiera "Czarnego" będzie nie 7 września, a później, być może 5 października. Odpowiednia notka tu:

powergraph

Cóż mogę napisać więcej, poza tym, że mi przykro i że to nie moja wina. Powergraphu zresztą też nie, tylko... no, tych tam Wiadomych Czynników. :(

Ale na szczęście książkę można kupić przedpremierowo w internetowym sklepie wydawnictwa, czyli tu.

wtorek, 4 września 2012

Na stronie wydawnictwa Powergraph pojawił się fragment "Czarnego", więc myślę, że mogę wrzucić go i tutaj:

CZĘŚĆ I

1. Teraz: Czarne, istoty przywożone z morza

Zawsze wiedziałam, że pewnego dnia wrócę do Czarnego. Widzę tę chwilę, jakby to już się stało – oto stoję na wiejskiej drodze obok pomrukującego cicho automobilu, patrzę na skiby wilgotnej ziemi i biały domek pod ciemną linią drzew. Za drzewami tarcza słońca; światło ma przydymioną czerwoną barwę, powietrze stało się ostrzejsze i pachnie leżącym pod leśnymi kamieniami mrokiem, w bruzdach na polu zbierają się cienie. Wiatr szarpie długą prostą suknią, dłońmi przytrzymuję wielki kapelusz, którego rondo zdobią fantazyjna kokarda i kwiaty. Marznę, napawając się tą chwilą, tym wiatrem i zimnem, nim wejdę do przytulnego wnętrza Czarnego.
Jestem. Wróciłam.
Doktor Krępiński zaśmiał się, gdy mu o tym opowiedziałam, śmiał się tak bardzo, że trzęsła mu się broda, a on sam odchylił się na krześle do tyłu, pod słomianym parasolem. Jego pomarszczone czoło i obwisłe policzki całe były w słonecznych cętkach, w ręku podrygiwała szklanka z lemoniadą. Z rozpalonego nieba lał się żar, parasol nie dawał niemal żadnej ochrony – a mimo to biała koszula Krępińskiego wciąż była świeża, spodnie zaprasowane w kant dokładnie jak w chwili, gdy o ósmej rano zszedł na śniadanie.
Chwyciłam swoją szklankę i zaraz ją puściłam, bo lemoniada była już ciepła. Wilgotne palce zostawiły na szkle przykre, tłuste ślady.
— Ależ dlaczego miałabyś nosić taki straszny kapelusz? — zapytał Krępiński, a ja posłałam mu niepewny uśmiech, bo istotnie podobne nakrycia głowy wyszły z mody dawno temu, ostatni raz widziałam je… kiedy? Chyba gdy byłam nastolatką, tuż przed wybuchem wojny. Dziś, tego upalnego lata roku 1935, nosi się zupełnie inne kapelusze.
Odstawił swoją szklankę – na niej żadnych śladów nie było.
Jak oni to robią?
— Chciałabyś wrócić do Czarnego?
— Tak — odparłam. A potem dodałam — może. Nie. Nie wiem.
Zaśmiał się znowu, jakby moje wahanie było najlepszym na świecie żartem. Czytałam kiedyś, że lekarze powinni dodawać pacjentom otuchy, lecz wszyscy medycy, których w życiu spotkałam, sprawiali tylko, że czułam się jak niemądre dziecko.
Musiał wyczuć moją dezaprobatę, bo umilkł i spojrzał na mnie przepraszająco, a jednocześnie łobuzersko, jakby z góry wiedział, że dam się ułagodzić.
— Wybacz, moja droga, czasem tracę nad sobą panowanie. Kto mieszka w Czarnem? Może rzeczywiście niezłym pomysłem byłoby tam pojechać?
— Mój brat — odparłam. — Młodszy — dodałam niepotrzebnie, bo przecież Krępiński starszego znał. To właśnie Franciszek przywiózł mnie pewnego dnia do sanatorium, zostawił pod fachową opieką, a teraz odwiedzał od czasu do czasu. — Jest… inny.
— Inny jak ty?
Dwuznaczność pytania zawisła pomiędzy nami. A może nie było żadnej dwuznaczności, może tylko ją sobie wyobraziłam.
— Przejdziemy się? — zaproponował Krępiński.
Skinęłam głową.
Szliśmy stałą trasą naszych spacerów, wzdłuż brzegu aż do latarni na cyplu. Wiatr niósł od morza orzeźwiający słony chłód, spieniona woda wypełniała pozostawione na piasku ślady stóp. Krępiński poruszał się szybko i pewnie, elegancki nawet w mokrych butach. Roześmiał się, gdy mocniejsza fala sięgnęła nogawek; wilgoć zresztą błyskawicznie wyschła, jakby nawet ona musiała ustąpić przed wrodzoną nieskazitelnością tego człowieka. Starałam się dotrzymać mu kroku, z pantofelkami w ręku, bezustannie bojąc się, że nastąpię na ukryty w martwych wodorostach kawałek szkła czy ostrą muszlę. Czułam się niezgrabna, pot spływał mi spod włosów na kark. Od czasu do czasu mijaliśmy wyciągnięte na plażę drewniane krypy. Biła od nich woń stęchłej słonej wody i rozkładających się w słońcu ryb. Przy jednej łodzi kręcili się zapóźnieni rybacy, a na dnie, zaplątane w sieci, połyskiwały sprężyste srebrne ciała. Przypomniałam sobie opowieść Irenki, która twierdziła, że im dalej w morze poławiacze wypływają, tym dziwniejsze istoty przywożą. Bliżej brzegu są zwyczajne śledzie, dorsze i flądry, a dalej przedziwne, fantasmagoryczne stwory, ani w pełni żywe, ani martwe, o rozumnych spojrzeniach i niespotykanych kształtach.
Śmiałam się wtedy, teraz jednak odwróciłam wzrok.

sobota, 1 września 2012


Ponieważ 7 września ma premierę moja najnowsza książka, czyli „Czarne”, rozłożyłam z tej okazji swoje zabawki (w tym i te diabła) w moim prywatnym kawałku cyberprzesteni. Znajomych i nieznajomych zapraszam do odwiedzin. Będzie tu można znaleźć, obok starszych opowiadań i fragmentów nowszych tekstów, również bieżące informacje o tym, co właśnie powstaje lub ma się ukazać, a także luźne refleksje z obszaru moich zainteresowań, rekomendacje literackie i filmowe oraz prawdopodobnie inne treści. Jakie, to się okaże w miarę rozwoju strony. Jeśli macie jakieś sugestie, co powinno się tu pojawiać, zachęcam do kontaktu.

A na dobry początek w dziale „Zabawki do poczytania” pięć opowiadań:

Angevina – opowiadanie, które ukazało się w styczniowym numerze NF z 2005 roku.
Czwarta nad ranem – krótkie opowiadanie, które powstało z okazji przedstawienia „Arlekin i Walentynki” – tekst przygarnęła potem Esensja.
Dobry człowiek w piekle – drugie, po „Diable na wieży”, opowiadanie, które zamieściłam w SFFiH.
Harfa pustyni – opowiadanie z tzw. „Smoczej antologii”, czyli zbiorku przygotowanego na organizowany przez ŚKF Tricon.
Pająk – krótki tekst powstały w ramach sekcji literackiej, można go także znaleźć na sekcyjnej stronie oraz w jednym ze starszych numerów NOL-a.

A z nowszych wiadomości – w najbliższy weekend, czyli 7-9 września, będę na katowickich Targach Książki w Spodku. W piątek o 16.00 biorę udział w panelu dyskusyjnym „Wojna płci w fantastyce", w sobotę o 13.30 w panelu „I stworzyłem go na swoje podobieństwo...” oraz o 15.30 w panelu „Między science fiction a fantasy - na pograniczu gatunków”. Pełen program targów tu:


Zapraszam!